Greiser uważał, że należy mu się rezydencja odpowiadająca przepychem sprawowanej przez niego funkcji. Żalił się, że zajmowany przez niego dotychczas Zamek Cesarski w Poznaniu leży w centrum miasta, co powoduje wiele niedogodności. Urząd namiestnika i jego obowiązki reprezentacyjne wymagały stosownej oprawy. Podpoznańskie Jeziory nadawały się do tego celu znakomicie. Wykorzystując wpływy w Berlinie, Greiser uzyskał zgodę na wzniesienie i urządzenie wspaniałej posiadłości nad brzegiem Jeziora Góreckiego. Rezydencja gauleitera powstała błyskawicznie, budowali ją najlepsi specjaliści. Wykorzystywali przy tym niewolniczą pracę robotników przymusowych. Komunikację ze światem zapewniała droga z płyt betonowych, która łączyła Jeziory z Komornikami. Była budowana w technologii, w jakiej powstawały w III Rzeszy nowoczesne autostrady. Kiedy gauleiter Arthur Greiser wprowadził się do Jezior wraz ze swoim urzędem, miał do dyspozycji lokum, o jakim inni mogli tylko pomarzyć. Wnętrza zostały urządzone z przepychem. Pokoje wypełniły gobeliny, luksusowe dywany i zabytkowe meble, częściowo wywiezione z Poznania.

W styczniu 1945 roku, kiedy zbliżał się front, gauleiter pospiesznie opuścił rezydencję. Został ujęty przez wojska amerykańskie, które przekazały go Polsce. Tu za popełnione zbrodnie mógł na niego czekać tylko jeden wyrok. Kara śmierci. Namiestnik Rzeszy w Kraju Warty Arthur Greiser został publicznie powieszony 21 lipca 1946 roku w Poznaniu. Po wojnie zatrudnieni przy budowie więźniowie zaczęli ujawniać szczegóły prac przy wznoszeniu willi Greisera. Niektórzy z nich zapamiętali, że w bezpośrednim sąsiedztwie rezydencji powstawały wielkie betonowe konstrukcje. Jedna z więźniarek twierdziła nawet, że była w zbudowanym około 50 metrów od willi schronie. I rzeczywiście, tej rangi funkcjonariusz powinien mieć osobisty bunkier na wypadek nieprzyjacielskiego nalotu. Nawet mniej znaczący urzędnicy Rzeszy dysponowali podziemnymi kwaterami. Trwała przecież wojna, a rezydujący tu Greiser był jedną z czołowych osobistości w państwie. Nic więc dziwnego, że zaczęły się pojawiać informacje o zaginionym bunkrze namiestnika, którego istnienie zostało celowo otoczone tajemnicą. Dlaczego? Ponieważ w jego wnętrzu mogły zostać ukryte zrabowane przez nazistów skarby. Być może opuszczający Jeziory Niemcy celowo zamaskowali wejście do kryjówki. Wszystko wskazuje na to, że ktoś bardzo się postarał, aby tajemnica bunkra Greisera pozostała na zawsze tajemnicą.

W dawnej rezydencji Greisera mieści się obecnie Centrum Edukacji Ekologicznej Wielkopolskiego Parku Narodowego. Pałac położony jest nad Jeziorem Góreckim. Dojechać do niego można od strony Puszczykowa lub drogą tzw. greiserówką od strony Komornik.

Antonin - świecznik z koryta

Położony w starym parku drewniany pałac myśliwski w Antoninie ma oryginalną i dość awangardową konstrukcję. Powstał na planie ośmiokąta, do którego przylegają cztery skrzydła. Na środku wysokiego na trzy kondygnacje holu stoi wielka kolumna, która pełni rolę przewodu kominowego. Ten niezwykły piec zdobią łowieckie trofea, które można oglądać z balkonów biegnących dookoła pomieszczenia. Autorem projektu był sam Karl Friedrich Schinkel, budowniczy rezydencji pruskich władców, pałac powstał zaś dla Antoniego Henryka Radziwiłła, Wielkiego Namiestnika Księstwa Poznańskiego. Antonin pozostawał w rękach Radziwiłłów do wybuchu II wojny światowej. Ostatni z właścicieli książę Michał Radziwiłł musiał opuścić swoje dobra, mimo że postanowił podarować majątek Hitlerowi. Tuż przed wyjazdem wezwał leśniczego i polecił mu ukryć trzy skrzynie. Historia ta znana jest dzięki wnukowi leśniczego, który w 1996 r. postanowił ujawnić całą sprawę. Zgłosił się do wrocławskiej redakcji dziennika „Słowo Polskie” z mapą pozostawioną przez dziadka. Były na niej zaznaczone miejsca ukrycia skrzyń, ale bez informacji o ich zawartości.

Po uzyskaniu niezbędnych zezwoleń w teren ruszyła ekipa eksploratorów kierowana przez Wojciecha Stojaka z Wrocławia. Za pomocą wykrywacza metali udało się odnaleźć w zaznaczonym na mapie miejscu coś w rodzaju koryta. Na dnie leżał zaś... świecznik. Najdziwniejsze było jednak to, że nie był ani złoty, ani srebrny tylko wykonany z mosiądzu! Stał podobno wcześniej w sierocińcu ufundowanym przez Radziwiłłów. Dlaczego ktoś kazał schować bezwartościowy świecznik? Jakie miał znaczenie? Świecznik przekazano do miejscowego kościoła. Eksploratorzy twierdzą jednak, że koryto z mosiądzem miało być tylko wskazówką do nowej tajemnicy.

W Pałacu Myśliwskim Książąt Radziwiłłów w Antoninie (ul. Pałacowa 1, Przygodzice, tel. 62 734 83 00) znajdują się hotel i restauracja. Odbywa się tu festiwal „Chopin w barwach jesieni”.

Doruchów - Polskie Salem

 

Pani Stokowska, żona jednego z trzech dziedziców Doruchowa, obudziła się z kołtunem na głowie. Najprawdopodobniej z brudu, jednak miejscowa znachorka inaczej zdiagnozowała te „dziwne” objawy. Objaśniła, że kołtuna musiały zadać miejscowe czarownice. Dziedzic kazał pojmać 7 kobiet. Postawione im zarzuty były poważne. Najcięższym były kontakty z diabłem na pobliskiej Łysej Górze. Oskarżone zostały poddane próbie. Spuszczano je do rzeki z mostu na powrozach. W tamtych czasach uważano, że kobieta porządna powinna pójść pod wodę, czarownice zaś nie toną. Nieszczęsne miały jednak na sobie obfite i szerokie spódnice – unosiły się więc na wodzie. Dla dziedzica jak i dla całej wsi był to dowód na konszachty z szatanem. Czarownice zamknięto w dworskim spichlerzu, a w nocy przywieziono kolejnych 7 ofiar. W ten sposób przed sądem – dziedzic ściągnął sędziego z Grabowa – stanęło 14 kobiet. Rozpoczęły się przesłuchania, oskarżone poddano torturom. W ich wyniku trzy zmarły. Miejscowy proboszcz ks. Józef Możdżanowski pojechał do Warszawy prosić króla Stanisława Augusta o interwencję. Nie zdążył. Pomiędzy Doruchowem a Tokarzewem stanął stos, na którym spłonęło 11 skazanych. Trzy córki oskarżonych – niejako z urzędu podejrzane o czary – wysmagano rózgami. Jedna z nich zmarła. Józef Siemek w książce „Śladami klątwy” pisze, że „wiadomość o tej zbrodni zmobilizowała co śmielsze i uczciwsze umysły do walki z pokutującymi tak długo upiorami średniowiecza. W wyniku tego na sejmie w 1776 r. została podjęta uchwała, która zabraniała sądom stosować tortury i rozpatrywać sprawy o czary”.

Przez wiele lat badacze podawali w wątpliwość autentyczność „ostatniego procesu czarownic” w Polsce. Prof. historii Janusz Tazbir twierdził nawet, że historia doruchowskich czarownic mogła zostać wymyślona. Jednak z odnalezionych dokumentów grodzkich z Ostrzeszowa wynika, że po 1775 r., kiedy miał odbyć się proces, urzędy stracili ławnicy i wójt z Grabowa, za to że wezwani przez dziedzica z Doruchowa spalili 6 czarownic. Ile kobiet naprawdę zginęło koło Doruchowa, tego pewnie nie uda się już ustalić. Ciągle jednak grozę budzi Wzgórze Czarownic, na którym – wedle tradycji – odbyła się egzekucja. Również zabytkowy podworski park niemal w centrum Doruchowa pamięta sprawę czarownic. Stoi tu dawny pałac rodziny Thiele, zaś obok niego znajduje się niewielka wyspa. W jej piwnicach miały być przetrzymywane oskarżone. Dziś obok wejścia do piwnic stoi budynek o nazwie „Kasandra”. Działa w nim kawiarnia.

Doruchów leży przy drodze nr 460 na zachód od Ostrzeszowa. Wzgórze Czarownic znajduje się 1 km od Doruchowa przy drodze do Tokarzewa.