Nie dziwi mnie więc, że piesze wędrówki wracają do łask. Są prostym antidotum na podróżniczą nadprodukcję wrażeń. Na szlaku nie da się „zaliczyć” widoku w trzy minuty. Trzeba do niego dojść. Europa ma pod tym względem wyjątkowo wdzięczne warunki: w ciągu kilku godzin lotu możemy znaleźć się na pielgrzymim Camino, szkockich wrzosowiskach, nad urwiskiem w Picos de Europa albo wśród alpejskich przełęczy.
Camino de Santiago, czyli droga, która nie kończy się na celu
Camino de Santiago od dawna wykracza poza religijną pielgrzymkę. Droga Francuska, prowadząca z Saint-Jean-Pied-de-Port do Santiago de Compostela, liczy około 780–790 kilometrów i zwykle zajmuje cztery do pięciu tygodni marszu. Brzmi poważnie, ale paradoksalnie jest to jedna z najbardziej „ludzkich” długich tras w Europie. Nie trzeba być zaprawionym góralem ani specjalistą od biwakowania. Po drodze są schroniska, małe bary, miasteczka, pralnie, sklepy i cała kultura drogi, która sprawia, że człowiek nie czuje się rzucony na pastwę własnej ambicji.
To nie jest wyłącznie wyczyn. Bardziej miesiąc życia ustawiony według prostego rytmu: wstać, spakować się, iść, odpocząć, porozmawiać i zasnąć. Nie każdy wraca z Camino odmieniony, jak lubią sugerować podróżnicze legendy, ale trudno mi uwierzyć, że kilkaset kilometrów przebyte własnym krokiem nie porządkuje choć trochę myśli.

Szlaki, które przypominają, że natura nie zawsze jest wygodna
Jeśli Camino uczy cierpliwego marszu, Ruta de Cares w hiszpańskim paśmie Picos de Europa przypomina, że zachwyt bywa lekko niekomfortowy. Około 22-kilometrowa trasa prowadzi ścieżkami wykutymi w skałach, tunelami i wąskimi półkami zawieszonymi wysoko nad rzeką Cares. To jeden z tych szlaków, na których zdjęcia faktycznie nie przesadzają. Kanion jest monumentalny, a człowiek idzie tam z wyraźnym poczuciem, że znalazł się w przestrzeni znacznie starszej i większej od własnych planów urlopowych.
Podobne wrażenie daje GR-131 na La Gomerze, choć w zupełnie innym klimacie. Szlak przecina wyspę przez wulkaniczne zbocza, zielone doliny i wilgotne lasy wawrzynowe Parku Narodowego Garajonay. To nie są Kanary w wersji leżakowej, z palmą ustawioną w tle do zdjęcia. La Gomera jest bardziej poszarpana, bardziej surowa i przez to ciekawsza. Dystans około 43 kilometrów nie brzmi groźnie, dopóki nie spojrzymy na przewyższenia przekraczające 2300 metrów. Tutaj oddech przyspiesza nie tylko z zachwytu.

Szkocja, Walia i północ, czyli krajobraz dla tych, którzy nie potrzebują gwarancji słońca
West Highland Way to klasyk szkockiego trekkingu: 154 kilometry z Milngavie do Fort William, przez jezioro Loch Lomond, wrzosowiska, otwarte doliny i Highlands. Oficjalnie można przejść go w kilka dni, zwykle pięć do siedmiu, ale najważniejsza jest nie liczba etapów, tylko klimat tej drogi. Szkocja na zdjęciach często wygląda jak miejsce stworzone z mgły, wiatru i melancholii. Na żywo też potrafi taka być. I bardzo dobrze. Nie każdy krajobraz musi świecić błękitem nieba, żeby zapadać w pamięć.
Podobnie z Wales Coast Path, choć skala jest tu znacznie większa. Cały szlak wzdłuż wybrzeża Walii ma około 1400 kilometrów, więc mało kto przechodzi go za jednym zamachem. Znacznie rozsądniej wybrać fragment: klify Pembrokeshire, półwysep Gower, okolice małych portowych miejscowości. Morze, wiatr, foki, zamki i ten szczególny rodzaj brytyjskiej pogody, która potrafi w pół godziny zorganizować cztery pory roku.

Jeszcze dalej na północ czeka Kungsleden w szwedzkiej Laponii. Cały Szlak Królewski liczy kilkaset kilometrów, lecz szczególnie popularny jest odcinek Abisko–Nikkaluokta, mający około 107 kilometrów. Rozległe doliny, tundra, brzozowe lasy, schroniska oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów i przestrzeń, która nie próbuje zabawiać człowieka co pięć minut. W północnej Europie krajobraz działa inaczej niż w Alpach. Mniej tu dramatycznych pionów, więcej szerokiego oddechu. Bardziej przekonuje mnie to, niż niejeden słynny „punkt widokowy”, do którego przyjeżdża się tylko po szybkie zdjęcie.
Alpy, czyli klasyka, która wciąż się broni
Są szlaki, które zyskały legendarny status tak dawno temu, że można mieć wobec nich lekką podejrzliwość. Tour du Mont Blanc jest jednym z nich. Pętla wokół najwyższego masywu Alp prowadzi przez Francję, Włochy i Szwajcarię, liczy około 170 kilometrów i wiąże się z solidną porcją przewyższeń. Standardowo przejście zajmuje około 10 dni. Brzmi jak trekkingowy pewniak z pierwszej strony katalogu, ale czasem popularność ma swoje uzasadnienie. W tym przypadku trudno dyskutować z lodowcami, górskimi przełęczami i kolejnymi dolinami, które co kilka godzin układają krajobraz od nowa.
Nieco mniej oczywistą propozycją jest Rätikon High Trail na pograniczu Austrii, Szwajcarii i Liechtensteinu. Około 45-kilometrowa pętla wokół jeziora Lünersee zajmuje zwykle pięć dni i prowadzi od schroniska do schroniska. To bardzo wdzięczny format dla osób, które chcą poczuć smak wielodniowej górskiej wędrówki, ale niekoniecznie od razu mierzyć się z logistyką długiego wyprawowego trekkingu. Jest wysiłek, są panoramy, jest wieczorne zmęczenie, które najlepiej rozumie się przy gorącej kolacji w schronisku.

Urlop, z którego wraca się z czymś więcej niż zdjęciami
Najpiękniejsze europejskie szlaki nie mają ze sobą aż tak wiele wspólnego, jak mogłoby się wydawać. Camino jest społeczne i rytmiczne. Kungsleden ciche i przestrzenne. Ruta de Cares spektakularna, chwilami wręcz onieśmielająca. Tour du Mont Blanc daje alpejską wielkość w najbardziej klasycznym wydaniu. Łączy je raczej coś innego: wymagają obecności. Nie pozwalają oglądać świata bokiem, między jedną wiadomością a drugą.
Myślę, że dlatego piesze podróże będą tylko zyskiwać. Na szlaku wciąż można się spieszyć. Można gonić czas przejścia, liczyć kilometry, porównywać przewyższenia. Ale można też po prostu iść. I po kilku dniach zauważyć, że urlop wreszcie przestał przypominać harmonogram zadań.
