Tyle że fizyka ma na ten temat własne zdanie. Biometeorolodzy z Uniwersytetu w Innsbrucku sprawdzili, jak parasol wpływa na komfort cieplny człowieka. Wyniki są dość otrzeźwiające. W większości sytuacji siedzenie pod parasolem rzeczywiście jest przyjemniejsze niż wystawianie się bezpośrednio na słońce, lecz różnica bywa zaskakująco mała.
Nad głową może wisieć 70-stopniowy kawałek materiału
Georg Wohlfahrt i Albin Hammerle przyjrzeli się temu, co dzieje się z energią słoneczną po rozłożeniu parasola. Jego czasza zatrzymuje sporą część bezpośredniego promieniowania krótkofalowego. I właśnie dlatego skóra nie jest bombardowana słońcem z taką intensywnością.
Problem pojawia się chwilę później. Materiał parasola pochłania część tej energii i zaczyna się nagrzewać. W zależności od koloru, właściwości tkaniny i warunków jego powierzchnia może osiągać około 70°C. Rozgrzana czasza sama zaczyna emitować promieniowanie cieplne, również w dół, czyli dokładnie tam, gdzie siedzimy z książką, napojem i poczuciem dobrze podjętej decyzji.
Mam wrażenie, że właśnie tego elementu zwykle nie bierzemy pod uwagę. Cień kojarzymy automatycznie z chłodem, choć są to dwie różne rzeczy. Parasol odcina bezpośrednie słońce, lecz temperatura powietrza wokół nas magicznie nie spada. Nadal otacza nas gorące i często wilgotne powietrze, pod stopami mamy rozgrzany piasek, a kilkadziesiąt centymetrów nad głową może znajdować się mocno nagrzana powierzchnia.
We Włoszech różnica może wynosić tylko 0,6°C
Badacze stworzyli model uwzględniający między innymi temperaturę i wilgotność powietrza, wiatr, promieniowanie słoneczne, nagrzanie piasku oraz wymianę energii pomiędzy otoczeniem, parasolem i człowiekiem. Komfort oceniali przy pomocy wskaźnika UTCI, czyli narzędzia używanego do określania obciążenia organizmu warunkami termicznymi.
W około 95% analizowanych sytuacji warunki pod parasolem były korzystniejsze. Skala poprawy potrafi jednak rozczarować. Dla sierpniowych warunków nad Morzem Śródziemnym różnica wynosiła około 0,6°C, a nad Bałtykiem około 1,3°C. Przy naprawdę wysokich temperaturach wszyscy możemy więc siedzieć elegancko schowani w cieniu i nadal pocić się równie mało elegancko.
Co więcej, autorzy analizy wskazują, że istnieją kombinacje warunków, w których pod parasolem może być odczuwalnie gorzej. Znaczenie mają między innymi położenie słońca, intensywność promieniowania i temperatura samej czaszy. Wynik jest więc mniej oczywisty niż wakacyjna intuicja podpowiada.

Wiatr jest lepszym sprzymierzeńcem, niż się wydaje
Na plaży często ratuje nas coś innego niż kolejna warstwa specjalistycznej tkaniny – zwykły ruch powietrza. Wiatr pomaga odprowadzać ciepło z powierzchni skóry i wspiera parowanie potu, a jednocześnie może chłodzić sam parasol. Jego materiał mniej się wtedy nagrzewa, więc również mniej energii oddaje w naszą stronę.
To dobrze tłumaczy znane chyba każdemu doświadczenie z wakacji. Ten sam cień w bezwietrzne południe potrafi przypominać miejsce wybrane wyłącznie z braku lepszego pomysłu, a chwilę później, gdy pojawia się morska bryza, nagle staje się całkiem komfortowy.
Coraz bardziej przekonuje mnie więc myślenie o parasolu jako jednym elemencie ochrony przed upałem, a nie gotowym rozwiązaniu problemu. Duża, przewiewna strefa cienia, ruch powietrza, regularne picie wody, lekkie ubranie i przerwy od najwyższych temperatur dają znacznie większe szanse na komfort niż samo przesuwanie leżaka za wędrującym cieniem.
Cień nadal ma sens – szczególnie dla skóry
Z całej analizy łatwo byłoby wyciągnąć wniosek, że parasol plażowy jest właściwie bezużyteczny. Byłaby to spora przesada. Jego podstawowe zadanie pozostaje bardzo ważne – ogranicza ilość bezpośredniego promieniowania słonecznego docierającego do człowieka.

Warto przy tym pamiętać, że nawet siedząc w cieniu, nie jesteśmy całkowicie odcięci od promieniowania UV. Światło dociera również z innych kierunków, rozprasza się w atmosferze oraz odbija od piasku i wody. W badaniu opublikowanym w JAMA Dermatology po 3,5 godziny spędzone na plaży ślady oparzenia wystąpiły u 78% osób korzystających wyłącznie z parasola. Dla porównania w grupie używającej kremu SPF 100 było to 25%. Żadna z tych metod stosowana samodzielnie nie zapewniła pełnej ochrony.
Pod parasolem nadal posmarowałabym się kremem z filtrem, założyła okulary i kapelusz, a w naprawdę gorącym dniu nie planowałabym wielogodzinnego siedzenia na plaży w środku dnia. Cień daje sporą ulgę od bezpośredniego słońca. Jeśli jednak liczymy, że kilka metrów materiału zamieni sierpniową plażę w chłodne miejsce odpoczynku, fizyka szybko sprowadzi te oczekiwania do temperatury otoczenia.
