Od tygodni chodzę po Tokio, zaczepiając ludzi na ulicach. Dla gaijina, czyli obcokrajowca, nawet biegle mówiącego po japońsku, to piekielnie trudne zadanie w zatłoczonym do granic możliwości mieście. W takiej sytuacji odpowiednio dobrane gesty mogą zdziałać więcej niż potok słów. Gdy do kogoś podchodzę, robię to zdecydowanie, a gdy jestem blisko, wykonuję drobny gest, unosząc zgięte ramię do wysokości klatki piersiowej, trzymając wyprostowaną pionowo dłoń w taki sposób, żeby osoba stojąca naprzeciw mnie widziała brzeg, a nie wnętrze dłoni.

Gest ten sygnalizuje, że zamierzam wkroczyć w czyjąś przestrzeń. Wbrew pozorom żyjący w przeludnionych miastach Japończycy są bardzo wrażliwi na punkcie zachowania prywatnej przestrzeni. Nawet wśród bliskich przyjaciół bezpośredni kontakt fizyczny nie jest mile widziany. Uściski dłoni czy poklepywanie po plecach są traktowane jako rodzaj niepotrzebnego ekshibicjonizmu – przyjaciele znają swoje relacje osobiste, nie mają potrzeby obnoszenia się z nimi.

Gdy więc już wejdę w cudzą przestrzeń, mówię krótko, że chodzi mi o zrobienie fotografii. Najczęściej spotykam się z naturalną konsternacją, wtedy sięgam po wizytówkę, którą podaję obiema rękami z delikatnym ukłonem. To ważny gest, bo momentalnie przestaję być anonimową postacią z tłumu, a staję się fizyczną osobą z imieniem i nazwiskiem. Japończycy nigdy go nie lekceważą – byłoby to wyrazem braku szacunku. Często odruchowo dają mi w zamian swoją wizytówkę. Kontakt zostaje nawiązany, mam chwilę potrzebną, aby przedstawić ogólne informacje na temat mojego projektu i celu wykonania fotografii.

Co nam mówi brak reakcji

Finał tej sytuacji mógłby być inny, bo rytuał wymiany wizytówek w zależności od miejsca i okoliczności może mieć wiele odcieni. Doświadczyłem tego podczas wielu lat pracy w japońskich firmach. Do mojego gabinetu wchodził gość, wręczał swoją wizytówkę zgodnie z przewidzianym obyczajem, a ja odbierałem ją dwoma palcami jednej ręki i chowałem do tylnej kieszeni spodni.

Wskazywałem potem uprzejmie krzesło, zapraszając do rozmowy o interesach. Mój gość natychmiast rozumiał, że nie może liczyć na wiele od kogoś, kto właśnie posadził swój tyłek na jego nazwisku.

Ten system pozawerbalnej komunikacji jest w Japonii rozwijany od pokoleń. Każda forma komunikacji – także za pomocą gestów – służy tutaj utrzymaniu dobrych międzyludzkich stosunków. Szczególnie przydatne okazało się to we współczesnym świecie zatłoczonych miast i permanentnego pośpiechu, gdy nie ma czasu na skomplikowane wyjaśnienia. To dlatego wymiana uprzejmych gestów nie ogranicza się tutaj do kurtuazji. Jeśli nie wypływa ona z naturalnego szacunku, nie ma absolutnie żadnej wartości. Stąd rezerwa, z jaką Japończycy podchodzą do poklepywania obcych po ramieniu, i uwaga, jaką poświęcają drobnym z pozoru gestom lub wręcz całkowitemu brakowi reakcji.

Kilka lat temu szedłem na kolację z moimi wówczas jeszcze przyszłymi teściami, aby przedłożyć im swoje zamiary w stosunku do ich córki. Ponieważ występowałem w tej roli nie po raz pierwszy w swoim życiu, wiedziałem, że może być to trudna rozmowa. Moja żona pochodzi z bardzo tradycyjnej rodziny, która od pokoleń opiekuje się świątynią w centralnym Tokio. Kiedy się oświadczyłem, mój przyszły teść, który jest buddyjskim mnichem, zamknął oczy i znieruchomiał. Jak dla mnie trwał w tej pozie sporo za długo. Najpierw pomyślałem, że zdębiał. W rzeczywistości podkreślał w ten sposób ważny moment w historii tej szacownej tokijskiej rodziny.

W Japonii można wiele powiedzieć przez absolutny brak reakcji. Popijający po pracy awanturnicy często zaczepiają w piątkowe wieczory przechodniów, zadając kłam opowieściom o żelaznej dyscyplinie społecznej Japończyków. Najczęściej prowokowani na ulicy ludzie po prostu nie okazują absolutnie żadnych emocji. Przeczekują zaczepki z kamiennym spokojem, który mówi: wydaje ci się, że skaczesz mi do gardła, a tymczasem nie strzępisz mi nawet nogawki.