Powstały dwa limitowane Freak ONE – Blue Enamel oraz Guilloché. Mechanicznie nadal są bardzo poważnymi urządzeniami, ale tym razem sporo uwagi dostało także rzemiosło, kolor i faktura. Mam wrażenie, że właśnie tego brakowało części wcześniejszych Freaków. Fascynowały konstrukcją, choć czasami sprawiały wrażenie zegarmistrzowskiej demonstracji technologicznej. Nowe wersje dają trochę więcej powodów, żeby po prostu długo się na nie patrzeć.
Freak nadal nie potrzebuje wskazówek
Zegarek zachował swoją charakterystyczną architekturę. Godzinę pokazuje obracający się dysk wykonujący pełny obrót w ciągu 12 godzin. Nad nim znajduje się niewielki wskaźnik. Minuty odmierza natomiast latająca karuzela mechanizmu, która obraca się wokół tarczy raz na godzinę. W praktyce patrzymy więc bezpośrednio na poruszający się mechanizm, który jednocześnie pełni funkcję wskazania czasu.

Nie ma też klasycznej koronki. Czas ustawia się za pomocą pierścienia lunety, a za automatyczne nakręcanie odpowiada system Grinder wykorzystujący ruch nadgarstka. Konstrukcja Freaka już dawno przestała być eksperymentem dla samego eksperymentowania. Freak ONE pokazany w 2023 roku zdobył nagrodę Iconic Watch podczas Grand Prix d’Horlogerie de Genève, więc zegarkowy buntownik zdążył oficjalnie awansować do grona ikon.
Niebieska emalia wymaga znacznie więcej pracy
Freak ONE Blue Enamel jest bardziej spektakularnym z nowych wariantów. Obracający się dysk godzinowy otrzymał giloszowany, promienisty wzór pokryty głęboką niebieską emalią. Samo giloszowanie tworzy strukturę reagującą na światło, natomiast warstwa emalii dodaje powierzchni charakterystycznej głębi.
Dysk godzinowy jest ruchomym elementem mechanizmu, a nie osobną, nieruchomą tarczą. Ulysse Nardin wykonuje go z białego złota, między innymi ze względu na stabilność materiału podczas wypalania emalii. Pigment nakładany jest warstwami i wypalany w temperaturze około 800°C. Przy elemencie wyposażonym w otwory montażowe i pracującym później wewnątrz mechanizmu margines na błędy jest niewielki.
Guilloché jest spokojniejszy, ale zdecydowanie nie skromny
Druga odmiana dostała bardziej stonowaną kolorystykę. Freak ONE Guilloché ma piaskowy dysk godzinowy pokryty geometrycznym, przypominającym fasety wzorem. Światło załamuje się na jego powierzchni i sprawia, że zależnie od kąta zegarek może wyglądać niemal złoto.

W zestawieniu z jasnoszarą tytanową kopertą oraz gumowym paskiem całość jest mniej krzykliwa od intensywnie niebieskiej wersji. Nadal trudno jednak pomylić ją z klasycznym zegarkiem garniturowym. Mechanizm zajmuje centralne miejsce, elementy konstrukcyjne pozostają całkowicie odsłonięte, a dysk pod nimi bez przerwy się przesuwa. Ten model nadal ma temperament maszyny, tylko ubranej tym razem przez kogoś o wyraźnie większym zamiłowaniu do detalu.
Nowa koperta mocno wpływa na wygląd
Oba warianty trafiają do pełnej, 44-milimetrowej koperty z tytanu. To pierwszy Freak ONE wykorzystujący taką konfigurację. Zmieniono również lunetę – ma łagodniejsze linie i mniej agresywnie zaznaczone wycięcia, nawiązujące do pokazanego wcześniej Super Freaka. Przy tak rozbudowanym wizualnie środku uspokojenie obudowy było rozsądnym ruchem. Kolejna warstwa dekoracji na kopercie mogłaby już zamienić zegarek w wystawę wszystkich technik naraz.
W środku pracuje manufakturowy, automatyczny kaliber UN-240 składający się z 229 części i 15 kamieni. Pracuje z częstotliwością 3 Hz, czyli 21 600 wahnięć na godzinę, wykorzystuje wychwyt DIAMonSIL i zapewnia solidne 90 godzin rezerwy chodu. Do tego dochodzi wspomniany system nakręcania Grinder. Nawet przy całym dekoracyjnym zamieszaniu Freak nadal pozostaje przede wszystkim popisem konstrukcyjnym.

Dwie wersje, po 99 sztuk i ceny z innego świata
Każda odmiana będzie limitowana do 99 egzemplarzy. Według oficjalnego cennika Freak ONE Guilloché kosztuje 65 000 franków szwajcarskich, czyli około 303 tysięcy zł. Blue Enamel wyceniono na 73 000 franków, czyli około 340 tysięcy zł.
Przy takich kwotach dyskusja o opłacalności staje się dość abstrakcyjna. Freak od lat funkcjonuje w świecie kolekcjonerów kupujących zegarek między innymi dlatego, że jego konstrukcji trudno szukać gdziekolwiek indziej. Nowe edycje dodają do tej mechanicznej osobliwości coś, czego dotychczas bywało mniej – tradycyjne zdobnictwo na poziomie odpowiadającym skomplikowaniu mechanizmu.
Po 25 latach Ulysse Nardin nie musiał ponownie udowadniać, że potrafi skonstruować dziwny zegarek bez wskazówek i koronki. Zamiast kolejnej demonstracji technicznych możliwości dostał trochę koloru, faktury i ręcznej pracy. Ekscentryk po prostu zaczął się lepiej ubierać.
