Adolfa Hitlera zafascynowała wizja projektantów, którzy roztoczyli przed nim obraz wielkiego podziemnego miasta, labiryntów korytarzy, pancernych wież i ogromnych budowli wodnych. Wódz III Rzeszy zapalił się do projektu i pomimo horrendalnych kosztów w październiku 1935 r. zatwierdził plan budowy umocnień. Zakończenie robót przewidziano na rok... 1951. Do wybuchu wojny Niemcy zdążyli wybudować 106 bunkrów, z czego 21 połączyli ponad 30-kilometrową siecią podziemnych tuneli. Większość z nich leży niemal 50 m pod ziemią. Znawcy twierdzą, że międzyrzeckie podziemia przewyższają atrakcyjnością nawet słynną Linię Maginota. MRU, znane także jako Ufortyfikowany Front Łuku Odry–Warty, rozciąga się na linii stu kilometrów. Autorzy niemieckiej doktryny wojennej po pierwszej wojnie światowej zakładali, że głównym wrogiem jest Francja, której sojusznikiem była Polska. Należało więc zabezpieczyć się przed wojną na dwa fronty. Fortyfikacje wybudowane w łuku Odry i Warty, w tzw. Bramie Lubuskiej, miały przegrodzić najkrótszą drogę z terytorium Polski do stolicy Trzeciej Rzeszy.

Podziemny labirynt był tak zaprojektowany, aby żołnierze mogli w nim żyć i nie opuszczać go miesiącami. Miał więc sypialnie z piętrowymi łóżkami, gabinety oficerów, kuchnie, toalety, łazienki. Wszystko zabezpieczone pancernymi drzwiami i wszystko właściwie na marne. Plany wojenne III Rzeszy dość szybko uległy bowiem zmianie. Przeznaczeniem armii miał być teraz atak. A do tego potrzebne były dywizje pancerne, nie bunkry. Podczas II wojny światowej w podziemiach MRU firma Daimler-Benz produkowała części do silników lotniczych. Największą tajemnicą owiane są losy fortyfikacji w ostatnich miesiącach wojny. W obliczu zbliżającej się klęski niemieckie dowództwo musiało podjąć decyzję o ukryciu dóbr wywiezionych z krajów okupowanych, m.in. zasobów muzealnych i depozytów. Część skarbów ukryto w MRU. Tuż po wojnie na terenie fortyfikacji Rosjanie odkryli dwa zamaskowane pomieszczenia. Wypełniały je dzieła sztuki pochodzące z Muzeum imienia Cesarza Fryderyka w Poznaniu. Skrytek podobno było o wiele więcej. Po 1945 r. podziemia wielokrotnie penetrowano. Ukrytych skarbów szukały zarówno służby bezpieczeństwa PRL, wojsko, jak i prywatni poszukiwacze. Niektórzy badacze twierdzą, że do tych podziemi wiedzie również ślad Bursztynowej Komnaty.

Podziemia są udostępnione do zwiedzania. Pierwsza z tras znajduje się we wsi Pniewo koło Międzyrzecza. Druga, nieco dłuższa – tzw. Pętla Boryszyńska – wyznaczona została koło Boryszyna.

Kowalów / Radów - szachownice Pana Samochodzika

Intrygują historyków i rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Nikt nie wie, co oznaczają szachownice na ścianach średniowiecznych świątyń w zachodniej Polsce. Do tej pory odnaleziono ich wizerunki w 39 kościołach, z czego w dwóch na ziemi lubuskiej – w kościele w Kowalowie są dwie szachownice, w świątyni w Radowie aż trzy. Kilkadziesiąt skontrastowanych ze sobą czworobocznych lub trójkątnych pól ktoś wyrzeźbił na granitowych blokach jeszcze w czasach średniowiecza. Zobaczyć je można tylko na zewnętrznych ścianach świątyń, zwykle w pobliżu portali: zdobią ościeża lub tkwią tuż obok. Są doskonale widoczne, tak jakby zamiarem twórcy było pokazanie innym swego dzieła. Czasem tylko kamienny, ozdobiony szachownicą, blok bywa wmurowany w boczną ścianę kościoła. Jaką tajemnicę ukryli w kamiennych symbolach dawni kamieniarze? Dlaczego zadali sobie trud ich wykonania? Istnieje teoria, według której były to znaki rozpoznawcze majstrów. Bardzo możliwe, jednak podobne sygnatury składały się zazwyczaj z kilku prostych kresek. Trudno też sobie wyobrazić, że pracującemu przy wznoszeniu świątyni kamieniarzowi pozwolono umieścić jego znak w tak reprezentacyjnym miejscu jak pobliże portalu. Zazwyczaj inicjały ukrywano w zakamarkach budowli.

Wśród wielu teorii funkcjonuje i taka, że to templariusze umieścili szachownice na wiekowych budowlach. W znakach zakodowali informacje o ukrytych przez zakon skarbach. Niestety żadne z miejsc, w których szachownice zdobią ściany świątyń, nie należało do templariuszy. Może więc szachownica stanowiła tylko element średniowiecznej symboliki, znak chroniący od zła, panaceum na uroki i chciwość szatana lub symbol walki dobra ze złem? I te teorie trudno udowodnić. Szachownice zainteresowały nawet słynnego Pana Samochodzika. W jednej z książek Zbigniewa Nienackiego historyk detektyw ruszył tropem zagadkowych szachownic, aby odnaleźć pamiętnik niemieckiego zbrodniarza wojennego Konrada von Haubitza. Wspomnienia miały zawierać własnoręcznie spisane dowody zbrodni nazistowskiego oficera, zaś miejsce ukrycia pamiętników oznaczone było herbem ze znakiem szachownicy. Na kartach powieści szachownice doprowadziły bohatera do rozwiązania zagadki, w rzeczywistości jednak kamienne znaki jeszcze nie odkryły swoich sekretów.

Kowalów i Radów leżą przy drodze nr 139 z Rzepina w kierunku Kostrzyna nad Odrą.

Brody - łabędzie talerze

 

Niezwykle piękny i równie cenny Serwis Łabędzi to symbol miśnieńskiej porcelany. Do 1945 r. znajdował się w pałacu w Brodach, a potem zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Raport Stefana Styczyńskiego, delegata ministra kultury i sztuki, który w 1948 r. przyjechał do pałacu w Brodach, zrobi wrażenie na każdym łowcy tajemnic. Styczyński, powołując się na rozmowę z wójtem, opisuje stan podziemi majątku w 1945 r.: „Sama piwnica, przeszło 30 m kw. powierzchni, sklepiona na wysokości ok. 4 m, zabudowana na całej wysokości i szerokości półkami. Pośrodku posiadała również silną konstrukcję półek dostępnych z obu stron. Na środkowej części i na niższych półkach mieściły się największe i najcięższe okazy, misy i łabędzie. Górne półki zapełnione były mniejszymi egzemplarzami, przeważnie figuralnymi grupami, wazonami, talerzami itp. Informator zaznacza, że ogólne wrażenie, jakiego doznał po wejściu do piwnicy, to poczucie wielkiego bogactwa i niezwykłości, którą to niezwykłość powiększała, jak się wyraził, ta »porcelanowa łabędziarnia«”. Pierwszy polski wójt zobaczył w Brodach Schwanenservice, czyli Serwis Łabędzi, jedną z najsłynniejszych i najdroższych zastaw świata. Tuż przed nadejściem Rosjan właściciele majątku zabezpieczyli porcelanę i przygotowali do wywiezienia. Nie udało się. Do dziś nieznane są powojenne losy „Łabędzi”. Szukają łowcy skarbów, antykwariusze i historycy sztuki. Tymczasem wystarczył jeden ruch, aby Serwis Łabędzi ocalał i na dodatek został w Polsce.

Porcelanowa miłość

Był przeznaczony dla 100 biesiadników i składał się z 2200 sztuk talerzyków, sosjerek, cukiernic, filiżanek, nelsonek, żardinierek i porcjówek. Niektóre miały tak skomplikowane i fantazyjne kształty, że z czasem przestały pełnić funkcję użytkową. Całość została nazwana Schwanenservice, czyli Serwisem Łabędzim, jako że każdy jego fragment ozdabiała para łabędzi i inne elementy kojarzone z wodą: delfiny, nereidy, syreny, muszle i kwiaty. Na zlecenie Henryka Brühla, pierwszego ministra i faworyta Augusta III, wykonali go w Miśnieńskiej Manufakturze Porcelany Johann Joachim Kändler i Johann Fryderyk Eberlein. Prace trwały 4 lata. Kiedy Kändler zaprezentował pierwsze naczynia, natychmiast wzbudziły zachwyt. Serwis Łabędzi był jego najwybitniejszym dziełem.Główny motyw porcelanowych opowieści stanowiła nieszczęśliwa miłość nereidy Galatei i Akisa. Akis był zwykłym śmiertelnikiem, synem sycylijskiego pasterza. Galateę kochał niestety cyklop Polifem. Kiedy zobaczył, że nereida gdzie indziej ulokowała uczucia, zaczął ścigać zakochanych. Galatea uciekła, wskakując do morza, Akisa zaś przygniotła skała. Krew pasterza została potem zamieniona w jedną z sycylijskich rzek – Acis. Kunszt, z jakim została wykonana miśnieńska zastawa, sprawił, że wkrótce stała się obiektem kultu. Handlowano nawet miedziorytami z jej przedstawieniami. „Po raz pierwszy serwis (a właściwie pierwsze wykonane naczynia) znalazł się w Dreźnie w pałacu Brühlów 17 kwietnia 1737 r. podczas przyjęcia wydanego z okazji ślubu Brühla z hrabianką Marią Anną Kollowrath-Krakowską” – mówi Lech Zwirełło, warszawski archiwista, który od lat śledzi losy Schwanenservice. Początkowo serwis służył więc w pałacu Brühlów w Dreźnie. Kiedy w 1750 r. córka Brühla, Maria Amalia wychodziła za mąż w Warszawie, jako wiano otrzymała właśnie „Łabędzie”. Serwis kilkakrotnie zmieniał miejsce pobytu (w Warszawie był przez pewien czas), ostatecznie jednak znalazł się w Brodach. Ponieważ „Łabędzie” często podróżowały, były również wystawiane na licznych wystawach, a poza tym „występowały” na przyjęciach, to w 1939 r. w Brodach pozostało 1400 sztuk z całego serwisu.

Tajemnica jeziora

Pałac w Brodach jest sercem miasta, które razem z rezydencją zostało zaprojektowane jako jedna kompozycja. Wcześniej istniał tu majątek Promnitzów, jednak w 1740 r. całość kupił Henryk Brühl. Za 2 tys. ha zapłacił 160 tys. srebrnych talarów saskich. Brühl realizował swoje wielkie marzenie: tworzył prywatne miasto połączone z pałacem, otoczonym jeziorem i lasami. Mimo pożarów pałac w Brodach przetrwał w całości do 1945 r. Świadkowie twierdzą, że tuż przed nadejściem Armii Czerwonej właściciele majątku spakowali kilkanaście wozów. Były na nich sprzęty, dzieła sztuki. Konwój nie przekroczył jednak Nysy Łużyckiej, musiał zawrócić i prawdopodobnie zawartość wozów została ukryta gdzieś w okolicznych lasach. Nigdy nie udało się niczego odnaleźć, a legenda o skarbach zaczęła żyć własnym życiem. W Brodach zaś rozegrała się wojna o „Łabędzie”. Dziś trudno ustalić, dlaczego serwisu nie ulokowano na wozach. Wiadomo, że porcelana została zdeponowana w piwnicach zamku. Natomiast w bibliotece dodatkowo miały się znajdować cenne, unikatowe wręcz, plany pałacu.

W ostatnich dniach wojny pałac stanął w ogniu i jego centralna część obróciła się w ruinę. Wraz z nią przepadła biblioteka.„Z miesiącami tuż po zakończeniu II wojny światowej wiążą się najbardziej tragiczne, ale i tajemnicze losy serwisu” – mówi Lech Zwirełło. „Wójt powiadomił władze o tym, że w piwnicach w Brodach jest zabezpieczone dzieło sztuki tej klasy. Jednak nikt nie zainteresował się serwisem. Do pałacu zaczęli się zjeżdżać szabrownicy i znawcy, którzy oferowali łapówki za wejście do podziemi. W sierpniu 1945 r. wójt został aresztowany, jak twierdził, w wyniku prowokacji handlarzy, którzy chcieli mieć łatwy dostęp do podziemi. Kiedy wyszedł z aresztu w grudniu, po serwisie pozostało tylko wspomnienie”. Ktoś opowiadał, że widział podpitego traktorzystę, który dla zabawy jeździł po rozłożonej przed pałacem porcelanie. Do piwnic wchodził kto chciał i kiedy chciał. Do dziś nie wiadomo, gdzie wywieziono większość słynnych „Łabędzi”. W Polsce w zbiorach prywatnych i muzeach znajduje się około stu elementów serwisu, m.in. w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i zamku w Kórniku. Kolejne elementy trafiły do Berlina, Drezna i Cleveland. „A przecież, gdyby wtedy, w 1945 r., władze odpowiednio zareagowały i zabezpieczyły serwis, ten wspaniały zabytek nie dość, że by ocalał, to jeszcze pozostałby w Polsce” – podsumowuje Lech Zwirełło. Serwis Łabędzi działa na wyobraźnię nie tylko ze względu na piękno, ale także na ceny, jakie w ostatnich latach osiągały jego części. Koszyk na butelki został jakiś czas temu sprzedany za 40 tys. zł, patera za 37 tys. Znawcy są zaś przekonani, że kolejne fragmenty gdzieś jeszcze są. Tylko gdzie?

Brody leżą przy drodze nr 289 z Lubska do Forst. Sam pałac jest ruiną, w budynkach przypałacowych mieszczą się jednak hotel i restauracja. Do zwiedzania został udostępniony park. Osiem elementów Serwisu Łabędziego będzie można zobaczyć od 8 maja do 29 sierpnia 2010 r. w Pałacu Japońskim w Dreźnie na wystawie czasowej „Triumf błękitnych mieczy. Porcelana miśnieńska dla arystokracji i mieszczaństwa od 1710 do 1815 roku”.