Jedenastoletni Frankie, mieszkający w Kanadzie szpic miniaturowy, coraz częściej miewał napady duszącego kaszlu, zwłaszcza po dłuższych spacerach. Nie pomogły leki na zapalenie oskrzeli ani środki przeciwalergiczne. Pies z każdym dniem czuł się gorzej, przez wiele minut nie mógł złapać oddechu. Kiedy Frankie trafił do doktor Marilyn E. Dunn z Université de Montréal, był już w bardzo złym stanie. Mimo że zdjęcia rentgenowskie nie wykazały zapadnięcia tchawicy – częstego schorzenia u psów tej rasy – dr Dunn przeprowadziła bronchoskopię, aby to sprawdzić. Badanie polega na wprowadzeniu do psiego pyska kamery światłowodowej i dokładnym obejrzeniu na ekranie monitora wnętrza dróg oddechowych.

Dopiero wtedy udało się znaleźć zwężone miejsce. Podczas krótkiego zabiegu dr Dunn wprowadziła do tchawicy Frankiego stelaż z rurek zrobionych z nitinolu (stop niklu i tytanu) – materiału z „pamięcią”. Po odkształceniu powraca on do poprzedniego kształtu, dzięki czemu powstaje minirusztowanie uniemożliwiające dalsze zapadanie się tchawicy. Pies szybko wrócił do zdrowia. Usztywnienie tchawicy Frankiego to przyszłość lecznictwa weterynaryjnego, ale przykład ten dobitnie pokazuje, jak wiele jesteśmy dziś w stanie zrobić dla zwierząt. Nasi pupile – w wielu polskich domach traktowani jak członkowie rodziny – coraz częściej korzystają z dobrodziejstw współczesnej medycyny. I należy się im to jak psu kość, bo większość metod leczniczych, ratujących od lat życie i zdrowie ludzi, testowano i doskonalono z udziałem zwierząt.

PSIEMU SERCU NA RATUNEK

Należący do kolarza Lance’a Armstronga labrador Rex urodził się z wadliwą zastawką serca. Gdyby nie determinacja i zasoby finansowe właściciela, Reksa nie byłoby już wśród żywych. Operację wymiany psich zastawek przeprowadził słynny kardiolog weterynaryjny dr Chris Orton z Colorado State University, który od 1997 roku wykonuje podobne zabiegi, wykorzystując do tego celu zastawki zrobione z bydlęcego osierdzia. Niestety, wysoki koszt tych zabiegów ogranicza ich dostępność. Rzadkim luksusem pozostaje również wszczepienie cierpiącemu pupilowi rozrusznika serca. Co roku w USA weterynarze wykonują około 300 takich operacji, wykorzystując do tego celu używane ludzkie rozruszniki. Psom cierpiącym na bradykardię i tachykardię – odpowiednio zwolnienie i przyspieszenie akcji serca – urządzenia te wydłużają życie o 3–5 lat.

Sam sprzęt i rekonwalescencja zwierzęcia kosztują około 1 tys. dolarów. U kotów metoda ta nie sprawdza się tak dobrze jak u psów. Po raz pierwszy operację taką wykonano w 2000 roku; kotu o imieniu Tooye wszczepiono dziecięcy rozrusznik, jednak po kilku miesiącach pojawiły się komplikacje pooperacyjne i zwierzę zostało uśpione. Wymiana zastawek czy rozruszniki to na razie amerykańska awangarda. W naszej części świata zwierzęcy kardiochirurdzy stawiają na mniej spektakularne operacje nieinwazyjne. Zabiegi takie wykonywane są pod kontrolą kamer światłowodowych lub fluoroskopu – aparatu rentgenowskiego sprzężonego z kamerą, pokazującego dynamiczny obraz „na żywo”. Dzięki tej technologii w wielu krajach Europy Zachodniej operuje się tzw. przetrwały przewód tętniczy – bardzo częstą u psów wadę wrodzoną, polegającą na patologicznym połączeniu między aortą a pniem płucnym.

Nieleczony defekt pro - wadzi do powiększenia lewego przedsionka i lewej komory serca, a następnie do rozwoju nadciśnienia płucnego. „Operacje przetrwałego przewodu tętniczego w uproszczeniu polegają na wsunięciu przez tętnicę na nodze cewnika, przez który wprowadza się drut owinięty włóknistą strukturą” – opowiada lekarz weterynarii Rafał Niziołek, specjalista chorób serca i płuc. Urządzenie to dociera aż do przewodu tętniczego. Dzięki umieszczonym na drucie włóknom krew krzepnie i zamyka nieprawidłowe połączenie. W podobny sposób można operować dziury między komorami serca – tyle, że wówczas wkładane przez cewnik urządzenie przypomina zamkniętą parasolkę, którą się potem w odpowiednim miejscu otwiera.

KOCI DAWCY POSZUKIWANI


Obiecująco rozwija się również zwierzęca transplantologia. Rdzennie polskim osiągnięciem w tej dziedzinie jest naprawienie uszkodzonego stawu kolanowego za pomocą przeszczepu chrzęstno-kostnego. Tę metodę opracował dr Mariusz Adamiak z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i testował ją na owcach rasy merynos polski. Na razie terapia ta pozostaje w fazie eksperymentalnej. Do praktyki weterynaryjnej weszły natomiast przeszczepy u kotów. Ocenia się, że aż 16 proc. tych zwierząt powyżej 15. roku życia cierpi na przewlekłą niewydolność nerek. Przeszczep może wydłużyć kotu życie o 2–6 lat, a przeżywalność po zabiegu sięga 80– –90 proc.

Lekarze ze Szkoły Medycyny Weterynaryjnej przy University of California w Davis chwalą się, że ich pacjent rekordzista żyje ze wszczepioną nerką od 15 lat! Przeszczepy rzadko wykonuje się natomiast u psów. Operacji nie przeżywa aż 60 proc. zwierząt, więc lekarze bardzo rzadko decydują się na taki krok. Weterynarze transplantolodzy często mają podobne problemy jak „ludzcy” lekarze – skąd wziąć dawcę organu. W wielu krajach istnieją sieci banków organów zwierzęcych, do których trafiają narządy pobierane od zwierząt usypianych z powodów medycznych, za zgodą ich właścicieli. Jednak nie wszędzie jest tak różowo. W Wielkiej Brytanii cztery lata temu burzę wywołał projekt ustawy zezwalającej na pobieranie organów od bezpańskich kotów. Zwierzę bez jednej nerki może żyć – argumentowali zwolennicy tego rozwiązania – a jego korzyść z tego będzie taka, że właściciel biorcy przeszczepu będzie miał obowiązek zaopiekować się również i dawcą.

 

Brytyjscy obrońcy praw zwierząt uznali ten pomysł za niemoralny i projekt upadł. Wielką barierą są też koszty terapii. „Utrzymanie takiego przeszczepu wymaga stosowania drogich leków immunosupresyjnych, czyli przeciwdziałających odrzutom. To z tego powodu transplantologia weterynaryjna jeszcze przez długi czas nie zawita do Polski” – mówi lekarz weterynarii Mariusz Cichecki, właściciel łódzkiej lecznicy CM-VET. Podobnie nierealne w naszym kraju wydaje się dializowanie chorych na nerki zwierząt. Natomiast  na Zachodzie – w Niemczech czy USA – taki zabieg to już standard w wielu dużych ośrodkach weterynaryjnych. Koszt tygodniowej kuracji wynosi tam około 500 dolarów.

Nasze zwierzaki mogą natomiast liczyć na zaawansowaną technologicznie pomoc ortopedyczną. Popularne są u nas autoprzeszczepy kości, a więc uzupełnianie ubytków fragmentami tkanki pobranymi od tego samego zwierzęcia. Najczęściej sztukuje się w ten sposób kości kończyn (kości przedramienia, piszczelowe, strzałkowe, łokciowe, promieniowe), a uzupełnienia czerpie się z biodra lub krętarza (fragmentu kości udowej). Jednym z najpoważniejszych problemów ortopedycznych u psów dużych ras jest dysplazja stawów biodrowych. To schorzenie dziedziczne, ujawniające się dopiero w 6.–8. miesiącu życia szczeniaka, a prowadzące do dolegliwości bólowych, kulawizny i problemów z poruszaniem się. „Zaawansowane stadium tej choroby u psów ważących więcej niż 25 kg wymusza wstawienie sztucznego stawu biodrowego” – mówi dr Grzegorz Wąsiatycz, właściciel poznańskiej kliniki weterynaryjnej, który wykonuje tego typu operacje. Zabieg ten polega na usunięciu naturalnej panewki kości i zamontowaniu w jej miejsce sztucznej, wykonanej ze specjalnej masy plastycznej. Do niej dobiera się odpowiedniej wielkości endoprotezę głowy i szyjki kości udowej, która bardzo przypomina tę stosowaną u ludzi – tyle, że jest mniejsza. Składa się z pręta i kulki ze stali chirurgicznej uszlachetnionej chromem. Niekiedy na kulkę nakłada się kapturek z tworzywa sztucznego (np. polietylenu), który ma minimalizować ścieranie się stawu.

ZAJRZEĆ DO ZWIERZAKA

Oczywiście nie może być leczenia bez rozpoznania choroby. Pół biedy, jeśli można to zrobić gołym okiem czy z pomocą prostych analiz laboratoryjnych. Gorzej, gdy trzeba zajrzeć do wnętrza ciała zwierzęcia. W naszym kraju do niedawna można to było zrobić tylko za pomocą aparatu rentgenowskiego, ale od kilku lat wiele klinik oferuje możliwość przeprowadzenia ultrasonografii czy elektrokardiografii. Rzadszym luksusem jest USG serca. „Za kilka lat szeroko dostępna może być metoda tzw. dopplera tkankowego – badania obrazującego ruch poszczególnych części serca dużo dokładniej niż obecnie dostępne badanie” – mówi Rafał Niziołek. Do gabinetów weterynaryjnych szeroko wkroczyła również endoskopia. Jedną z jej form jest bronchoskopia, dzięki której zdiagnozowano chorobę Frankiego.

W Polsce możliwa jest również rhinoskopia (badanie wnętrza jamy nosowej) czy gastroskopia (obrazowanie wnętrza żołądka). Zupełną nowością w naszym kraju jest szeroko stosowana na Zachodzie tomografia komputerowa dla zwierząt (jedyny tomograf weterynaryjny znajduje się w Klinice Małych Zwierząt Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie). Trudniejsze – choć nie niewykonalne – jest zbadanie zwierzaka za pomocą rezonansu magnetycznego. Niektóre lecznice weterynaryjne zawarły umowy z „ludzkimi” klinikami, które po godzinach udostępniają zwierzętom swoje urządzenia diagnostyczne. Naprawianie błędów Z psem lub kotem można iść do alergologa, który wykona zwierzakowi testy uczuleniowe, albo do dentysty, który wstawi implant zębowy.

Z kolei u kota rasy Maine Coon możliwe jest wykonanie badań genetycznych na obecność genów warunkujących wystąpienie chorób serca. Zwierzaki mające problemy z oddychaniem można umieścić w namiocie tlenowym. „Kiedy pies czy kot gorzej się czuje, wkłada się go do takiego namiotu na jakiś czas i następuje poprawa. Sam stosuję taką metodę w ciężkich przypadkach, np. u kotów z atakiem astmy” – mówi Rafał Niziołek. Granicę ingerencji w zdrowie zwierząt wyznaczają dziś możliwości finansowe ich właścicieli. Koszty najbardziej wyrafinowanych zabiegów są naprawdę wysokie. Endoproteza stawu biodrowego wszczepiana psu z zaawansowaną dysplazją kosztuje około 7,5 tys. zł plus koszty operacji. Nitinolowe pierścienie, które uratowały życie Frankiemu, są warte ponad 5 tys. zł. Przeszczep nerki to wydatek rzędu 10 tys. dolarów. Jednak wielu właścicieli zwierząt jest gotowych ponieść takie koszty i to nie tylko z powodu wysokiej ceny, jaką przyszło im zapłacić za rasowego szczeniaka czy kociaka. Nasi pupile często cierpią z naszej winy, ponieważ skutkiem ubocznym hodowli ras jest nie tylko piękny wygląd, ale i skłonność do chorób, jakich nie znali dzicy przodkowie domowych psów i kotów.

Aleksandra Kowalczyk