Nowa globalna analiza dotycząca ponad 174 tysięcy kotów pokazuje jednak, że ta opowieść ma drugą stronę. Kot domowy, który swobodnie włóczy się po okolicy, pod względem ryzyka kontaktu z patogenami wcale nie jest tak odległy od kota zdziczałego, jak lubimy myśleć. Regularne karmienie, własna kanapa i wizyty u weterynarza nie zmieniają faktu, że po wyjściu za furtkę zwierzę wchodzi w ten sam świat gryzoni, ptaków, pasożytów, obcych kotów i zanieczyszczonego środowiska.
Kot z obrożą nadal porusza się po „dzikim” terenie
Badacze przeanalizowali 604 wcześniejsze prace z 88 krajów. W zebranych danych zidentyfikowano 124 gatunki patogenów, z czego 97 może przenosić się na ludzi. Koty domowe, ale wypuszczane bez nadzoru, miały trzykrotnie wyższe szanse zakażenia jakimkolwiek patogenem niż koty żyjące wyłącznie w domu. Co więcej, ich ogólne ryzyko infekcji było porównywalne z ryzykiem obserwowanym u kotów zdziczałych.
W codziennym myśleniu wyraźnie oddzielamy „naszego kota” od „bezdomnego kota”. Pierwszy jest zadbany, zaszczepiony i czysty, drugi funkcjonuje gdzieś na marginesie osiedla czy gospodarstwa. Tyle że chorobotwórcze organizmy nie interesują się statusem własności. Jeśli zwierzę poluje, zagląda pod krzaki, wdaje się w kontakty z innymi kotami i porusza się po tych samych ścieżkach co dzikie zwierzęta, część domowego zabezpieczenia po prostu przestaje działać.

W badaniu szczególnie wyraźnie widać to przy niektórych patogenach. Koty wychodzące miały ponad trzy razy wyższe szanse zakażenia Toxoplasma gondii niż koty niewychodzące i niemal pięciokrotnie wyższe w przypadku glisty kociej Toxocara cati. Autorzy wskazują też na bakterie z rodzaju Bartonella, Leptospira oraz inne drobnoustroje, które mogą mieć znaczenie dla zdrowia ludzi.
Weterynarz nie widzi wszystkiego, czego kot dotyka po drodze
Szczepienia i odrobaczanie mają ogromne znaczenie, lecz nie zabezpieczają przed wszystkim. Kot może zetknąć się z zakażoną zdobyczą, pasożytami zewnętrznymi, odchodami innych zwierząt czy patogenami krążącymi w środowisku. Może też sam zanieczyszczać teren poza domem. Badacze przywołują szacunek, według którego w jednej miejscowości liczącej około 12 tysięcy gospodarstw koty wychodzące mogły pozostawiać rocznie 77 ton odchodów w przestrzeni publicznej. To brzmi niemal absurdalnie, dopóki nie przypomnimy sobie, jak wiele takich zwierząt żyje na typowym osiedlu domów jednorodzinnych.
Jest w tym też pewien problem psychologiczny. Opiekun widzi kota, który wrócił, zjadł kolację, umył łapę i zasnął na fotelu. Nie widzi jego kilkugodzinnej trasy. Nie widzi myszy niesionej przez trawnik, kontaktu z obcym kotem pod altaną ani tego, co zostało w łapkach i futrze. Według przywoływanych danych właściciele zauważają jedynie około 20% ofiar przynoszonych lub upolowanych przez swoje koty. Reszta tej aktywności pozostaje poza kadrem domowego życia.
„Ale on potrzebuje wolności” – i tu zaczyna się trudniejsza rozmowa
Temat kotów wychodzących zawsze szybko zamienia się w spór o dobrostan. Jedna strona mówi o stymulacji, ruchu i naturalnych zachowaniach. Druga o samochodach, zatruciach, bójkach, chorobach i polowaniu na dzikie zwierzęta. Prawda, jak zwykle, nie mieści się wygodnie w jednym haśle.

Mam jednak wrażenie, że coraz częściej przyjmujemy bardzo szeroką definicję „potrzeb kota”, a dość wąską definicję odpowiedzialności człowieka. Tymczasem badacze nie namawiają do zamykania zwierząt w pustym mieszkaniu i uznania sprawy za załatwioną. Wskazują raczej na bezpieczniejsze formy dostępu do zewnętrznego świata: zabezpieczone patio, ogrodzenia ograniczające wyjście poza teren posesji, spacery na szelkach.
Co istotne, autorzy badania zauważają, że około 62% kotów właścicielskich na świecie ma dostęp do swobodnego wychodzenia, a w niektórych regionach odsetek przekracza 90%. To pokazuje, że mówimy nie o niszowej praktyce, lecz o bardzo rozpowszechnionym modelu opieki.
Kot nie robi nic „złego”. To my ustawiamy mu warunki
W tej sprawie łatwo oburzyć się na same zwierzęta: że zabijają ptaki, że roznoszą pasożyty, że wchodzą do cudzych ogrodów. Tyle że kot zachowuje się jak kot. Problem zaczyna się wcześniej, w decyzji człowieka, by pozostawić go bez nadzoru w środowisku, w którym skutki jego aktywności rozlewają się znacznie szerzej niż tylko na jedną posesję.
Myślę, że za kilka lat swobodne wypuszczanie kotów może być oceniane podobnie jak dawniej swobodne puszczanie psów po ulicach: jako praktyka, która długo wydawała się normalna, dopóki nie zaczęliśmy uczciwiej liczyć jej kosztów.
