Mówi się, że z dużej chmury mały deszcz. Jednak ta zasada zupełnie nie ma zastosowania w przypadku tornada. Tutaj duża chmura oznacza poważne kłopoty.

Najwięcej tornad na świecie nawiedza wschodnie stany USA. W 1974 roku tylko w ciągu dwóch kwietniowych dni na ojczyznę jeansów i coca-coli spadło 148 szalejących wirów powietrznych. Ich powstawanie ściśle powiązane jest z bardzo dużymi chmurami burzowymi, zwanymi superkomórkami. Od zwykłych cumulonimbusów różni je nie tylko rozmiar (średnica 20 do nawet 50 km i grubość do 12 km!), ale także ruch cykloniczny.

Pojawia się on, gdy na wznoszący się słup gorącego i wilgotnego powietrza oddziałują boczne wiatry, różne na różnych wysokościach. Suma ruchu ku górze i w bok tworzy w rezultacie pionowy wir, tzw. mezocyklon. Kiedy ten jednym końcem nadal zawieszony w chmurze, drugim dotknie ziemi, zaczyna się piekło. Powstałe tornado niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Ekstremalnie silne wiatry, intensywne opady, a nawet grad wielkości piłeczek golfowych – tak zabójczy wir znaczy swą drogę.

W oku cyklonu

Aby ułatwić komunikację pomiędzy ludnością cywilną a służbami zajmującymi się obserwacjami i śledzeniem cyklonów, na początku XX wieku zaczęto nadawać huraganom imiona. Na początku były to imiona polityków niecieszących się popularnością, a w czasie II wojny światowej imiona żon i narzeczonych synoptyków.

W latach 50. przez krótki czas imiona zarówno żeńskie, jak i męskie, zaczynały się na kolejne litery alfabetu. Szybko jednak wrócono do imion tylko żeńskich. Nie podobało się to organizacjom kobiecym i ostatecznie od roku 1979 huragany noszą imiona obu płci. Każdy pierwszy cyklon w roku parzystym nosi imię żeńskie (drugi – męskie), a w roku nieparzystym męskie (drugi – żeńskie). Imiona zaczynają się na kolejne litery w alfabecie. Jeśli ich zabraknie, wykorzystuje się litery alfabetu greckiego.

Taka sytuacja przytrafiła się jak dotąd tylko jeden raz, w 2005 r. Listy imion są gotowe zawsze przed sezonem huraganowym, aby przy nazywaniu burz nie sugerować się np. zniszczeniami. Dla cyklonów formujących się w innych częściach świata niż północny Atlantyk powstają osobne listy. Huragany to połączona moc dwóch żywiołów: wiatru i wody. Wilgotne powietrze wiruje z ogromną prędkością wokół centralnego obszaru ciszy, zwanego okiem cyklonu. Jego średnica może się wahać od kilku do nawet kilkuset kilometrów.

Im niższe ciśnienie panuje w oku, tym większa jest siła otaczających je wiatrów. Rekordowo niskie ciśnienie 882 hPa panowało wewnątrz huraganu Wilma, który w październiku 2005 roku spustoszył półwysep Jukatan i południową Florydę. Wiejący wiatr osiągał tam prędkość 295 km/godz. Najniższe kiedykolwiek zanotowane ciśnienie wynosiło jednak zaledwie 870 hPa, co było równoznaczne z wiatrem o prędkości 310 km/godz. Rekord ten należy do tajfunu Tip, który w październiku 1979 roku krążył po Pacyfiku i ostatecznie uderzył w Japonię, choć jego siła zdążyła do tego czasu znacznie zmaleć. Był to jednocześnie największy wśród wszystkich zaobserwowanych cyklonów tropikalnych w historii. Jego średnica miała ok. 2200 km. Obejmował obszar dużo większy od Polski, równy blisko połowie powierzchni USA. Najmniejszy był cyklon Tracy z 1974 roku. Jego średnica to „zaledwie” 100 km.

Huragan Andrew

Huragan Andrew z 1992 roku jest drugim najdroższym cyklonem tropikalnym w historii USA. Kosztował on amerykańskich podatników równowartość obecnych 40 mld dolarów. Palmę pierwszeństwa przejęła po nim w 2005 r. Katrina, która była dwukrotnie droższa. Andrew uderzył we Florydę rankiem 24 sierpnia. W skali Saffira-Simpsona osiągnął najwyższą 5. kategorię. Kiedy niszczył nadbrzeżne miasteczko Homestead, wiatr miał prędkość 270 km/godz., a ciśnienie w oku wynosiło zaledwie 926 hPa. Fala powodziowa miała wysokość ponad 5 metrów. Huragan zostawił po sobie ślad szeroki na 40 km i długi na 100 km. Zniszczonych zostało 300 km kw. lasów namorzynowych, głównie w parkach narodowych. W wyniku wypłat odszkodowań 11 agencji ubezpieczeniowych zbankrutowało, a kolejnych 30 utraciło płynność finansową. Łączna liczba ofiar wyniosła 65.

W Europie też wieje

Europa nie jest całkowicie poza wpływem ekstremalnie silnych wichur. Co kilka lat Stary Kontynent nawiedza huraganowy wiatr, najczęściej zwany tu orkanem. Pochodzenie tej nazwy jest zresztą identyczne jak określenia huragan. Obie wywodzą się od Huracana – boga wiatru, burzy i ognia w kulturze Majów. Europejskie huragany rozwijają sie najczęściej zimą na północnym Atlantyku i przemieszczają się w stronę północno- zachodniej Europy, przechodząc także nad Polską.

Jeden z silniejszych orkanów ostatnich lat nawiedził naszą część świata w styczniu 2007 roku. Kyrill, po polsku nazywany też Cyrylem, zaatakował 17 stycznia i w ciągu dwóch dni zdążył wyrządzić szkody, które kosztowały Europę ponad 1 mld euro. Największa prędkość wiatru zanotowana w Szwajcarii wynosiła 225 km/godz., co odpowiada atlantyckiemu huraganowi 4. kategorii.

Na Śnieżce wiał niewiele słabiej, bo z prędkością 212 km/godz. Również w tym roku na przełomie lutego i marca zawiało mocniej niż zwykle. Tym razem za sprawą orkanu Emma. Wichura omal nie doprowadziła do katastrofy lotniczej podchodzącego do lądowania samolotu linii Lufthansa.