Szeregowy Lyons Wakeman uwielbiał żuć tytoń. Często tłumaczył, że chroni go to przed chorobami. Mierzył nieco ponad metr pięćdziesiąt, miał brązowe włosy, jasną cerę i niebieskie oczy. Prosto z frontu amerykańskiej wojny domowej wysyłał do rodziny listy, w których opisywał trudy żołnierskiego życia: trwający prawie dwie doby marsz, noc spędzoną w okopach wśród martwych żołnierzy albo nękające go bezustannie dolegliwości. Listy te były świadectwem jego odwagi i determinacji. Jednak wystarczyłoby, aby jeden z nich wpadł w niepożądane ręce, a Wakeman zostałby natychmiast wydalony z armii. Kłopotów przysporzyłoby mu właściwie jedno słowo: widniejący na końcu podpis „Rosetta”. O tym, że walczący dla Unii szeregowy Wakeman w rzeczywistości był kobietą, wiedziała wyłącznie jego rodzina. Zanim Sarah Rosetta obcięła włosy i zamieniła się w rekruta płci męskiej, pracowała u sąsiadów jako pomoc domowa. Szybko zorientowała się jednak, że aby godziwie zarabiać i wspierać finansowo rodzinę, trzeba być mężczyzną. Postanowiła spróbować. Przyjęła imię Lyons, zamieniła spódnicę na spodnie i wyjechała do Nowego Jorku. Z początku pracowała na barce przy przewozie węgla. Jednak wynosząca wówczas 152 dolary premia za wpisowe do wojska szybko okazała się pokusą nie do odrzucenia. Sarah Rosetta przez dwa lata służyła w armii, wysyłając zarobione pieniądze do domu.

Nie była wyjątkiem. W okresie wojny secesyjnej (1861–1865) męskie przebranie stało się dla kobiet przepustką do męskiego świata. Zarówno władze Północy, jak i Południa zabraniały rekrutowania ich do wojska. Choć pozbawione możliwości walki, kobiety nie uciekały jednak od wojennej rzeczywistości. Publiczne deklaracje panien, zarzekających się, że wyjdą za mąż tylko za tych, którzy zaciągną się do wojska, były na porządku dziennym. Po obu stronach barykady kobiety zbierały pieniądze na zaopatrzenie, szyły namioty i mundury, dostarczały jedzenie, ubrania, koce, bandaże i lekarstwa. Były pielęgniarkami, kurierkami, a nawet szpiegami. Znalazły się też i takie, które szły o krok dalej i ukryte w męskich mundurach ruszały z bronią w ręku na pole bitwy.

RZUT JABŁKIEM

 

W uszach huczało od strzałów, kiedy strącona przez konfederatów flaga Unii spadła z masztu prosto w kleiste błoto. Nie zważając na świstające nad głową kule, jeden z żołnierzy podniósł ją, wdrapał się na drzewo i zawiesił z powrotem. Nazywał się Albert Cashier, a wydarzyło się to podczas jednej z czterdziestu bitew, w których brał udział. Po zakończeniu wojny zamieszkał w Saunemin w stanie Illinois. Co roku, z okazji Memorial Day (święta ku czci poległych żołnierzy), zakładał mundur z czasów wojny i dumnie paradował po ulicach. Na co dzień można go było spotkać, kiedy gasił i zapalał uliczne latarnie. To także on wprawiał w ruch kościelny dzwon. W armii uchodził zaś za zamkniętego w sobie odludka, a ze względu na niski wzrost – za najmniejszego żołnierza w pułku. Najmniejszego, jednak odważnego. Jego towarzysze broni do znudzenia opowiadali sobie, jak złapany przez konfederatów Albert uwolnił się, obezwładniając napastnika jego własną bronią. Jednocześnie żaden z jego kolegów z frontu ani sąsiadów z Saunemin nie wiedział o istnieniu Jennie
Hodgers.

Ta znudzona doglądaniem owiec Irlandka wsiadła na początku lat 60. XIX w. na statek do Ameryki. Przez kilkadziesiąt lat nikt nie powiązał ze sobą dwóch wydarzeń z życia Jennie i Alberta: faktu, że ta pierwsza zapadła się pod ziemię, a ten drugi mniej więcej w tym samym czasie wstąpił do armii. Nic dziwnego. Podczas gdy amerykańscy mężczyźni wycinali się w pień na froncie, ich matki, żony i córki miały spełniać się w zupełnie innych rolach. W kraju, wtedy w dużej mierze rolniczym, zadaniem kobiet była praca w polu i opieka nad domem. Z jednej strony uchodziły za zbyt słabe, żeby prowadzić interesy, ale z drugiej – musiały łączyć fizyczną pracę na farmie z pomocą w rodzinnych sklepach. Te, które chodziły w spodniach lub w inny sposób różniły się od reszty, traktowano z pogardą i wyzywano od dziwaczek. Te, które próbowały zaciągnąć się do armii, ryzykowały o wiele więcej. Zdemaskowanie groziło aresztowaniem lub stwierdzeniem choroby psychicznej. Mimo to setki kobiet, głównie ze wsi i z rodzin robotniczych, decydowały się na ten odważny ruch.

Krok pierwszy polegał na oszukaniu komisji. Teoretycznie rekruci poddawani byli badaniom fizycznym. W praktyce jednak polegały one wyłącznie na ustaleniu, czy nie ma widocznych ułomności, takich jak głuchota czy niedowidzenie. Żadna z walczących armii nie zestandaryzowała medycznych badań rekrutacyjnych. Ci zaś, którzy mieli je przeprowadzać, rzadko kiedy prosili kandydatów, żeby się rozebrali. Co więcej, nie wymagano okazania żadnego dowodu tożsamości. Nic więc dziwnego, że w latach 1861–1865 około siedmiuset kobietom udało się nabić członków komisji rekrutacyjnej w butelkę i w efekcie założyły mundur. Kandydatki na żołnierzy stosowały całą gamę sztuczek, aby w jak największym stopniu upodobnić się do przedstawicieli płci przeciwnej. Obcinały włosy, bandażowały piersi, smarowały twarze, aby nadać cerze bardziej zniszczony wygląd, uczyły się męskiego języka ciała i sposobu chodzenia.

Zanim pochodząca z Hawany Loreta Janeta Velazquez stanęła przed komisją rekrutacyjną, przykleiła sobie sztuczne wąsy, zapaliła cygaro i wypchała koszulę gałganami, aby dodać sylwetce muskulatury. Po przyjęciu do armii zmontowała specjalną konstrukcję z drutów, która – umieszczona pod mundurem – miała na celu ukrycie piersi. Diabeł tkwił bowiem w szczegółach. Przekonała się o tym Sarah Collins z Wisconsin. Mimo pomyślnego przejścia rekrutacji została zdemaskowana, jeszcze zanim jej oddział wyruszył na front. Zdradził ją charakterystyczny sposób, w jaki zakładała buty. Wszystko wskazuje na to, że podobnych wpadek musiało być więcej, gdyż po pewnym czasie komisje rekrutacyjne wprowadziły specjalne środki prewencji. W wyeliminowaniu przebierańców z szeregów armii miały pomóc stosowane wobec podejrzanych testy. Rzut jabłkiem w stronę potencjalnego rekruta sprawdzał się w tym wypadku najlepiej. Ci, którzy łapali owoc między kolana albo chwytali za koszulę jak za fartuch, odprawiani byli z kwitkiem do domu.

Kobiety, którym udało się pozostać w armii incognito, w dużej mierze zawdzięczały swój sukces pruderyjnym mężczyznom epoki wiktoriańskiej: byli nieśmiali, spali w ubraniach, kąpali się w bieliźnie, a przy okazji rzadko ją też zmieniali. Kobiety-żołnierze trzymające się na uboczu, chodzące do lasu za potrzebą lub opuszczające obóz przed świtem, aby zażyć samotnej kąpieli w rzece, nie przyciągały niczyjej uwagi. Co więcej, obie armie składały się głównie z amatorów, więc mężczyźni musieli nauczyć się funkcjonowania w wojsku w tym samym stopniu, co kobiety. Fakt, że kobiety się nie goliły, również nie budził podejrzeń, gdyż w armii roiło się od młodych chłopców, którym nie sypnął się jeszcze pierwszy wąs.

SZANSA NA ZMIANĘ

William „Keith” McKesson Blalock z Karoliny Północnej był zdeklarowanym unionistą. W okolicy pojawili się jednak werbownicy konfederatów. Postanowił zaciągnąć się do ich armii, a potem w odpowiedniej chwili zdezerterować. Kiedy zbliżał się na wyznaczone na stacji kolejowej miejsce zbiórki, poczuł, że ktoś za nim idzie. Obejrzał się i zobaczył rekruta o delikatnej budowie ciała. Zarówno on, jak i jego ubrania wydały mu się znajome. To Malinda Pritchard Blalock wybrała wojenną ścieżkę, nie chcąc rozstawać się z mężem. Dlatego założyła jego ubranie, przybrała nazwisko jego brata – Samuel Blalock – i stawiła się na zbiórce. Romantyczna miłość Malindy i Keitha przetrwała mimo ich skrajnie odmiennych poglądów: w przeciwieństwie do męża Malinda była zwolenniczką secesji. W rezultacie walczyli po obu stronach. Uciekli z konfederatami, a do unionistów dołączyli w Karolinie Północnej. Będąc sierżantem, Keith mógł wybrać sobie kogoś do pomocy. Wybrał oczywiście Malindę, dzięki czemu zawsze byli razem.

Kanadyjka Sarah Emma Edmonds była rówieśniczką Malindy. Na pełną przygód i nietypową dla kobiet życiową drogę popchnął ją niechcący jej własny ojciec. Próbował zmusić córkę do małżeństwa z o wiele od niej starszym i wybranym przez siebie mężczyzną. W ten sposób sprawił, że uciekła z domu. Zamieszkała w Michigan w USA, gdzie zajęła się sprzedawaniem Biblii. W czasach kiedy kobiety nie pojawiały się nigdzie bez męskiej eskorty, zmiana imienia i nazwiska na Franklin Thompson oraz noszenie męskich ubrań miały ułatwić Sarze życie w pojedynkę. Zaciągnięcie się do armii jako szeregowy piechoty było kolejnym krokiem. Z początku służyła w niej jako listonosz i pielęgniarz, uczestnicząc w wielkich bitwach wojny secesyjnej: pod Antietam, nad Bull Run czy o Vicksburg. Najbardziej miała się jednak spełnić w roli szpiega. Udawała m.in. sprzedającą mydło i jabłka Irlandkę. Wcielała się też w czarnoskórego niewolnika. Wysmarowana od stóp do głów lapisem (azotanem srebra) spędziła w ten sposób trzy dni w obozie konfederatów, zdobywając cenne informacje.

Jak każda wojna, amerykańska wojna domowa wywróciła życie kobiet do góry nogami. Nieobecność mężczyzn stała się dla białych kobiet, przynależących do elity, okazją do zaistnienia w sferze publicznej, zarezerwowanej dotąd dla ich ojców, mężów i synów. Dla biednych kobiet stanowiła natomiast wielkie wyzwanie, aby przetrwać i utrzymać rodzinę. Kobiety z nizin społecznych były najbardziej zagrożone koszmarem wojny. Dlatego wysoki żołd skusił Sarah Rosettę. Ale motywacje kobiet były przeróżne. Dla Malindy Blalock walka była sposobem na pozostanie przy mężu. Loreta Janeta Velazquez w swoich pamiętnikach tłumaczyła, że chciała zostać drugą Joanną d’Arc. Sarah Emma Edmonds, dla której wojaczka była sposobem na ucieczkę od niechcianego małżeństwa, napisała zaś w 1865 r.: „Mogłam tylko dziękować Bogu, że byłam wolna, że mogłam iść naprzód i działać, zamiast siedzieć w domu i rozpaczać”. Dzięki wojnie wiele kobiet zdołało wyrwać się z prawdziwej niewoli. Zanim zaciągnęła się do armii, Cathay Williams była służacą na plantacji pod Jefferson City. Kiedy w 1861 r.unioniści zajęli miasto, została zmuszona do pracy w armii jako kucharka i praczka. Poszła za ciosem i w 1866 r. (po zakończeniu wojny) jako pierwsza Afroamerykanka zaciągnęła się do armii jako mężczyzna.

ZDEMASKOWANE

 

Kobiety ryzykowały życie, aby zarobić na utrzymanie lub choć na chwilę wyrwać się ze sztywnych konwenansów. Opowiedziały się za konkretną wizją swojego kraju, a wiele z nich – jak chociażby Loreta Janeta Velazquez, która zwerbowała w Arkansas 236 żołnierzy i stworzyła własny oddział – miało na swoim koncie dokonania godne ich najdzielniejszych męskich odpowiedników. Nigdy nie dowiemy się, ilu kobiet nigdy nie zdemaskowano. Zwykle tożsamość ich wychodziła na jaw po śmierci albo po trafieniu za kratki. O tym, że szeregowy Wakeman naprawdę był kobietą, jego towarzysze broni dowiedzieli się dopiero, gdy wykończony dyzenterią zmarł w wieku 21 lat.

A jaki był los innych opisanych bohaterek? Kiedy w 1863 roku Sarah Emma Edmonds zachorowała na malarię, uciekła z armii, bojąc się zdemaskowania. Po wojnie wróciła do roli, której wcześniej chciała uniknąć: wyszła za mąż i urodziła trójkę dzieci. Przy wsparciu towarzyszy broni, udało się usunąć z akt Sarah oskarżenie o dezercję, co pozwoliło na przyznanie jej (specjalną decyzją Kongresu USA) wojskowej renty. Malinda Blalock, która poszła na wojnę za mężem, została pewnego dnia w tyle w czasie przedzierania się przez las. Kiedy Keith to zauważył, cofnął się i znalazł ją ranną, z kulą w ramieniu. Jej życie udało się uratować kosztem ich tajemnicy. Uciekli, a po zakończeniu wojny zajęli się uprawą ziemi.

Ukryta w przebraniu Alberta Cashiera Jennie Hodgers służyła najdłużej ze wszystkich kobiet biorących udział w wojnie secesyjnej. Zdołała ukryć swoją prawdziwą tożsamość przez pół wieku. Co za tym idzie, była pierwszą kobietą, która głosowała w Illinois, i jedyną żołnierką, która dostała rentę za służbę jako mężczyzna i pełnoetatowy żołnierz. Co ciekawe, aż trzy razy była bliska zdemaskowania. Jako pierwsza o tajemnicy Jennie dowiedziała się w 1900 r. pielęgniarka, która przyszła do niej, kiedy była ciężko chora. Ustaliły jednak, że zostanie to między nimi. Dziesięć lat później do grona wtajemniczonych dołączył lekarz, który ratował Jennie po tym, jak znajomy przejechał jej po nodze samochodem. Dzięki temu, że dochował tajemnicy, przyznano jej rentę wojenną w wysokości 12 dolarów miesięcznie.

Prawda wyszła na jaw w 1913 r., gdy Jennie mieszkała w Domu Żołnierza. Kiedy dwóch pielęgniarzy chciało ją wykąpać, a jej protesty zdawały się na nic, zdesperowana postanowiła wyjawić swój sekret. Skutek był dramatyczny – uznano ją za niespełna rozumu i przeniesiono do zakładu dla psychicznie chorych. Tam zmuszano ją do noszenia sukienek. Nieprzyzwyczajona do kobiecego stroju potknęła się, uszkodziła biodro i już nigdy nie wróciła do pełnego zdrowia. Schorowana i zgorzkniała, bardzo źle znosiła szum, jaki powstał po ujawnieniu jej sekretu. Umarła w 1915 r. Została pochowana jako „Albert D.J. Cashier” z wojskowymi honorami i w trumnie owiniętej flagą. Na drugim, dostawionym w latach 70. nagrobku widnieją obok siebie jej obydwa imiona.