Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego mamy wrażenie, że ciągle przyspieszamy, a mimo to czasu brakuje nam coraz bardziej? W tym artykule (którego datę złożenia musiałem dwukrotnie przesunąć, nie zdążając z pracą w terminie) postaram się w przystępny sposób wyjaśnić ten fenomen.

Według badań z 2007 r. trzy czwarte Amerykanów uważa, że spędza w pracy więcej czasu i doświadcza więcej stresu niż poprzednia generacja. Nie jest to nowy trend – już na początku lat 90. XX wieku dokonywano podobnych obserwacji. Biorąc pod uwagę, że Polacy – według danych OECD – są jednym z narodów pracujących najdłużej na świecie, warto się przyjrzeć temu zjawisku.

Ma ono bez wątpienia wiele przyczyn. Przede wszystkim, jak zauważa Zygmunt Bauman, wybitny polski socjolog, wprowadzenie możliwości pracy zdalnej de facto powoduje zawłaszczenie przez pracę czasu prywatnego. Każda chwila potencjalnie wolna może być poświęcona pracy, a w dodatku symboliczne granice między sferą prywatną a zawodową – wcześniej podkreślane przez ubiór, dojazd, sztywne ramy czasowe itp. – zacierają się.

Jednocześnie wskutek globalizacji i niezwykłego rozwoju technik informacyjnych (zwłaszcza internetu i serwisów tworzonych przez samych użytkowników, typu Facebook czy Twitter) następuje tzw. kompresja czasoprzestrzenna: najbardziej odległe wydarzenia są relacjonowane w czasie rzeczywistym, a z uwagi na zalew newsów wczorajsze wiadomości nikogo nie obchodzą. W rezultacie mamy poczucie stałego zwiększania się tempa życia.

Co ciekawe, wrażenie coraz szybszego biegu wydarzeń i tego, że dla poprzednich generacji czas płynął wolniej, nie jest nowe – towarzyszy ludzkości od rewolucji industrialnej i narodzin współczesnego kapitalizmu. Wprowadzenie ekonomii kapitalistycznej spowodowało, że zaczęto przykładać większą wagę do tempa i terminowości pracy. O ile jeszcze w średniowieczu uniwersalizacja czasu (stawianie dzwonnic i ratuszy z zegarami) wzbudzała powszechne protesty, o tyle w XIX wieku rozpowszechnienie się dokładnych miar czasu (co do minuty) za pośrednictwem kolei nie budziło już zastrzeżeń.

Pracujemy coraz więcej, natomiast czasu mamy coraz mniej – dzieje się tak na całym globie. Według raportu Travelodge z 18 czerwca 2006 r., ponad dwie trzecie aktywnych zawodowo Brytyjczyków bierze co roku co najmniej dzień lub dwa wolnego, by nadrobić niedobory snu spowodowane przepracowaniem. Jest to o tyle paradoksalne, że trudno zaobserwować związany z tym zjawiskiem wzrost produktywności. Pracujemy coraz dłużej, ale robimy tyle samo. Biorąc pod uwagę, że większość firm twierdzi, iż liczy się dla nich przede wszystkim efektywność, jest to co najmniej dziwne. Wyjaśnienie tego fenomenu może być związane ze specyfiką pracy opartej na wiedzy. Coraz więcej ludzi zarabia przede wszystkim dzięki wysiłkowi umysłowemu. O ile robotnicy i pracownicy biurowi na początku XX wieku wywalczyli sobie prawo do ośmiogodzinnego dnia pracy, o tyle pracownicy intelektualni nigdy tego nie zrobili. Wydawać by się mogło, że brak wymogów dotyczących liczby godzin, które spędza się w firmie, jest korzystny. Niestety, w praktyce przedsiębiorstwa wykorzystują elastyczność czasu pracy do dawania podwładnym nadmiaru zadań. Powstaje sprzężenie tzw. kontroli normatywnej, powodujące, że coraz bardziej utożsamiamy się z pracą i wyznaczonymi nam zadaniami. Czulibyśmy się głupio, gdybyśmy zawalili termin ważnego projektu. Oczywiście, gdy kończy się aktualny projekt i mamy nadzieję na chwilę wytchnienia, zaczyna się kolejny.

Gdyby jednak problem polegał tylko na tym, że mamy za dużo pracy, dałoby się go rozwiązać. W końcu osoby, którym zależy na czasie wolnym, mogłyby pracować na część etatu albo tak gospodarować swoją produktywnością, by mieć na przemian okresy bardzo intensywne oraz bardzo luźne. Niestety, w praktyce rzadko się to udaje. W badaniach przeprowadzonych w latach 2004–2008 w Polsce i USA na przykładzie pracowników z przedsiębiorstw informatycznych wykazałem, że organizacje high-tech charakteryzują się ciekawą cechą – mimo deklaratywnego zainteresowania przede wszystkim efektywnością, w istocie premiują (awansami, bonusami, prestiżem) fizyczne spędzanie czasu w miejscu pracy. Prowadzi to do patologii – w kilku zaobserwowanych przypadkach programiści posuwali się wręcz do udawania, że są w firmie (zostawiając samochód na parkingu i wracając do domu taksówką, zostawiając marynarkę na fotelu, stawiając podgrzewane kubki z kawą na biurku albo pilnując, by wyjść zaraz po przełożonym, nigdy wcześniej), byle uchodzić za ciężko pracujących.

Być może taka postawa menedżerów i organizacji jest bardziej racjonalna, niż mogłoby się wydawać. W wypadku pracy opartej na wiedzy (jak programowanie czy projektowanie domów) sam proces twórczy jest trudny do oceny, a często może sprawiać nieprzewidziane kłopoty. Niejednokrotnie nie daje się odróżnić pracownika leniwego od takiego, który ma realne problemy techniczne z wykonaniem wymagającego intelektualnie zadania. Łatwo natomiast zmierzyć czas spędzony w miejscu pracy. Co więcej, jeśli pracownik siedzi w firmie cały dzień, wszystkie swoje potrzeby będzie realizował właśnie tam – a więc zwiąże się z nią emocjonalnie. To dlatego do pozornie wspaniałych rozwiązań, polegających na oferowaniu pracownikom kawiarni, przedszkoli, kin i siłowni bezpośrednio w miejscu pracy (jak w modelowym przykładzie kampusu Google), trzeba podchodzić ostrożnie. Fajnie gdy wszystko jest pod ręką, ale jeżeli nie ma się życia poza pracą, staje się ona najważniejsza.

W rezultacie czas zaczyna odgrywać rolę symbolicznej waluty, za pomocą której pracownicy dowodzą swojego poświęcenia na rzecz organizacji. Ofiara jest tym większa, im większych wyrzeczeń wymaga – dlatego pracownik, który przez większość projektu działał na pół gwizdka, ale na koniec rzuca się do jego ratowania, może być uznany za lepszego niż taki, który spokojnie wypełnia swoje obowiązki. Opisane procesy wzajemnie się nakręcają: współczesny system społeczny stale zwiększa presję czasu i – jak w wyścigu Królowej Kier w „Alicji po drugiej stronie lustra” – musimy biec ze wszystkich sił, aby utrzymać się w miejscu. Żeby iść do przodu, trzeba biec dwa razy szybciej. W przyszłości będzie jednak zapewne jeszcze gorzej.