14. sierpnia bieżącego roku, w tokijskim szpitalu opuściła świat artystka, która na przekór ludzkiemu życiu, poświęciła większość swojej kariery próbom ukazania artystycznego wymiaru nieskończoności i iluzji. Robiła to przy pomocy kropek, które niejako również symbolizują bezkres ludzkiej wyobraźni nawet wtedy, kiedy używa się tak pospolitego obiektu.
Yayoi Kusama pozostawiła po sobie wiele dzieł, które może dadzą radę załatać dziurę po jej odejściu
Urodziła się w 1929 roku w Matsumoto i już wtedy lubiła rysować, ale to nie był moment początku jej sławy. Świt wielkiej kariery miał się obudzić ponad 30 lat później, kiedy w 1957 roku, Kusama wyjechała z powojennej Japonii, żeby zamieszkać w Nowym Jorku. To właśnie stamtąd świat miał oszaleć na punkcie groszków, fallicznych kształtów w kropki oraz zabawy nieskończonością.

To właśnie ona wyznaczała kierunek sztuki artystki. Yayoi Kusama przygotowują obraz w linie pędzące przed siebie bez zatrzymania, zaczęła na nie nanosić powtarzające się elementy. Pomysł tak ją uwiódł, że zaczęła ten motyw powtarzać nie tylko na płótnie, ale i kolejnych przedmiotach, rzeźbach. W pewnym sensie sama stała się linią idącą za głosem sztuki, która nie znała ani początku, ani końca.
Czytaj też: Hollywood musiało uznać wyższość najbrzydszego filmu. Wszystko bez AI i dzięki szczerości twórców
Skala urosła w końcu do rozmiarów potrzebujących oswobodzenia z ciasnych ram tradycyjnego podejścia i wtedy zaczęły się rodzić słynne pomieszczenia z kropkami w najróżniejszych formach i kolorach, których ilość była wzmacniana jeszcze użyciem luster. Te zaś miały potęgować efekt do tego stopnia, że odbiorca miał stawać się częścią instalacji, jak opisywała Yayoi Kusama, obserwator miał w pewnym sensie się zdematerializować i odrodzić jako część sztuki.
Wszystko było idealnym “płótnem” żeby tworzyć sztukę
Twórczyni rozpieszczała fanów niemal bez przerwy, nie mogąc jakby zaspokoić swojego głodu tworzenia. Każdy materiał, powierzchnia oraz forma nadawały się do tego, żeby wlać w nie swoją wyobraźnię. Dlatego Yayoi Kusama pozostawiła po sobie filmy, poezję, rzeźby, instalacje, sztuki teatralne i wiele innych, testując jak bardzo można jedną ideę zmaterializować na wielu płaszczyznach. Jak się można spodziewać, taki wulkan emocji może przytłoczyć, chociaż często był i wydarzeniem bardziej intymnym.

Skąd brała pomysły na te wszystkie wizualizacje? Autorka otwarcie się przyznawała do zażywania różnych substancji, które również wpływały na jej tworzącą się relację ze sztuką. Niestety życie nie było usłane wyłącznie różami. Często była krytykowana za swoje instalacje, które z perspektywy czasu pokazały kto miał rację i w jakim kierunku zmierza świat. Do tego w latach 70. walczyła z chorobą psychiczną, wywołującą u niej halucynacje i ataki paniki. Lecząc się w Tokio, podjęła decyzję o zakończeniu przygody życia po drugie stronie oceanu.

Jednakże jej nieustępliwość w dążeniu do wyzwolenia artystycznej duszy była silniejsza. Po wzmocnieniu się nie tylko fizycznie, ale i mentalnie, powróciła w wielkim stylu między innymi czerpiąc inspirację ze swojego dzieciństwa. Gdy miała 11 lat, pierwszy raz ujrzała w towarzystwie swojego dziadka dynię. Lustrzany pokój wypełniony tycimi dyniami był niczym wspomnienia, których się nie dało wyostrzyć w spójny obraz, co zostało w 1993 roku docenione podczas La Biennale di Venezia.

Dzisiaj jej prace można oglądać na całym świecie, lecz każdą z odrobiną żalu, że już nigdy nie zobaczymy niczego nowego. Wielu krytyków zastanawia się także, czy jej spuścizna rzeczywiście przetrwa kolejne pokolenia, przede wszystkim czy sztuka jej dokonania właściwie sklasyfikuje, żeby nie była tylko ciekawostką na studiach? Na szczęście Yayoi Kusama, chociaż pewnie jak każdy artysta, wolałaby, żeby pamięć o niej nie umarła, to podchodziła do tego słowami: dobrze jest być outsiderem.
Drugiej takiej nie będzie.
Źródła: wallpaper, designboom, guardian
