Mam wrażenie, że Wenecja znalazła się w dość osobliwym położeniu. Przez dekady miasta zabiegały o turystów, inwestowały w promocję i liczyły kolejne rekordy odwiedzin. Teraz jedno z najsłynniejszych miejsc Europy zastanawia się, jak część tych ludzi przekonać, żeby jednak została w domu albo przynajmniej przyjechała kiedy indziej.
5 euro nie odstraszyło prawie nikogo
W 2026 roku system opłat obowiązywał przez 60 wybranych dni pomiędzy 3 kwietnia a 26 lipca, w godzinach od 8:30 do 16. Osoby planujące wizytę odpowiednio wcześniej płaciły 5 euro, czyli około 22 zł, a przy późniejszej rezerwacji 10 euro, czyli około 44 zł. Obowiązek dotyczył przede wszystkim jednodniowych turystów. Osoby nocujące w obiektach na terenie gminy były z opłaty zwolnione, choć musiały się zarejestrować.

Efekt finansowy trudno przeoczyć. W ciągu 60 dni sprzedano 679 553 płatne wejścia, a wpływy przekroczyły 5,2 mln euro. Ponad połowa odwiedzających kupiła droższą wersję biletu za 10 euro. Miasto odnotowało jednocześnie spadek średniej dziennej liczby płatnych voucherów o 32,3% w porównaniu z 2024 rokiem oraz mniej dni z wyjątkowo dużymi szczytami frekwencji.
Problem polega na tym, że sam mechanizm miał także wpływać na decyzję o przyjeździe. Przy cenie 5 czy 10 euro najwyraźniej nie zawsze tak się dzieje. Dla kogoś, kto zapłacił za samolot, pociąg, parking, obiad i rejs vaporetto, kilkadziesiąt złotych dopłaty niekoniecznie zmienia plan dnia.
Dlatego w rozmowach o kolejnej odsłonie systemu pojawiła się stawka 30 euro. Rozważano nawet 50 euro, czyli około 218 zł, choć według obecnych informacji bardziej realnym pułapem jest właśnie 30 euro. Zmiany dotyczyłyby przyszłych zasad, najpewniej 2027 roku, i wymagają jeszcze odpowiednich decyzji władz.
Wenecja ma większy problem niż kolejka do gondoli
Łatwo sprowadzić całą sprawę do zdjęć Placu św. Marka wypełnionego ludźmi. Tyle że tłum jest tylko najbardziej widocznym objawem.

Historyczne centrum Wenecji liczy dziś około 46,6 tysiąca mieszkańców, podczas gdy miasto odwiedza rocznie około 25 mln turystów. W skali roku proporcja robi się niemal surrealistyczna. Każdy mieszkaniec przypada na setki odwiedzających, którzy potrzebują transportu, gastronomii, sklepów, noclegów, sprzątania i całej infrastruktury działającej w wyjątkowo ciasnej przestrzeni.
Do tego dochodzi zmiana samego charakteru miasta. UNESCO od lat zwraca uwagę, że presja turystyczna prowadzi między innymi do przekształcania mieszkań w miejsca noclegowe oraz wypierania usług potrzebnych mieszkańcom przez biznes nastawiony na odwiedzających. Organizacja wskazuje też na spadek liczby stałych mieszkańców jako jedno z najważniejszych wyzwań Wenecji.
I właśnie dlatego szczególnie kłopotliwy jest turysta jednodniowy. Przyjeżdża rano, przechodzi najpopularniejszą trasą, korzysta z przestrzeni publicznej i kilka godzin później znika. Z punktu widzenia miasta zostawia po sobie zupełnie inny ślad niż ktoś, kto wynajmuje hotel, płaci podatek turystyczny, je kolację i spędza na miejscu kilka dni.
Nowa opłata zaczyna więc przypominać narzędzie do zmiany sposobu podróżowania. Nocujący w Wenecji są z niej zwolnieni, podczas gdy krótka wycieczka bez noclegu może stać się wyraźnie droższa.
Czy 130 zł wystarczy, żeby ludzie zmienili plany?
Tu odpowiedź wcale nie jest oczywista. 30 euro brzmi już jak konkretna kwota, szczególnie dla rodziny albo grupy kilku osób. Czteroosobowa wycieczka mogłaby oznaczać dodatkowe 120 euro, czyli około 522 zł, jeszcze przed kupieniem pierwszego espresso.

Z drugiej strony Wenecja należy do miejsc, które dla wielu osób są celem podróży samym w sobie. Kto przyleciał z drugiego końca Europy albo świata, prawdopodobnie nie zrezygnuje z wizyty dlatego, że do rachunku dojdzie kolejne 30 euro. Możliwe więc, że część osób wybierze inny termin, część zdecyduje się na nocleg, a inni po prostu zapłacą.
Także UNESCO zachowuje ostrożność w ocenie samego systemu. W decyzji z 2026 roku komitet zwrócił uwagę, że skuteczność opłaty w faktycznym ograniczaniu liczby odwiedzających wciąż nie została w pełni wykazana i wezwał do dalszej analizy przepustowości miasta oraz wpływu turystyki na życie mieszkańców.
Cena może regulować część ruchu, ale nie rozwiąże sama problemów mieszkaniowych, krótkoterminowego najmu ani gospodarki centrum podporządkowanej turystyce. Może natomiast zmusić odwiedzających do jednej rzeczy, której masowa turystyka szczególnie nie lubi – planowania.
Wenecja coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że spontaniczne wyskoczenie na kilka godzin w najbardziej zatłoczonym terminie może mieć swoją cenę. I być może właśnie to będzie kolejnym etapem podróżowania po najpopularniejszych miejscach Europy: mniej pytania o to, ile kosztuje bilet do muzeum, a więcej o to, ile kosztuje sama obecność w mieście.
