A co pan sądzi o radykalnym wybaczaniu?

Wybaczanie to trudny proces, to nie może być zadanie ani coś, co przychodzi z zewnątrz. By móc wybaczyć, trzeba czuć się wolnym, stanowić o sobie samym. Gdy wiem, że mogę nie wybaczyć, wtedy wybaczenie płynie ze środka. Jest wiele teoretycznych doktryn, których głównym celem jest wybaczenie. Ale tego nie da się zrobić z zaciśniętymi zębami.

Jak to się dzieje, że sami budujemy sobie klatkę, o której pan mówił, i wchodzimy do niej na długie lata?

Najczęściej ludzie, którzy czują się nieszczęśliwi, niespełnieni, odrzuceni, niekochani obwiniają świat i innych za obecny stan. Trudno im się dziwić. W percepcji każdego człowieka istnieje przekonanie: zrobiłem wszystko, by być kochanym, lubianym, szanowanym.

I faktycznie jak na swoje możliwości zazwyczaj taki ktoś robi wszystko, co może.

Dlatego jego ogląd sytuacji jest dla niego prawidłowy, ale nie zauważa tego, że się np. wycofuje, że ma jakieś przekonania o sobie – choćby takie, że jest złym człowiekiem, niezasługującym na miłość. I te myśli w znacznym stopniu definiują relacje ze światem, tworzą klatkę. Człowiek, który uważa, że nie jest godny, by go kochać, szybko zdewaluuje wszystkie wyciągnięte do niego dłonie. A bo to z łaski, a bo to terapeutyczny gest. Trudno będzie przyjąć mu za fakt oczywisty, że można go kochać. W ten sposób ciągle pracuje na to, by się nie udało.

Czy na tej drodze terapeutycznej musi dojść do psychologicznego skopania rodziców?

Ludzie, którzy bezgranicznie kochali swoich rodziców, idealizowali ich, muszą wyrazić złość, odsunąć się. Są też tacy, którzy żyją w nienawiści, i oni muszą odkryć tę dobrą część rodziców, zrozumieć, że dużo im zawdzięczają.

Dlaczego muszą?

Rzadko się zdarza, by po świecie chodzili tylko źli ludzie.