Pustynia Atakama w Chile. Jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi. Tysiące kilometrów piachu i kamieni. Tylko gdzieniegdzie juki, opuncje i wysokie kaktusy saguaro przypominające fabryczne kominy. W ciągu roku spada tu zaledwie 100 mm deszczu. Podróż przez ten rejon wydaje się przygodą tylko dla odważnych i wytrwałych. Jeszcze odważniejsi i twardsi schodzą tu pod ziemię.

Pustynia jest bogata w złoża kobaltu i uranu, ołowiu i żelaza, złota i miedzi. Właśnie w kopalni złota i miedzi San Jose w Copiapo 5 sierpnia 2010 roku na szychtę zjechało 33 mężczyzn. Ich zmiana okazała się wyjątkowo długa – wielomiesięczna. Gdy zawalił się chodnik i przez wiele dni nie można było nawiązać z nimi kontaktu, oni znaleźli ratunek w 50-metrowym schronie na głębokości 688 m. Zostali tam na kilkaset dni.

Szczoteczka do zębów ratuje życie

Kilka miesięcy wcześniej – w czerwcu – sześciu ochotników weszło do kompleksu izolacyjnego pod Moskwą. Przez co najmniej 520 dni ci mężczyźni będą jeść, spać, ćwiczyć i prowadzić życie towarzyskie całkowicie odcięci od świata. Po co? To eksperyment Mars 500, który ma przygotować ludzkość do pierwszego załogowego lotu na Czerwoną Planetę. A przy okazji sprawdzi, jak człowiek radzi sobie w zamknięciu i małej grupie, bez kontaktu z bliskimi, bez dostępu do prysznica i dobrze zaopatrzonej spiżarni (racjonowana żywność liofilizowana po kilku miesiącach może się każdemu znudzić). Co się dzieje z emocjami? Jak kształtują się relacje w grupie? Jak stres wpływa na życie?

Kiedy okazało się, że aby dotrzeć do kolegów zasypanych siedem kilometrów od wejścia do kopalni, ekipy ratunkowe potrzebują kilku miesięcy, na pomoc wezwano ludzi z NASA. Gdy inżynierowie zastanawiali się, jak przewiercić otwór o średnicy choćby kilkudziesięciu centymetrów, przez który górników można by wyciągnąć na powierzchnię, eksperci od lotów kosmicznych radzili, co zrobić, by utrzymać ich w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. I na początek zaordynowali: podać witaminę D (na dole panuje ciemność), podzielić dobę na dzień i noc, zorganizować ćwiczenia fizyczne.

Al Holland, psycholog z NASA, radził, by na szczupłej przestrzeni wydzielić trzy strefy: jedną do spania, w której zawsze panuje ciemność, i dwie jasne: do pracy i do prowadzenia życia towarzyskiego. A o co poprosili górnicy, gdy tylko udało się im skontaktować z ludźmi na powierzchni? O szczoteczki do zębów. Rutyna daje pozór normalności i sprawia, że łatwiej pokonać stres i utrzymać nadzieję, że uda się przetrwać.

„Rzadko zdarza się, by w warunkach ekstremalnych jedna osoba przeżyła, a druga nie tylko dlatego, że ocalony miał większą wolę życia” – pisze Claude A. Piantadosi w książce „The Biology of Human Survival: Life and Death In Extreme Environments”. Tyle że „rzadko” nie znaczy „nigdy”, a naukowcy uwielbiają badać sytuacje wyjątkowe. Oczywiście, ratownicy w Chile zrobili wszystko, by dostarczyć zasypanym górnikom wodę, jedzenie i leki, a także zadbać o ich morale. Potrzeby fizjologiczne to podstawa, ale nie zlekceważono także potrzeb emocjonalnych, społecznych i poznawczych.

Młotek kucharza

Zanim pierwsi astronauci wyruszyli w podróż promami kosmicznymi, naukowcy badali ludzką wytrzymałość na stres i odosobnienie, przyglądając się kolegom pracującym miesiącami w bazach na Antarktydzie. Polarnicy musieli na co dzień pokonywać nudę i monotonię, które w połączeniu z brakiem światła i niską temperaturą przyczyniają się do depresji i stresu. Zdaniem Petera Suedfelda, emerytowanego profesora z University of British Columbia, monotonia sama z siebie nie musi jeszcze wywoływać stresu. Najgorzej, gdy nudzie towarzyszy konieczność stałego utrzymania czujności i napięcia uwagi.

Objawów zaburzeń psychiatrycznych (najczęściej właśnie zaburzeń nastroju) doświadcza 5 proc. uczestników wypraw polarnych, choć są to już najtwardsi z twardych, ci, którzy pomyślnie przeszli rygorystyczne testy psychologiczne. „Zasłona mroku, która pokryła zewnętrzny świat mroźnego pustkowia, opadła również na wewnętrzny świat naszych dusz” – pisał Frederick Cook o zmaganiach psychicznych swojej załogi podczas wyprawy na Antarktydę w latach 1898–1899.

Depresji udaje się zapobiec dzięki utrzymaniu poczucia więzi w grupie. Dowiodły tego badania Lawrence’a Palinkasa, antropologa z University od South California. Palinkas zbadał stan sieci społecznych na stacjach antarktycznych. Depresja zdarzała się wśród polarników znacznie częściej, jeśli załoga stacji podzieliła się na kliki. „Poczucie więzi społecznych ma znaczący wpływ na to, jak się czujemy z samym sobą” – mówi Palinkas. Tyle że zapobieżenie konfliktom i wybuchom agresji wśród ludzi stłoczonych i odizolowanych od świata nie jest łatwe. „Zamknięcie, uwięzienie wraz z siedmioma osobami i brak zajęć – wszystko to powodowało, że napięcie psychiczne narastało aż do wrzenia” – pisze Jayne Poynter w książce „The Human Experiment”.

Poynter na dwa lata pozwoliła się zamknąć w hermetycznej kopule na pustyni w stanie Arizona w USA w ramach eksperymentu Biosphere 2. W 1996 r. na amerykańskiej stacji na Antarktydzie kucharz zaatakował kilku kolegów młotkiem. Podczas trzymiesięcznej symulacji wyprawy kosmicznej w 1999 r. dwóch rosyjskich ochotników posprzeczało się na tyle mocno, że na ścianach pozostała rozbryzgana krew.

Odmienne stany świadomości

 

Bez wody możemy przetrwać około trzech dni bez jedzenia – około trzech tygodni, bez snu – około dziesięciu dni, bez oddychania – około trzech minut Bez dźwięków i obrazów da się chyba jednak wytrzymać – w monotonnym krajobrazie Antarktydy albo w ciemnym tunelu na dnie kopalni pozbawienie bodźców nie wydaje się na pierwszy rzut oka wielkim problemem. To, jak na nas wpływa taka sytuacja, zwana izolacją sensoryczną, postanowili sprawdzić W. Harold Bexton, Woodburn Heron i T.H. Scott, pracujący w latach 50. XX wieku w laboratorium prof. Donalda Hebba w McGill University w Montrealu w Kanadzie.

W przeprowadzonym przez nich badaniu 29 studentów zamykano pojedynczo w pustym i dźwiękoszczelnym pomieszczeniu o wymiarach 2,5 m x 1,2 m x 1,8 m. Na oczach mieli gogle, które przepuszczały jedynie rozproszone światło, na dłoniach bawełniane rękawiczki, a na przedramionach kartonowe osłony. Zdejmowali je tylko, by zjeść lub skorzystać z toalety (na te czynności poświęcali 2–3 godziny na dobę). Z eksperymentatorami mogli się porozumiewać poprzez intercom i prosić o wszystko, czego potrzebowali. Poza tym powierzono im odpowiedzialne zadanie: leżeć wygodnie i nic nie robić. I jeszcze płacono im 20 dolarów za każdy dzień. Wielu z nas tak właśnie wyobraża sobie raj.

Ile wytrzymali w raju kanadyjscy studenci? Żaden z nich nie wiedział, ile czasu upłynęło od rozpoczęcia badania, ale większość błagała o wypuszczenie na zewnątrz po trzech, czterech dobach. Co się z nimi działo? Już po kilku godzinach odcięcia od jakichkolwiek bodźców mieli problemy ze skupieniem myśli. Opowiadali, że doświadczyli niemyślenia, a tę sytuację postrzegali jako skrajnie nieprzyjemną. Bywało, że śmiali się lub irytowali bez powodu, ich reakcje stały się wyolbrzymione.

Mało tego, niektórzy doznawali halucynacji: widzieli kompozycje linii i punktów, a nawet złożone obrazy, na przykład żółte ludziki w czarnych czapkach, prehistoryczne zwierzęta wchodzące do dżungli albo procesję wiewiórek z plecakami na ramionach. Rzadziej zdarzały się omamy słuchowe i dotykowe. Halucynacje były irytujące, niemal uniemożliwiały sen. Znikały dopiero wtedy, gdy badani wykonywali jakieś skomplikowane zadania, np. mnożenie liczb w pamięci.

Bodźców potrzebujemy zatem tak jak tlenu. Bez nich nasz mózg zachowuje się, jakby był pod wpływem środków psychotropowych. Co się dzieje z mózgiem odciętym od dopływu bodźców? W normalnych warunkach w czasie jednej sekundy wszystkie receptory znajdujące się w naszym ciele odbierają gigantyczną ilość danych – sięgającą być może nawet 100 miliardów bitów. Gdy tego zabraknie, mózg sam zaczyna sobie wytwarzać stymulacje, stąd biorą się złudzenia zmysłowe.

Moja córka, Nadzieja

„Zdołaliśmy przejść przez góry i prowadzić potem normalne życie, im też się uda” – powiedział o chilijskich górnikach Pedro Algorta, jeden z urugwajskich rugbystów, którzy przeżyli słynną katastrofę samolotu w Andach w 1972 roku. Dwanaście spośród 45 osób na pokładzie zmarło na miejscu, siedemnaście później, ale szesnastu udało się przeżyć 72 dni w śniegu i mrozie, na wysokości ponad 3000 m n.p.m., nim dwóch z nich sprowadziło pomoc. By przeżyć, niektórzy musieli jeść ciała zmarłych kolegów.

Co pozwoliło im pokonać ten horror i przetrwać? Najważniejsze to zachować nadzieję – zgodnie odpowiadają naukowcy. Zasypani chilijscy górnicy dostali kieszonkowe wydania Biblii. Poprosili także – jak poinformował psycholog Alberto Iturra – o wycinki z gazet na temat akcji ratunkowej, komiksy i… poradnik dotyczący wystąpień publicznych. Tłumaczyli, że po uwolnieniu chcieliby zabłysnąć wymową, odpowiadając na pytania dziennikarzy na konferencji prasowej. Dla lekarzy był to znak, że ofiary katastrofy czują się dobrze i mają dość siły psychicznej, by przetrwać.

Psychologowie zainteresowali się pojęciem nadziei w latach 50. ubiegłego stulecia. Karl Menninger z Harvard Medical School zdefiniował ją wówczas jako pozytywne oczekiwanie na osiągnięcie celu. Kaye Hearth z Minnesota State University określiła źródła nadziei, wskazując między innymi na miłość rodziny i przyjaciół, duchowość i wiarę, stawianie sobie w życiu realnych, ambitnych celów oraz poczucie humoru i uskrzydlające wspomnienia. Chilijscy górnicy niewątpliwie wykazywali się nawet poczuciem humoru: pielęgniarza prze- zywali Dr House i śpiewali radosne piosenki Ju- ana Luisa Guerry z Dominikany. Gdy jednemu z nich urodziła się córka (film z tego wydarzenia dla podniesienia morale pokazano wszystkim jego kolegom pod ziemią), mężczyzna polecił żonie, by nazwała dziewczynkę Esperanza. To znaczy Nadzieja.


Co nas nie zabije, to nas wzmocni

Wzrost posttraumatyczny to pojęcie zyskujące coraz większe uznanie wśród psychologów. Naukowcy odkryli, że osoby, które przetrwały wojnę, przemoc, klęski żywiołowe i inne przeciwności losu, czasami zmieniają się na lepsze — wzrasta ich poczucie własnej wartości, zwiększa się samoświadomość i odnajdują nowe wartości. „Zazwyczaj ci, którzy wracają z terenów polarnych czy z kosmosu, mają wyraźniejszy cel w życiu i jaśniejszą hierarchię wartości” – mówi Peter Suedfeld z University of British Columbia. Podobne zjawisko zaobserwowano u osób świadomie szukających ekstremalnych, trudnych przeżyć. „Rozwija się u nich poczucie własnych możliwości. Uświadamiają sobie, że skoro są w stanie zrobić coś tak wymagającego, to są w stanie zrobić wszystko” — tłumaczy antropolog Lawrence Palinkas.