Dwa pięcioprzęsłowe mosty mają po ok. 200 m długości i ponad 30 m wysokości. Północny zbudowali Niemcy tuż przed I wojną światową, południowy w okresie międzywojennym. Są podwójne, na wypadek... bombardowania. Miały bowiem dla Niemców znaczenie strategiczne. Kursowały nimi pociągi pasażerskie, ale przede wszystkim towarowe – z materiałami na budowę fortyfikacji i wojennych kwater hitlerowskiego dowództwa. Nie jest więc prawdą, że wiaduktami tymi nigdy nie przejechał żaden pociąg. Przewodnik Ryszard Karuzo zaprzecza też pogłoskom, jakoby mosty zbudowano z drewnobetonu. Miałby na to wskazywać fragment belki w moście północnym. W książce „Mazury Wschodnie i Suwalszczyzna: silva rerum” tak komentuje tę zagadkową sprawę: „Nic bardziej fałszywego. Gdyby tak było, to pnie zostałyby po prostu zmiażdżone przez nacisk ogromnej masy betonu. Poza tym w owych czasach drewno było droższe niż beton. Jeszcze w czasach Polski Ludowej celowo rozpowszechniano wieści o tym, jacy to Niemcy byli biedni, oszczędni, aż musieli skąpić na materiale konstrukcyjnym”. Skąd więc wtopiona w beton belka? Pewnie znalazła się tam przypadkiem, np. spadła z szalunków bądź rusztowań gigantycznych akweduktów prosto w schnący beton.

Mosty w pobliżu wsi Stańczyki, nieopodal drogi nr 651: na odcinku Dubeninki–Żytkiejmy skręcić w prawo.

Dowspuda - ile był wart Pac?

Neogotycki pałac generała Ludwika Michała Paca (1778–1835) był tak wystawny, że zapewnił mu poczesne miejsce w świadomości Polaków dzięki powiedzeniu „Warty Pac pałaca, a pałac Paca”. Budowla miała charakter patriotyczny. Na zewnątrz zdobiły ją posągi czterech polskich królów i ośmiu hetmanów. Jednak bogaty arystokrata, który zdaniem niektórych badaczy posłużył Adamowi Mickiewiczowi za pierwowzór Hrabiego z „Pana Tadeusza”, nie cieszył się długo swą perełką. W latach 20. XIX w. trwała jeszcze przebudowa pałacu, a już po powstaniu listopadowym gen. Pac musiał wyemigrować. Dziś z całego kompleksu przetrwał zaledwie arkadowy portyk, wieża (zwana Bocianią), piwnice i dawna stajnia. Reszta albo została zniszczona, albo rozebrana za czasów carskich. Wieża przetrwała ponoć tylko dlatego, że na szczycie zbudował sobie gniazdo bocian i postanowiono zostawić go w spokoju. Ale po Pacu przetrwało w okolicy coś jeszcze: tajemnicze nazwy wsi, jak Szkocja czy Pruska Wielka, która dawniej zwała się New York, a Ludwinowo – Longwood. Generał sprowadzał bowiem do swoich folwarków szkockich osadników, żeby wprowadzali wśród tutejszej ludności nowinki agrarne. Dziś na pamiątkę tych zdarzeń w lipcu organizowany jest w Dowspudzie Festiwal Kultury Celtyckiej.

Wieś Dowspuda, tuż przed Raczkami, przy drodze nr 664 z Augustowa. Pałac w parku nieopodal rzeki Rospudy.

Węgorzewo - Mazurska Atlantyda

Z Wielkimi Jeziorami Mazurskimi łączy się wiele groźnych faktów. 21 sierpnia 2007 r. „biały szkwał” ze strasznym skutkiem zaatakował tu żeglarzy. Zginęło 12 osób, wielu cudem uszło z życiem. Wiatr przekraczał 120 km/godz.! Mamry – jedno z największych jezior w Polsce (104 km kw. powierzchni) – kryje w swoich głębinach też historyczne pamiątki: resztki osad, zatopionych w XVI w., gdy podniósł się poziom jego wód, po pozostałości bardziej współczesne. „Na dnie jeziora Mamry spoczywa na przykład statek »Arabella«, do którego schodzą płetwonurkowie. Są też niezwykle cenne czarne dęby, zatopione przez Niemców koło największej wyspy Upałty. Po dziś dzień leży tam potężny kabel telefoniczny, biegnący od Mamerek do niemieckiej centrali łączności w Węgorzewie. Do lat 60. było tam mnóstwo broni, np. szabel, i sprzętu wojskowego, łącznie z junkersem, który niestety oddano na złom, a o jego wyposażenie »zatroszczyli« się funkcjonariusze SB” – opowiada mazurski przewodnik Ryszard Karuzo.

Święta Lipka - legenda pełna muzyki

Legenda mówi, że w XIV wieku pewien skazaniec, czekający w kazamatach zamku w pobliskim Kętrzynie na egzekucję, miał widzenie, po którym wyrzeźbił w drewnie figurkę Matki Boskiej. Sąd tak zachwycił się jego dziełem, że darował mężczyźnie życie. Ten zaś po drodze z Kętrzyna do Reszla zostawił figurkę w gałęziach lipy. Od tej pory miejsce zasłynęło z cudownych uzdrowień. Do kaplicy, którą tam zbudowano, pielgrzymował ponoć nawet ostatni wielki mistrz krzyżacki Albrecht Hohenzollern (ten od hołdu pruskiego). Z czasem kaplica rozrosła się w piękny barokowy kościół pełen zabytkowych obrazów i rzeźb, wyobrażających Matkę Boską oraz nawiązujących do legendy o lipie. Nic tak jednak nie zachwyca jak XVIII-wieczne organy z czterema tysiącami piszczałek oraz z ruchomymi figurkami (m.in. Matki Boskiej i aniołów z trąbkami). Nie zawsze organy wyglądały tak efektownie. Po II wojnie światowej część piszczałek była zniszczona, a figurki – unieruchomione. Po konserwacji wróciły jednak do dawnej formy.

Bezławki - Święty Graal na Mazurach

 

Szukali go rycerze króla Artura i współcześni łowcy skarbów. Niektórzy uważają, że obecnie znajduje się w katedrze w Walencji. Ale jest też legenda o tym, że świętego Graala ukryto w kościele... w Bezławkach! Podobno jeszcze na początku XX w. tajemniczy kielich widział tam znany przewodnik Mieczysław Orłowicz. Kluczem do tego, skąd na Mazurach wziął się Graal, jest legendarne pochodzenie rodu Giedymina, dziada Jagiełły. Polski mediewista prof. Stefan Maria Kuczyński w książce „Król Jagiełło” snuł przypuszczenia, że Giedyminowicze wywodzili się od angielskiego władcy Haralda II, który zginął w 1066 r. pod Hastings. „Dzieci króla (...) musiały uciekać z Wysp Brytyjskich przed Wilhelmem Zdobywcą. Byli to dwaj synowie Haralda: Godwin i Harald oraz córka Gida, późniejsza żona Włodzimierza Monomacha, księcia kijowskiego. Otóż starszy z braci, Godwin, czy też jego syn Dowszprung, miał być pierwszym księciem nalszczańskim, od którego wywodził się ród Giedymina” – pisał Kuczyński. Godwin miał zabrać na Litwę największe królewskie skarby. W tym święty kielich, łączony z opowieściami o królu Arturze. Kielich pozostawał w rękach potomków Godwina.

W XV w. Świdrygiełło, skonfliktowany ze swym bratem Jagiełłą, wszedł w układy z Krzyżakami, a ci osadzili go na swoim zamku w Bezławkach. Wedle legendy Świdrygiełło miał ze sobą rodzinne skarby. W tym kielich. Jak mówi Andrzej Sobczak, przewodnik turystyczny po Warmii i Mazurach, część z bogactw pozostała w zamku, z czasem przerobionym na świątynię. To właśnie kościół w Bezławkach. Kiedyś był świątynią ewangelicką. Opuszczony, w latach 80. został zdewastowany przez złodziei i wandali. „Zniszczono ambonę, zerwano posadzki, spenetrowano pochówki” – opowiada Sobczak. Jakiś rabuś wybił też dziurę w południowej ścianie kościoła, na wysokości pierwszego piętra. Czego mógł szukać? To tam mogła się kiedyś znajdować ściana komnaty Świdrygiełły. Ściana z zamurowanym skarbem. Kto wie, może nawet z kielichem, uważanym za Graala? Dziś dziurę już zatynkowano. We wnętrzu kościoła nie przetrwało nic zabytkowego. Czy zamek kościół kryje jeszcze jakieś skarby? „Mówi się, że połączony był tunelem z obecnym pałacem w Stachowiźnie, w którym do dziś przetrwały gotyckie piwnice” – opowiada Sobczak. Może to w nich czeka wciąż na znalazcę święty kielich?

Wieś Bezławki, 13 km na południowy zachód od Kętrzyna, kościół na wzgórzu. Żeby się umówić na zwiedzanie, trzeba zadzwonić do katolickiej parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wilkowie, której podlega: tel. 89 752 16 93.

Iznota - porwani przez Galindów

Galindia to kraina w południowej części dawnych Prus. Jeszcze do XIII w. zamieszkiwało ją plemię Galindów. Nie wytrzymało jednak konfrontacji z Jaćwingami, Krzyżakami i Polakami. W tych warunkach Galindowie zdążyli przejść do historii jedynie jako podejrzani o morderstwo św. Wojciecha, późniejszego patrona Polski. Ile w tym podejrzeniu prawdy? Obecnie o Galindach przypomina ośrodek turystyczny nad jez. Bełdany, u ujścia rzeki Krutyni. Niekoniecznie ściśle trzymając się historycznych realiów, pokazuje się tam, jak mogło wyglądać życie Galindów, a także zapewnia turystom godziwą rozrywkę. Są więc biesiady, porwania, bitwy, szamańskie obrzędy, tropienie zwierząt, wyprawy po bursztyn. Oczywiście i współcześni Galindowie robią to z myślą o sowitych łupach... Jeśli mamy luźne podejście do historii i nie boimy się dzikich pogan, wymachujących maczugami, to w „Galindii” na pewno czeka nas niejedna przygoda.

Wieś Iznota, półwysep nad jeziorem Bełdany, ośrodek „Galindia”

Wojnowo - Raskolnicy w Polsce

Chyba każdego, kto zna śledztwo detektywa Erasta Fandorina z minipowieści „Przed końcem świata” (z tomu „Nefrytowy różaniec” Borysa Akunina), zaciekawił świat raskolników, czyli staroobrzędowców. Namiastkę świata grupy wyznaniowej, która zbuntowała się przeciw XVII-wiecznym reformom w rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, można znaleźć także w Polsce, m.in. w Wojnowie. Wieś założyli w XIX w. radykalni staroobrzędowcy – filiponi. Przede wszystkim nie uznawali duchowieństwa. Z innych tradycji dopuszczali np. porywanie panny (za jej zgodą!) przez narzeczonego, choć nie zawsze kończyło się to happy endem, kiedy porywacz wpadał w ręce rodziny dziewczyny. Poza tym nie pili alkoholu, nie palili tytoniu i nie golili bród. Wyznawców innych religii najchętniej unikali. Prześladowani w carskiej Rosji, znaleźli spokój na Mazurach i Suwalszczyźnie. W dawnym klasztorze starowierców na pagórku można zobaczyć ikony i eksponaty w części muzealnej, a ponadto wejść do domu modlitwy. We wsi jest zabytkowy cmentarz, na którym, co charakterystyczne, niszczejące krzyże staroobrzędowców – zgodnie z ich tradycjami nie były naprawiane. Nieco dalej stoi wciąż funkcjonująca urokliwa prawosławna cerkiew sprzed prawie stu lat. Miała ona pomagać w działalności misyjnej wśród filiponów. Drewniana, z cebulastą kopułą i wieżyczką – wygląda jak z rosyjskiej bajki. I choć dawni filiponi stronili od innowierców, dziś w Wojnowie żyją obok prawosławnych, katolików i protestantów. Atmosfera odosobnienia, odseparowania od świata, wciąż jest tu odczuwalna.

Wieś Wojnowo, 8 km na wschód od Rucianego-Nidy. Kompleks: klasztor Filiponów z muzeum i domem modlitwy, cmentarz oraz cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny.