Sama rozumiem pokusę. Człowiek próbuje zjeść obiad, a nie sporządzić jego zeznanie podatkowe. Gdy aplikacja rozpoznaje kurczaka, ryż i warzywa, po czym wyświetla 620 kalorii, łatwo poczuć, że sytuacja jest pod kontrolą. Problem polega na tym, że aparat ogląda gotowy talerz. Nie widział, ile oliwy wylano na patelnię, czym zagęszczono sos ani jak duża porcja makaronu schowała się pod warzywami.
Nowe badanie pokazuje, że w takim cyfrowym rachunku może brakować nawet kilkuset kalorii. I zwykle znikają właśnie te, które najłatwiej przeoczyć także człowiekowi.
Na ekranie 600 kalorii, na talerzu prawie 900
Naukowcy wykorzystali 102 posiłki przygotowane w kontrolowanej kuchni metabolicznej. Każdy składnik był tam ważony z dokładnością do 0,1 grama, więc rzeczywista wartość odżywcza dań była znana znacznie lepiej niż w zwykłej restauracji czy domowej kuchni.
Zdjęcia posiłków przeanalizowały cztery aplikacje wykorzystujące rozpoznawanie obrazu: MyFitnessPal, Lose It!, Cal AI oraz Appediet. Wszystkie zaniżały kaloryczność. Średnia różnica wynosiła od około 250 do 345 kalorii na posiłek. Jeszcze bardziej wymowny okazał się tłuszcz – aplikacje pomijały przeciętnie około 30 gramów.
To niemal 270 kalorii ukrytych w jednym składniku odżywczym. Wynik przestaje więc dziwić, gdy przypomnimy sobie, że łyżka oliwy ma około 120 kalorii, a na zdjęciu wygląda najwyżej jak delikatny połysk na sałacie. Masło rozpuszczone w puree, śmietanka dodana do sosu czy majonez schowany w kanapce również nie mają obowiązku pozować do fotografii.
Węglowodany były szacowane bardziej konsekwentnie. Kromkę chleba, porcję ryżu czy ziemniaki łatwiej rozpoznać i porównać z obrazami znajdującymi się w bazie. Znacznie gorzej wypadały posiłki ketogeniczne, w których spora część energii pochodziła z tłuszczu.

AI patrzy na jedzenie jak gość, który spóźnił się do kuchni
Zdjęcie pokazuje kształt, kolor i fragment objętości. Nie przekazuje przepisu ani historii dania. Dwie niemal identyczne miski zupy mogą różnić się o kilkaset kalorii, jeżeli jedna została ugotowana na warzywach, a druga zawiera śmietanę, masło i sporą porcję sera.
Podobnie wygląda sytuacja z sałatkami. Ta sama kompozycja liści, pomidorów i kurczaka może być lekkim lunchem albo pełnoprawnym obiadem, zależnie od ilości oliwy, orzechów, awokado i sosu. Dla oka różnica bywa subtelna. Dla dziennego bilansu energetycznego już niekoniecznie.
Algorytm ma też problem z oceną głębokości. Widzi powierzchnię zapiekanki, lecz nie wie, ile warstw znajduje się pod serem. Rozpoznaje porcję makaronu wystającą z wysokiego pudełka, ale nie potrafi zajrzeć na jego dno. Im więcej składników jest wymieszanych, przykrytych lub rozpuszczonych, tym więcej miejsca pozostaje na zgadywanie.
W praktyce aplikacja udziela odpowiedzi na podstawie prawdopodobieństwa. My jednak dostajemy konkretną liczbę, często wraz z dokładną zawartością białka, tłuszczu i węglowodanów. Ta precyzyjna forma łatwo maskuje fakt, że w środku nadal znajduje się przybliżenie.
Fałszywa dokładność potrafi popsuć cały plan
Gdy człowiek sam szacuje, że obiad miał około 700 kalorii, zwykle pozostawia sobie margines błędu. Gdy aplikacja pokazuje 612 kalorii, liczba wygląda na zmierzoną, choć w rzeczywistości mogła zostać odgadnięta ze zdjęcia.

Mam wrażenie, że właśnie to stanowi największe ryzyko podobnych narzędzi. Sam błąd można skorygować. Trudniej skorygować pewność, że błędu nie ma.
Jeżeli jeden posiłek zostanie zaniżony o 300 kalorii, po tygodniu poza cyfrowym dziennikiem znajdzie się ponad 2000 kalorii. Nie oznacza to automatycznie konkretnego wzrostu masy ciała, bo ludzki metabolizm nie działa jak prosty kalkulator. Wystarczy jednak, by niewielki planowany deficyt całkowicie zniknął.
Osoba korzystająca z aplikacji może wtedy ograniczać porcje coraz mocniej, zwiększać liczbę treningów i zastanawiać się, dlaczego waga się nie zmienia. Tymczasem część problemu powstała już przy pierwszym kroku – podczas błędnego oszacowania tego, co rzeczywiście znalazło się na talerzu.
Aplikację warto traktować jak notatnik
Wyniki badania nie oznaczają, że wszystkie metody liczenia kalorii w telefonie są bezużyteczne. Znacznie dokładniejsze może być ręczne wpisywanie produktów, skanowanie kodów i podawanie rzeczywistej gramatury. W badaniach prowadzonych w częściowo kontrolowanych warunkach MyFitnessPal potrafił dawać wyniki zbliżone do ważonych posiłków.
Zdjęcie może więc posłużyć jako punkt wyjścia. Po wykonaniu fotografii warto sprawdzić rozpoznane składniki, poprawić porcje i osobno dodać olej, masło, dressing, sosy, sery czy orzechy. W przypadku dań przygotowywanych regularnie lepiej raz wprowadzić cały przepis niż codziennie pozwalać algorytmowi zgadywać jego skład.
Szczególnej uwagi wymagają produkty o dużej gęstości energetycznej. Niewielka garść orzechów, dodatkowa łyżka oliwy czy hojnie posmarowane pieczywo nie zajmują na talerzu wiele miejsca. Kalorycznie mogą odpowiadać znacznie większej porcji warzyw, ziemniaków lub owoców.

Talerz pozostaje bardziej skomplikowany niż fotografia
Fotograficzne liczenie kalorii ma ogromną zaletę – jest szybkie. Może pomagać zauważyć regularność posiłków, wielkość porcji i powtarzające się wybory. Dla części osób będzie użytecznym dziennikiem, zwłaszcza gdy alternatywą jest całkowity brak kontroli nad sposobem jedzenia.
Trudno jednak uznać zdjęcie za pomiar. Jedzenie bywa zbyt nieprzezroczyste, dosłownie i w przenośni. Kalorie ukrywają się w tłuszczu, sosach, recepturach i składnikach, których aparat zwyczajnie nie widzi.
Coraz chętniej oddajemy aplikacjom sen, ruch, tętno, poziom stresu i zawartość talerza, licząc na jedną prostą odpowiedź. Technologia może porządkować dane, ale czasem jedynie nadaje elegancką formę domysłom. Przy liczeniu kalorii nadal przydaje się odrobina nieufności – szczególnie wtedy, gdy wynik pojawia się szybciej, niż zdążylibyśmy zważyć pierwszą łyżkę oliwy.
