Późną jesienią 1989 roku padł mur berliński i w zasadzie opinia publiczna na całym świecie tylko tyle pamięta z tamtego gorącego czasu. Wydarzenie budowlane, a takim było fizyczne zrównanie muru z ziemią, urosło do rangi symbolu rozpadu bloku wschodniego, końca istnienia ZSRR, odzyskania niepodległości przez wiele narodów. Tymczasem od wiosny do grudnia 1989 r. doszło do kilku spektakularnych wydarzeń, które mogły z powodzeniem stać się symbolem owej europejskiej rewolty.

Komunizm padał niczym kostki domina – 4 czerwca 1989 roku w Polsce PZPR przegrała wybory, w czego następstwie powstał pierwszy po 1945 roku niekomunistyczny rząd. Nasz kraj jako pierwszy opuścił blok wschodni. Latem 1989 roku polskim tropem poszły Węgry – także tam komuniści rozpoczęli negocjacje z opozycją, a już w październiku uchwalona została nowa konstytucja. Najwięcej wydarzyło się w listopadzie – w Czechosłowacji sukces odniosła aksamitna rewolucja, w Bułgarii odsunięto od władzy Todora Żiwkowa, zaś w Niemieckiej Republice Demokratycznej Egon Krenz, następca Ericha Honeckera, zdecydował się otworzyć granicę z RFN.

Jednocześnie coraz mocniej wrzało w „przybałtyckim kotle”, czyli na Litwie, Łotwie i w Estonii – kraje te zawarły sojusz, mający położyć kres dominacji radzieckiej. Także w Jugosławii – choć to już nieco inna historia – coraz głośniej odzywały się ruchy separatystyczne. W grudniu, w dramatycznych okolicznościach, upadł rumuński reżim Nicolae Ceauşescu. Świat przecierał oczy ze zdumienia – sypie się imperium, a radzieckie czołgi nie wkraczają do zrewoltowanych kolonii. Ale liderzy przemian wzięli za dobrą monetę słowa sekretarza generalnego KPZR Michaiła Gorbaczowa, który podczas konferencji przywódców bloku wschodniego potwierdził prawo każdego państwa socjalistycznego do podążania własną drogą. Deklarację tę powtórzył kilkakrotnie. Wydarzenia, które wówczas nastąpiły, znany amerykański politolog Timothy Garton Ash określił mianem refolucji, czyli rewolucji mającej na celu reformowanie, a nie niszczenie.

STARCIE SYMBOLI

Jesień Ludów ma wiele symboli. Dla nas, oczywiście, najważniejszym był Okrągły Stół, przy którym od 6 lutego 1989 roku opozycja i strona partyjno-rządowa uzgadniały sposoby zaprowadzenia nad Wisłą demokracji. W gruncie rzeczy każdy wyzwalający się z okowów komunizmu kraj miał swój symbol – w ogarniętej aksamitną rewolucją Czechosłowacji mógł być nim widok Karela Gotta, ulubieńca socjalistycznego reżimu, śpiewającego dla setek tysięcy demonstrantów, zgromadzonych na placu Wacława w Pradze.

 

Ponurym uosobieniem końca pewnej epoki mógł być także kadr z telewizyjnej relacji, pokazujący twarz zastrzelonego w pośpiechu dyktatora Rumunii Nicolae Ceauşescu i jego żony Eleny. Geniusz Karpat padł od kul elitarnego plutonu egzekucyjnego pod koniec grudnia 1989 r. i to był ostatni akord wschodnioeuropejskiej rewolucji. Na marginesie – zatrzelono go tak szybko, że ekipa filmująca ostatnie chwile Ceauşescu nie zdążyła zarejestrować momentu egzekucji.

Wielu jest też ludzi, którzy uważają, że nie Okrągły Stół, nie mur berliński, ale to Michaił Gorbaczow powinien być traktowany jako symbol Jesieni Ludów. Symbol dość przewrotny – człowiek, który chciał uczłowieczyć nieludzki system po to, by go uratować przed upadkiem, stał się jego... grabarzem.

Rzeczywiście, roli Gorbaczowa w przemianach nie da się przecenić – to on rzucił hasło pierestrojki (przebudowy), która miała być sygnałem dla świata: ZSRR już nigdy nie będzie taki jak w minionych latach. Zapoczątkowana przez niego polityka głasnosti, czyli pełnej jawności, sprowokowala lawinę publikacji, odsłaniających prawdę o systemie. To wtedy ujawniono wiele zbrodni stalinizmu oraz następujących po nim dekad (po 1956 roku Chruszczow odsłonił jedynie czubek góry lodowej, a jego następca Breżniew zadbał, aby zapomniano o osiągnięciach odwilży). To dzięki pierestrojce światło dzienne ujrzała głośna książka Anatolija Rybakowa „Dzieci Arbatu”, a także wstrząsający, choć z zawoalowaną symboliką, film Tengiza Abuładze „Pokuta”. W kwietniu 1989 roku nastąpiła bezprecedensowa wizyta – szef państwa radzieckiego udał się do Watykanu na spotkanie z papieżem Janem Pawłem II. Komentatorzy odebrali to wydarzenie jednoznacznie – komunistyczny ateizm przegrał swą wojnę z Kościołem.

Tony Judt, profesor europeistyki w New York University, od lat analizuje procesy, które doprowadziły do upadku bloku wschodniego. W swej bestsellerowej książce „Powojnie” tak ocenia rolę ostatniego szefa ZSRR: „Gorbaczow pozwalał upaść komunizmowi w Europie Wschodniej, by ocalić sam Związek Radziecki – tak samo jak Stalin utworzył satelickie reżimy nie dla nich samych, lecz jako zabezpieczenie swojej zachodniej granicy. Z taktycznego punktu widzenia Gorbaczow popełnił ogromny błąd – w ciągu dwóch lat nauka wyciągnięta z losów Europy Wschodniej obróci się przeciwko wyzwolicielowi tego regionu na jego własnym terytorium. Ale strategicznie jego sukces był ogromny i bezprecedensowy. Żadne inne imperium terytorialne w udokumentowanej historii nigdy nie porzuciło swych dominiów tak szybko, z taką dobrą wolą i przy tak niewielkim rozlewie krwi. Gorbaczow nie może bezpośrednio przypisać sobie zasług za to, co się wydarzyło w 1989 roku – nie planował tego i tylko szybko zrozumiał, jakie to ma znaczenie w długiej perspektywie”.

 

POKOLENIE'89

Oczywiście to, co działo się w ZSRR, nie mogło pozostać bez wpływu na sytuację w innych krajach socjalistycznych. Jednak zmiany nie następowały równomiernie – o ile w Polsce dopuszczano do publikacji coraz śmielsze teksty, od stycznia 1988 roku nie zagłuszano Wolnej Europy ani Głosu Ameryki, a na mocy amnestii w 1986 roku zwolniono większość więźniów politycznych, o tyle w NRD jedynie dokręcano śrubę. Podobną politykę represji prewencyjnych próbowała stosować władza bułgarska, ale okazało się, że opozycja w tym bałkańskim kraju rośnie w siłę z dnia na dzień. Tyle że tam podłoże konfliktu miało nieco inny charakter – otóż grupą najbardziej niechętną komunistom była asymilowana na siłę mniejszość turecka.

W latach 80. doszło nawet do kilku zamachów bombowych, wymierzonych w reżim Todora Żiwkowa. W styczniu 1988 roku powstało Niezależne Stowarzyszenie Ochrony Praw Człowieka, będące pierwszą organizacją opozycyjną. Potem powołano do życia następne, aż wreszcie Żiwkow zdał sobie sprawę z nieuchronności końca komunizmu. Nic jednak nie wiadomo, jakoby Gorbaczow udziełał wsparcia bułgarskim opozycjonistom, choć nigdy nie było tajemnicą, że relacje szefa Kremla z Żiwkowem są dalekie od doskonałości. W ogóle Gorbaczow kiepsko się dogadywał z matuzalemami bloku wschodniego: Erichem Honeckerem, Gustavem Husakiem, Janosem Kadarem czy Nicolae Ceauşescu. Znacznie lepiej rozmawiało mu się z gen. Wojciechem Jaruzelskim.

Ale też inny był stosunek Kremla do tego, co się działo nad Wisłą, gdzie opozycja, choć nielegalna, stanowiła rzeczywistą siłę. W książce Andrzeja Brzezieckiego pt. „Lekcje historii PRL”, będącej zbiorem wywiadów z historykami i politologami, znajduje się interesujący fragment na temat domniemanych kontaktów „Solidarności” z Kremlem w latach 80. Profesor Antoni Dudek ujawnia: „Jest kilka przesłanek świadczących o tym, że zaistniały one już w roku 1988. Rakowski pisał dwukrotnie – w książce »Jak to się stało« i w »Dziennikach Politycznych « – że takie kontakty nie były dla władzy tajemnicą. Druga przesłanka to szyfrogramy Grupy Operacyjnej »Wisła« oraz ambasady PRL w Moskwie, w których raportowano, że Moskwa skłonna jest rozmawiać z konstruktywną opozycją (...). Niektórzy ludzie z kierownictwa opozycji chcieli wiedzieć, czy Moskwa pozwoli zmieniać system, a Moskwa chciała wiedzieć, kto z opozycji może brać ewentualnie udział w rządzeniu”.

 

– To wierutna bzdura, którą od czasu do czasu powtarzają niektórzy politycy – twierdzi w rozmowie z „Focusem Historia” uczestnik tamtych wydarzeń Władysław Frasyniuk. – Gdyby prof. Dudek ogłosił, że Gorbaczow zwariował, a jego chorobą zaraził się Jaruzelski i Kiszczak, byłoby to bliższe prawdy. Bo jak wytłumaczyć działania przywódców, którzy wywodzą się z tzw. dyktatury proletariatu i nagle odkrywają w sobie zdolność do przeprowadzenia demokratycznych przemian? To przecież niemożliwe – dodaje Frasyniuk. Faktycznie – Gorbaczow wyobrażał sobie zapewne, że jego inicjatywa nie będzie początkiem demontażu systemu, lecz przejęciem przeciwników socjalizmu pod czerwony (ewentualnie różowy) sztandar. Chytrym krokiem, a nie politycznym samobójstwem.

Peter Kenez, autor wydanej niedawno u nas „Odkłamanej historii Związku Radzieckiego”, przypomina: „Gorbaczow popierał tych przywódców, którzy opowiadali się za zmianą i na jakiś czas w NRD, Rumunii i w Czechosłowacji stał się symbolem reform. Wykorzystał swoją władzę, by pozbyć się przywódcy bułgarskiej partii Todora Żiwkowa. Pojawiając się w Berlinie w 1989 roku, owacyjnie witany, powiedział: »Życie karze tych, którzy zwlekają«, tym samym podkopując pozycję Ericha Honeckera, co szybko doprowadziło do jego usunięcia. To była paradoksalna sytuacja, która nie mogła długo trwać: szef sił okupacyjnych opowiadał się za wolnością”. Na miejsce matuzalemów promował jednak aparatczyków partyjnych, tyle że reprezentujących młodszą generację.

DEMOKRACI Z PRZYMUSU

W ogóle, śledząc wydarzenia pod koniec lat 80., można dojść do wniosku, że rewolucja nastąpiła niejako wbrew intencjom wielu jej ojców. Albo inaczej – niektórzy faktycznie nie przewidywali rozmiarów przemian, inni zaś postanowili zmienić skórę i stanąć na ich czele. Oto dyktator oświecony ZSRR Michaił Gorbaczow namawia twórcę stanu wojennego w Polsce gen. Wojciecha Jaruzelskiego, aby ten poszerzył pole wolności w swoim kraju. Nie po to, aby dezawuować idee marksistowsko- leninowskie, ale wręcz przeciwnie, by je naprawdę realizować. Ostatecznie hasło „Socjalizm tak, wypaczenia nie” należało do częściej powtarzanych w tamtym czasie. W Czechosłowacji jednym z liderów aksamitnej rewolucji stał się Aleksander Dubczek, obalony w 1968 roku I sekretarz – reformator Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Ten sam Dubczek, który przed Praską Wiosną gorliwie wypełniał płynące z Moskwy polecenia, szczególnie przykładając się do komunizowania swojej Słowacji.

Podobnie z ideologicznych pozycji zgrabnie wycofa się Borys Jelcyn – niegdyś szef komitetu miejskiego KPZR w Moskwie, a następnie prezydent Rosyjskiej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Radzieckiej (tworu o bardzo krótkiej żywotności). Być może, gdyby wydarzenia w ZSRR nastąpiły szybciej i pucz Janajewa był nie w 1991, ale w 1989 roku, to zdjęcie Jelcyna, stojącego na czołgu przed siedzibą parlamentu, czyli Białym Domem, stałoby się symbolem przemian. Rzecz w tym, że do czasu konfliktu z Gorbaczowem, czyli do drugiej połowy lat 80., nikt nie podejrzewałby Jelcyna, wiernego syna partii, sprawnego karierowicza, o demokratyczne poglądy. Dziennik „Rzeczpospolita” przypomniał kiedyś słowa rosyjskiego publicysty Leonida Batkina, który wyliczył, że w ciągu dziesięciu lat Jelcyn zmienił poglądy... dwadzieścia razy.

 

Także w Bułgarii przemiany wprowadzał były aparatczyk, minister spraw zagranicznych i ostatni sekretarz generalny Bułgarskiej Partii Komunistycznej Petyr Mładenow. Ale przed upadkiem Żiwkowa zdążył wykonać polityczną woltę, stawiającą go w rzędzie opozycjonistów. Odmówił podpisania oświadczenia, potępiającego mieszanie się USA do wewnętrznych spraw Bułgarii, oraz – po konflikcie z Żiwkowem – ustąpił z zajmowanych stanowisk. Już jako prezydent kraju musiał się zmierzyć z rzeczywistą opozycją, reprezentowaną przez Związek Sił Demokratycznych, któremu nie podobało się pozostawanie u władzy byłych komunistów. Zastosował wówczas wariant polski, posadził najważniejszych polityków za Okrągłym Stołem i przekazał stery państwa opozycyjnemu ZSD.

Dość tajemniczą postacią jest też były prezydent Rumunii Ion Iliescu – wieloletni działacz komunistyczny (przez pewien czas członek Komitetu Centralnego RPK) stał się demokratą niejako z przypadku, na fali demonstracji przeciwko Geniuszowi Karpat. Nie dziwi to, że przejął władzę: był kolegą Gorbaczowa z czasu studiów w Moskwie. Ale często pojawiały się pytania – czy to on stał za pospieszną egzekucją Ceauşescu i jakie tajemnice dyktator zabrał ze sobą do grobu?

Metamorfozę przeszedł również aparatczyk Komunistycznej Partii Jugosławii Slobodan Miloszević, który, wyczuwając nadciągające konflikty, przeobraził się w nacjonalistę i klęcząc przed ołtarzem świętego Sawy, wezwał Serbów do wojny z wrogami (Chorwatami i muzułmanami). Był rok 1989, a słowa skierowane do Serbów padły na Kosowym Polu – miejscu, w którym serbskie wojska zostały 600 lat wcześniej rozgromione przez Turków.

U nas przykład neofickiej gorliwości miał miejsce na nieco niższym szczeblu – oto pragnący zachować stanowisko prezydenta Warszawy (wywodzący się z PZPR) Jerzy Bolesławski wyraził zgodę na publiczny lincz na... pomniku Feliksa Dzierżyńskiego. Idea skądinąd słuszna, ale zrealizowana zbyt pokazowo – duma polskiego ruchu rewolucyjnego rozpadła się w środku dnia, przy asyście kamer i fleszy, a widzowie nieniepokojeni przez milicję załatwiali naturalną potrzebę na doczesne szczątki monumentu.

 

Jednak trudno się dziwić, że ludzie przyzwyczajeni do pozostawania na szczytach za wszelkę cenę próbowali utrzymać się przy władzy. Jak pisze Judt: „Jeszcze w październiku Imre Pozsgay (ekskomunista, jeden z liderów transformacji, zainicjowanej przez Węgierską Socjalistyczną Partię Robotniczą – przyp. AG) na Węgrzech czy Egon Krenz we wschodnich Niemczech naiwnie zakładali, że są w stanie pokierować lokalną odmianą pierestrojki. Większość oponentów w zasadzie się z tym zgadzała i nadal poszukiwała jakiegoś tymczasowego kompromisu. W 1980 roku Adam Michnik pisał, że jest możliwe do wyobrażenia państwo mieszane, w którym totalitarna organizacja państwa będzie współistnieć z demokratycznymi instytucjami społeczeństwa”. Jednak 1989 rok zadał tej tezie kłam. Sypał się nie tylko komunizm jako system, ale także społeczeństwo nie chciało już żyć pod rządami jego kadr.

„Łatwość, z jaką pękło złudzenie władzy komunistycznej, dowiodła, że reżimy były słabsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać” – konstatuje Judt. Okazało się, że wilk nie ma zębów już od dawna, choć przez lata skutecznie odgrywał rolę groźnego drapieżnika. I to Polacy jako pierwsi rzucili owemu drapieżnikowi wyzwanie. – Na to, że świat traktuje upadek muru berlińskiego jak ikonę tamtych czasów, patrzę bez większych emocji – zapewnia Frasyniuk.

– Ostatecznie żyjemy w czasach „pisma obrazkowego”, a wydarzenia, jakie miały miejsce w stolicy Niemiec, rzeczywiście są o wiele bardziej spektakularne i atrakcyjne medialnie od polskiego pokojowego przejęcia władzy. Jednak to, że reagujemy na tę kwestię tak nerwowo, wypływa po trosze z naszego narodowego kompleksu niższości, permanentnego niedoceniania. A przecież po raz pierwszy pokazaliśmy światu, że jesteśmy w stanie wygrywać, a nie jedynie ginąć w kolejnych wojnach i powstaniach.