Choć nazwa „Tomahawk” dotyczy rakiet wystrzeliwanych z okrętów podwodnych, to potocznie określa się tak wszystkie pociski samosterujące. Od wielu lat obalają rządy, nawet jeszcze przed wystrzeleniem. USA wprowadziły te pociski do uzbrojenia swoich wojsk na początku lat 80. i choć w centrum Europy nie wystartowały (poza poligonem), bez wątpienia przyczyniły się do upadku ZSRR. Już zapowiedź wyposażenia w tę broń wojsk amerykańskich w RFN wywołała wstrząs na Kremlu. Okazały się bowiem równie groźne, a znacznie tańsze niż wielkie rakiety międzykontynentalne. W dodatku były równie trudne do zniszczenia przed celem. Wystrzeliwane z ciężarówki, z pokładu okrętu lub zrzucane z samolotu mogły być wyposażone w głowice nuklearne. Leciały do celu oddalonego nawet o 2000 km niezbyt szybko, ale nisko, tuż nad drzewami. W dodatku mogły kluczyć, aby omijać stanowiska obrony przeciwlotniczej i ukrywać się przed stacjami radiolokacyjnymi. To wystarczyło, aby radzieccy przywódcy oczami wyobraźni zobaczyli chmary pocisków lecących w stronę Kremla. Na to zagrożenie mogli odpowiedzieć tylko zwiększając zbrojenia. A wyścig zbrojeń szybko wypalał wątłe rezerwy socjalistycznej gospodarki. Ostatecznie zmusił Michaiła Gorbaczowa do rozmontowania ZSRR.

A tomahawki rozkwitały. Szybko okazały się groźniejsze niż lotniskowce. W czerwcu 1993 r. wycelowano 23 pociski z pokładów amerykańskich okrętów na kwaterę wywiadu w Bagdadzie, oczywiście zmieniając ją w kupę gruzów. Używano ich także w Bośni, potem w Afganistanie i Sudanie, atakując namierzone przez wywiad kwatery Al-Kaidy. Podczas inwazji na Irak w 2003 r. wystrzelono 725 tomahawków. Do tych operacji przyłączyła się brytyjska marynarka wojenna, która też zakupiła tomahawki. W 1999 r. okręt podwodny HMS „Splendid” wystrzelił pierwszy z nich podczas wojny w Kosowie. Oczywiście tomahawków nie mogło zabraknąć, gdy ociągające się z pomocą dla masakrowanych powstańców libijskich mocarstwa demokratyczne wreszcie przystąpiły do akcji. Kanonada sparaliżowała dowódcze ośrodki armii Kaddafiego. I… wywołała protesty państw, które (jak Rosja) uznały, że alianci przekraczają uprawnienia przyznane przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Miały bowiem chronić ludność cywilną przed krwawym odwetem armii rządowej, a nie zwalczać wojska Kaddafiego i decydować o wyniku libijskich zmagań.

Tyle że ta granica jest płynna. Nikt nie potrafi wskazać, gdzie kończy się obrona cywilów, a zaczyna niszczenie wojsk przeciwnika. Na dodatek lekcje z historii wskazują, że ten sposób postępowania aliantów jest jedyną metodą skuteczną wobec krwawych dyktatorów. Już raz tak było, gdy w latach 70. i 80. pułkownik Kaddafi wspierał światowy terroryzm. Uczynił ze swojego kraju bazę, w której szkolono terrorystów, aby uczyli się zabijać niewinnych ludzi w samolotach, na lotniskach, w ambasadach i na ulicach zachodnich miast. Wyposażał morderców w broń, fałszywe dokumenty i materiały wybuchowe, a gdy uciekali tropieni przez policję – dawał schronienie. Libijskie ambasady zamienił w ośrodki dowodzenia terrorystycznymi zamachami.

Aż miarka przebrała się. 5 kwietnia 1986 r. szef CIA William Casey poinformował prezydenta Ronalda Reagana: „Przechwyciliśmy i rozszyfrowaliśmy tekst depeszy, którą ambasada [libijska] z Berlina Wschodniego przesłała do Kaddafiego: »Zaplanowaliśmy coś, co uczyni pana szczęśliwym«. Natychmiast podjęliśmy próbę zidentyfikowania, cóż może uczynić Kaddafiego szczęśliwym. Jedną z możliwości, jaką przyjęliśmy, jest zamach na dyskotekę”. Niestety, wywiad amerykański nie zdążył zapobiec tragedii. W wybuchu w dyskotece „La Belle” w Berlinie Zachodnim zginęły dwie osoby: amerykański żołnierz i jego turecka dziewczyna. Drugi żołnierz, któremu bomba urwała obie nogi, zmarł kilka godzin później w szpitalu. Wśród 234 rannych było 41 amerykańskich żołnierzy. W odwecie w nocy z 14 na 15 kwietnia 1986 r. amerykańskie samoloty uderzyły na cele w Libii. W czasie kilkunastominutowej akcji zrzuciły 79 ton bomb, niszcząc magazyny, koszary, centrum szkolenia terrorystów, pasy lotniska wojskowego, samoloty i śmigłowce. Na ziemi zginęło 37 osób, w tym adoptowane dziecko płk. Kaddafiego, zaś 93 – odniosły rany. Amerykanie stracili tylko jeden samolot z dwuosobową załogą.

Bez względu na to, jak oceniany był ten rajd przez wojskowych analityków, polityków i prasę, jedno jest pewne. Pułkownik Kaddafi przestraszył się, że jego polityka używania terroryzmu jako głównej broni w walce z USA ściągnie mu na głowę więcej samolotów. Fala terroryzmu wyraźnie zmniejszyła się. Wydaje się, że lekcja historii spełniła zadanie. Krytycy działań alianckich w Libii zapewne nie przekonają mocarstw, że nie powinny używać tomahawków i samolotów do ataków na libijskie instalacje wojskowe. Dzięki temu terytorium świata dyktatorów może poważnie się skurczyć.