Colin Angle, współzałożyciel iRobota i jeden z ludzi stojących za popularnością Roomby, idzie teraz w zupełnie inną stronę. Jego nowa firma, Familiar Machines & Magic, ma tworzyć fizycznie ucieleśnione systemy AI, czyli roboty towarzyszące człowiekowi w codzienności. Nie chodzi jednak o odkurzanie ani mopowanie, lecz o obecność, interakcję i budowanie czegoś, co może przypominać relację z domowym pupilem.
Pierwszy robot firmy ma uczyć się użytkownika i jego nawyków, reagować na mimikę, ton głosu i mowę ciała, przechylać głowę po zobaczeniu uśmiechu, machać ogonem przy ekscytacji, a nawet przytulać się, gdy jest zestresowany. Produkt komercyjny nie jest jeszcze gotowy, więc na razie mówimy bardziej o kierunku.
Czytaj też:Może problemem nie były szachy. Tylko to, że zamknęliśmy je w aplikacjach? Ten robot to rozumie
Roomba sprzątała kurz. Nowy robot ma ogarnąć samotność, nudę i nadmiar ekranów
Najciekawsze jest tu przesunięcie celu. Robot sprzątający był odpowiedzią na bardzo konkretny domowy problem. Podłoga się brudzi, człowiek nie ma czasu albo ochoty, maszyna robi swoje. Robot towarzyszący wchodzi w przestrzeń dużo bardziej delikatną. Ma reagować na emocje. Nie będzie wracać do stacji po pracy, tylko będzie obecny wtedy, gdy dziecko potrzebuje zaangażowania bez ekranu, a dorosły chce bezstronnego słuchacza.
Żyjemy w domach pełnych urządzeń, które mają nas łączyć ze światem, a jednocześnie często skutecznie rozbijają uwagę. Telefon jest pod ręką, tablet w zasięgu dziecka, telewizor w tle. Jeśli robot Familiar Machines & Magic ma zachęcać do regularnego ruchu, ograniczać codzienne scrollowanie i wchodzić w interakcje bez ekranu, to trafia w realne zmęczenie cyfrową codziennością. Tylko że pojawia się paradoks – technologia ma nas ratować przed nadmiarem technologii.

Wiadomo, że sztuczny pupil nie zastąpi zwierzęcia. I chyba nie powinien
Firma podkreśla, że jej roboty nie mają zastępować ludzi ani zwierząt, tylko uzupełniać rodzinne grono. To ważne zastrzeżenie, bo granica między towarzyszeniem a udawaniem relacji będzie tu wyjątkowo cienka. Pies nie macha ogonem dlatego, że algorytm rozpoznał ekscytację. Kot nie kładzie się obok, bo system uznał, że to dobry moment na „interakcję emocjonalną”. Zwierzęta bywają nieprzewidywalne, wymagające i kompletnie nieoptymalne, ale właśnie przez to relacja z nimi nie przypomina funkcji w aplikacji.
Robotyczny pupil może mieć jednak sens w innym miejscu. Jako coś pomiędzy zabawką, asystentem, rytuałem domowym i łagodniejszą formą technologii dla dzieci albo osób starszych. Jeśli potrafi zachęcić do ruchu, przypomnieć o przerwie, zająć dziecko bez migającego ekranu, może być czymś więcej niż efektowną maskotką z AI.

Do tej pory AI najczęściej mieszkała w oknie czatu, aplikacji, głośniku albo telefonie. Można było z nią rozmawiać, prosić o tekst, analizę, plan dnia, przepis albo tłumaczenie. Ale dopóki była ekranem, łatwiej było pamiętać, że to narzędzie. Fizyczny robot to zmieni. Gdy coś przechyla głowę, reaguje na uśmiech, macha ogonkiem – nasz mózg może zacząć traktować to mniej jak funkcję.
To może być siła takich urządzeń i ich największe ryzyko. Domowy robot z AI nie potrzebuje perfekcyjnej inteligencji, żeby budzić przywiązanie. Wystarczy, że będzie miał ciało, rytm zachowań i kilka dobrze zaprojektowanych reakcji. Ludzie od dawna przywiązują się do rzeczy: samochodów, maskotek, nawet robotów sprzątających, którym nadają imiona. Ta więź może pojawić się szybciej, niż chcielibyśmy przyznać.

Czy taki robot ma sens? Moim zdaniem może mieć, ale nie w wersji „nowego członka rodziny”. Widzę tu przestrzeń jako próbę stworzenia technologii mniej ekranowej. Jeśli robot potrafi zachęcić dziecko do zabawy ruchowej, pomóc w rutynie, przypomnieć o dobrych nawykach bez kolejnej aplikacji do przewijania, to brzmi ciekawie. Jeśli zacznie udawać emocjonalny substytut relacji, to nie będzie mi się to podobać.
