W Varenna uznano, że granica między plażą a miasteczkiem zrobiła się zbyt umowna. Od 27 czerwca 2026 roku na całym terenie tej miejscowości zabronione jest przebywanie z nagim torsem albo w stroju kąpielowym. Wyjątek obejmuje plaże, pomosty i miejsca przeznaczone do wsiadania na łodzie. Za spacer w bikini lub bez koszulki można dostać mandat w wysokości od 50 do 200 euro, czyli od około 215 do 865 zł.
Można się uśmiechnąć, bo nad jeziorem zakaz kostiumów kąpielowych brzmi trochę jak regulamin, który zagalopował się podczas redagowania. Tyle że lokalne władze nie próbują kontrolować tego, co dzieje się nad wodą. Chcą odzyskać ulice, place i wejścia do kościołów, które w szczycie sezonu zaczęły funkcjonować jak przedłużenie kąpieliska.
Bikini zostaje przy wodzie
Coraz częściej mam też wrażenie, że część turystów przyjeżdża do takich miejsc z gotowym scenariuszem zachowania, jakby samo wykupienie noclegu automatycznie zmieniało całe miasteczko w hotelowy teren wspólny. Skoro jest jezioro, to można chodzić w stroju kąpielowym wszędzie. Skoro są wąskie uliczki, to można zatrzymać na środku grupę kilkudziesięciu osób. Skoro widok jest piękny, każdy schodek staje się planem zdjęciowym. Problem zaczyna się wtedy, gdy wakacyjna beztroska jednej osoby staje się codziennym utrudnieniem dla setek innych. I właśnie przed takim przesunięciem granic Varenna próbuje się dziś bronić.
Warto od razu doprecyzować, że przepisy nie obowiązują wokół całego jeziora Como. Wprowadziła je gmina Varenna, czyli jedna z najbardziej rozpoznawalnych miejscowości położonych nad jego wschodnim brzegiem. To właśnie tam znajdują się kolorowe kamienice, strome uliczki i promenada, które regularnie pojawiają się w przewodnikach oraz wakacyjnych materiałach w mediach społecznościowych.
Zasada jest dość prosta. Strój kąpielowy można nosić tam, gdzie rzeczywiście służy do kąpieli albo wypoczynku nad wodą. Po wyjściu na miejską ulicę trzeba narzucić sukienkę, koszulę, T-shirt lub inne ubranie. Miasteczko nie zamierza mierzyć długości spodenek ani sprawdzać, czy turysta reprezentuje odpowiedni poziom włoskiego szyku.
Mam wrażenie, że samo określenie przyzwoity strój dodaje sprawie niepotrzebnie moralizatorskiego tonu. Przepis dotyczy przede wszystkim miejsca i sytuacji. Strój odpowiedni na pomost nie zawsze pasuje do restauracji, sklepu czy placu przed zabytkowym kościołem. Większość z nas intuicyjnie stosuje podobne zasady również podczas urlopu nad Bałtykiem.
650 mieszkańców kontra setki tysięcy odwiedzających
Varenna liczy około 650 stałych mieszkańców, tymczasem każdego roku odwiedzają ją setki tysięcy turystów. Ta dysproporcja wiele wyjaśnia. Dla przyjezdnych wąska uliczka jest malowniczym kadrem i przystankiem między promem a lodziarnią. Dla mieszkańca pozostaje drogą do domu, pracy, sklepu albo lekarza.

Nowy dress code stanowi zaledwie część większego pakietu. Zorganizowane grupy turystyczne mogą liczyć maksymalnie 25 osób. Przewodnicy nie mogą używać głośników ani innych urządzeń wzmacniających głos, a wycieczki nie powinny zatrzymywać się w miejscach, w których łatwo blokują ruch pieszy.
Za złamanie zasad dotyczących grup przewodnikowi grozi od 100 do 400 euro kary, czyli około 430-1730 zł. Kolejne naruszenia mogą skończyć się zakazem wykonywania zawodu na terenie gminy przez okres od trzech miesięcy do roku.
Trudno mi się dziwić, że właśnie megafony, tłum stojący w przejściu i półnagie osoby wchodzące do sklepów stały się dla mieszkańców symbolem problemu. Pojedynczo wyglądają jak drobne wakacyjne niedogodności. Powtarzane codziennie przez tysiące osób skutecznie odbierają miejscu normalny rytm.
Mandat za kostium nie wyleczy overtourismu
Oczywiście koszulka nie rozwiąże wszystkich problemów Varenna. Nie zmniejszy cen mieszkań, nie zwiększy liczby pociągów i promów, nie ograniczy liczby apartamentów przeznaczonych na krótki wynajem. Nie sprawi też, że popularne uliczki nagle przestaną przyciągać osoby poszukujące dokładnie tego samego zdjęcia.
Łatwiej jednak skontrolować brak koszulki niż rynek nieruchomości. Lokalne władze sięgają więc po środki, które można zastosować natychmiast i które dają mieszkańcom przynajmniej odrobinę poczucia, że miasto nadal należy również do nich.
Mandaty mają przy tym znaczenie symboliczne. Przypominają, że kupienie biletu lotniczego i opłacenie noclegu nie daje turystom specjalnego immunitetu. Miejscowość wypoczynkowa nadal jest czyimś domem, nawet jeśli z perspektywy odwiedzającego wygląda jak perfekcyjnie przygotowana dekoracja.

Wakacje nie są abonamentem na całe miasto
W ostatnich latach podróżowanie coraz częściej przypomina zaliczanie atrakcji. Przyjazd, kilka zdjęć, szybki posiłek i powrót na prom. W takim tempie łatwo przestać zauważać ludzi, którzy mieszkają za kolorowymi okiennicami, przechodzą tym samym chodnikiem i próbują robić zwyczajne zakupy pomiędzy kolejnymi grupami wycieczkowymi.
Nowe zasady w Varenna mogą wydawać się surowe, zwłaszcza osobom, które traktują całe wybrzeże jeziora jako jedną wielką strefę rekreacyjną. W praktyce wymagają niewiele. Wystarczy lekkie ubranie wrzucone do torby. Koszulka waży zdecydowanie mniej niż mandat na 865 zł.
Bardziej przekonuje mnie więc interpretacja, że Varenna nie prowadzi wojny z odkrytym brzuchem. Próbuje przypomnieć o wyczuciu miejsca, które w turystycznym pośpiechu gdzieś się zgubiło. Wakacyjna swoboda nadal pozostaje dostępna. Kończy się jedynie tam, gdzie zaczyna się codzienne życie mieszkańców.
