Niska sylwetka, długa maska, obłe błotniki i niewielka kabina wyglądają tak, jakby ktoś odnalazł zapomniany samochód w prywatnym garażu nad Morzem Liguryjskim. Tyle że ten model nigdy wcześniej nie powstał w gotowej formie. Pomysł Giorgetto Giugiaro czekał ponad sześć dekad, zanim ktoś zdecydował się zamienić archiwalne szkice w prawdziwe auto.
Efekt budzi zachwyt, ale przy okazji przypomina, jak rzadko współczesna motoryzacja pozwala sobie dziś na zwyczajne piękno. Bez świetlnych podpisów ciągnących się przez całe nadwozie i bez kabiny przypominającej centrum sterowania elektrownią.
Marzenie, które musiało poczekać
Historia otwartej wersji Bizzarrini 5300 GT zaczęła się na początku lat 60. Młody Giorgetto Giugiaro pracował wtedy w studiu Bertone, a wspólnie z inżynierem Giotto Bizzarrinim rozważał stworzenie wersji ze zdejmowanym dachem i charakterystycznym pałąkiem za kabiną.

Koncepcja pozostała jednak w archiwach. Przez ponad 60 lat funkcjonowała głównie jako intrygujący szkic z okresu uznawanego dziś za złotą erę włoskiego wzornictwa. Samochody projektowano wtedy bardziej ołówkiem niż algorytmem, a aerodynamika potrafiła iść w parze z elegancją, zamiast zamieniać każdy model w podobnie zaokrągloną kapsułę.
Samo Bizzarrini było marką młodą, ambitną i mocno związaną ze sportem. Model 5300 GT Corsa w 1965 roku wygrał swoją klasę w 24-godzinnym wyścigu Le Mans. Giotto Bizzarrini miał później wrócić nim na kołach do Livorno. Dziś taka podróż uruchomiłaby zapewne sztab prawników, logistyków i specjalistów od ryzyka. Wtedy wyścigowy samochód mógł po prostu opuścić tor i pojechać do domu.

Markę reaktywowano w 2020 roku. Wcześniej zbudowano serię 24 egzemplarzy 5300 GT Corsa Revival, a Aperta Lusso stała się kolejnym krokiem. Jest pierwszym całkowicie nowym modelem produkcyjnym Bizzarrini od lat 60., choć jej forma pozostaje bardzo wierna tamtej epoce.
Stara szkoła dostała włókno węglowe
Pod klasycznymi kształtami kryje się jednoczęściowe nadwozie wykonane z kompozytu włókna węglowego. Konstrukcję dodatkowo wzmocniono stalą stosowaną w lotnictwie. Dzięki temu możliwe było usunięcie stałego dachu bez zamieniania samochodu w wiotki kabriolet, który na każdej nierówności drży jak stolik ustawiony na krzywym chodniku.

Dach składa się z dwóch lekkich paneli z włókna węglowego. Można je zdjąć i schować w bagażniku, pozostawiając nad kabiną charakterystyczny pałąk. Rozwiązanie jest bliskie pierwotnej wizji Giugiaro i pozwoliło zachować proporcje klasycznego 5300 GT.
Pod długą maską pracuje silnik V8 o pojemności 5,3 litra. Umieszczono go za osią przednich kół, co ma poprawiać rozkład masy. Jednostka rozwija ponad 400 KM i współpracuje z pięciobiegową manualną skrzynią Tremec oraz mechanizmem różnicowym o ograniczonym poślizgu. Prędkość maksymalna przekracza 280 km/h.
Na papierze nie są to wartości, które przestraszą dzisiejsze hipersamochody albo najmocniejsze elektryki. Mam jednak wrażenie, że właściciel Bizzarrini nie będzie ustawiał się na światłach obok rodzinnego SUV-a, żeby udowodnić przewagę w sprincie do setki.
Liczyć mają się dźwięk wolnossącego V8, krótki ruch ręcznej dźwigni i poczucie prowadzenia samochodu wymagającego uwagi. W świecie aut, które same hamują, parkują, zmieniają pas i przypominają o trzymaniu kierownicy, udział człowieka zaczyna przypominać luksusową opcję wyposażenia.

La Dolce Vita w czasach powiadomień
Pierwszy egzemplarz otrzymał nazwę La Dolce Vita. Zamawiający chciał stworzyć samochód pozwalający odciąć się od cyfrowego zgiełku. Trudno mi się temu dziwić. Skoro telefon potrafi znaleźć człowieka podczas urlopu, kolacji i spaceru po lesie, pozostaje kupić ręcznie budowane włoskie auto i odjechać tam, gdzie zasięg kończy się wcześniej niż droga.
Nadwozie pokryto lakierem Azzurro Gaia z drobinami złota. W kabinie znalazły się skórzane fotele, tkaniny Zegna, drewniana kierownica Nardi oraz deska rozdzielcza wyrzeźbiona z jednego fragmentu drewna. Gałkę manualnej skrzyni wykonano z materiału o szylkretowym wzorze i ozdobiono złotym logo.

Całość balansuje na granicy wyrafinowania i ostentacji, ale włoskie auta tej klasy od dawna mają specjalne pozwolenie na odrobinę przesady. W ich przypadku drewniana kierownica i złote detale wyglądają znacznie bardziej naturalnie niż fortepianowy plastik oraz kilkanaście animowanych motywów ekranu.
Projektanci zachowali przy tym współczesne udogodnienia. Aperta Lusso ma klimatyzację, ładowanie MagSafe i system obsługujący Apple CarPlay. Elektronikę ukryto jednak tak, aby nie zdominowała wnętrza. Bardziej przekonuje mnie taki kompromis niż ustawianie wielkiego tabletu pośrodku deski rozdzielczej i nazywanie tego minimalizmem.
Dziesięć egzemplarzy bardzo kosztownej nostalgii
Początkowo powstanie zaledwie 10 samochodów, a każdy zostanie skonfigurowany indywidualnie dla właściciela. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 rok. Cena nie została ujawniona, co w tej części rynku zwykle oznacza, że poznaje się ją dopiero podczas prywatnego spotkania i najlepiej nie reagować zbyt gwałtownie.

Można oczywiście uznać Aperta Lusso za kolejną drogą zabawkę stworzoną dla kolekcjonerów. Produkcja mniejsza niż niejedna seria luksusowych zegarków raczej nie zmieni losów transportu ani nie wpłynie na sposób, w jaki większość z nas korzysta z samochodów.
Bizzarrini pokazuje jednak, że dawny projekt można rozwinąć z wyczuciem. Włókno węglowe, nowoczesne hamulce, współczesny wtrysk paliwa i wzmocniona konstrukcja pozwoliły zrealizować pomysł, którego w latach 60. nie udało się doprowadzić do produkcji. Jednocześnie zachowano manualną skrzynię, wolnossący silnik i sylwetkę powstałą w czasach, gdy projektanci samochodów mieli większą swobodę.
Aperta Lusso przypomina, że samochód może być przedmiotem stworzonym dla przyjemności patrzenia i prowadzenia. Nie musi bez przerwy analizować kierowcy, podsuwać wskazówek i wyświetlać komunikatów. Czasem wystarczą piękna droga, zdjęte panele dachu oraz silnik, którego obecności nie trzeba potwierdzać animacją na ekranie.
