Projekt wygląda jak zegarek kierowcy wyścigowego z końca lat 70., znaleziony po dekadach w szufladzie garażu pełnego części samochodowych, magazynów motoryzacyjnych i starych rękawic. Jednocześnie pod nostalgiczną oprawą kryje się współczesny, bardzo konkretny chronograf mechaniczny.
Projekt, który przez lata właściwie nie istniał
Punktem wyjścia dla Autochrona był eksperymentalny zegarek Nivady z lat 70. Marka podaje, że oryginalny projekt prawdopodobnie powstał w liczbie zaledwie około 20 egzemplarzy. Jeden z zachowanych prototypów miał tarczę wykonaną przez szwajcarską firmę Singer, znaną między innymi z charakterystycznych egzotycznych tarcz chronografów kojarzonych dziś przede wszystkim z Rolexem Daytoną Paula Newmana.

Nivada wróciła do tego pomysłu w 2024 roku, prezentując Chronosport. Dwa lata później zegarek doczekał się kolejnego wcielenia i odzyskał nazwę Autochron. Moim zdaniem właśnie takie powroty do archiwów są dużo ciekawsze od kolejnej reedycji modelu, który wszyscy już doskonale znają. Tutaj marka odkopuje boczną ścieżkę własnej historii, niemal zapomniany eksperyment, a później zastanawia się, jak mógłby wyglądać, gdyby jego rozwój trwał dalej.
Pomarańczowy wrócił i najwyraźniej zamierza zostać
Autochron Automatic Orange ma matową czarną tarczę przechodzącą przy krawędzi w intensywny pomarańczowy gradient. Do tego dochodzą dwa zagłębione, beżowe totalizatory, pomarańczowa wskazówka sekundowa chronografu oraz czarny aluminiowy bezel. Całość wygląda bardzo mocno, ale układ kolorów ma historyczne uzasadnienie. Nivada nawiązuje między innymi do własnego Chronomastera Sport Aviator Sea Diver znanego jako Orange Boy.

Pomarańczowy w zegarkach sportowych ma zresztą szczególny talent do budzenia skojarzeń z latami 60. i 70. Wtedy projektanci znacznie chętniej pozwalali sobie na mocne kontrasty, bo zegarek narzędziowy miał przede wszystkim dawać się szybko odczytać. Dzisiaj funkcja miesza się z modą, ale efekt nadal ma charakter.
Szczególnie podoba mi się wersja na czarnym, perforowanym pasku w stylu racing. Stalowa bransoleta wygląda bardziej klasycznie, natomiast pomarańczowy gumowy Tropic przesuwa cały projekt w stronę świadomej ekstrawagancji. Trudno byłoby przeoczyć go na nadgarstku.
W środku siedzi jeden z najbardziej znanych mechanizmów chronografowych
Koperta ma 38 mm średnicy i 44,3 mm długości lug-to-lug, więc jak na współczesny sportowy chronograf jest zaskakująco kompaktowa. Konstrukcja jest jednak dość wysoka. Bez szkła mierzy 12,7 mm, a z mocno wypukłym szafirowym szkłem około 15,2 mm. To proporcje, które mogą być odczuwalne na mniejszym nadgarstku.

W środku pracuje automatyczny ETA Valjoux 7750. Ten mechanizm od dekad pojawia się w niezliczonych szwajcarskich chronografach i pracuje z częstotliwością 4 Hz, czyli 28 800 wahnięć na godzinę. Według aktualnej specyfikacji producenta zapewnia 48 godzin rezerwy chodu. Zegarek oferuje chronograf z licznikiem 30 minut i 12 godzin, ma również małą sekundę oraz datownik.
Do tego dochodzi wodoszczelność 200 metrów, stal 316L, dwustronnie wypukłe szkło szafirowe z powłoką antyrefleksyjną oraz nowy, jednokierunkowy bezel o 120 kliknięciach. Poprzedni Chronosport korzystał z bezela obracającego się w obie strony bez precyzyjnego mechanizmu zapadkowego, więc tutaj zmiana ma rzeczywisty wymiar użytkowy.
Retro zrobiło się drogie, ale przynajmniej dostajemy porządny mechanizm
Autochron Automatic Orange kosztuje 2295 dolarów, czyli około 8 530 zł, jeśli wybierzemy czarny pasek racingowy albo pomarańczowy gumowy Tropic. Wersja na stalowej bransolecie została wyceniona na 2495 dolarów, czyli około 9 270 zł. Zegarki można obecnie zamawiać w przedsprzedaży, a rozpoczęcie wysyłek zaplanowano na początek września.

Tanie retro zdecydowanie się skończyło. Z drugiej strony w tym przypadku płacimy za szwajcarski automatyczny chronograf oparty na Valjoux 7750, 200 metrów wodoszczelności i projekt, który ma faktyczne korzenie w archiwach producenta.
Mam coraz większą słabość do takich zegarków. Współczesne smartwatche potrafią mierzyć sen, puls, temperaturę, trening i jeszcze przypominać o spotkaniu, a mechaniczny chronograf za kilka tysięcy złotych zasadniczo pokazuje godzinę i odmierza czas. Racjonalność zakupowa szybko przegrywa tutaj z przyjemnością posiadania przedmiotu.
Autochron Automatic Orange doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jest trochę dziwny, trochę staromodny i zdecydowanie bardziej kolorowy, niż wymaga tego codzienne życie. Właśnie dzięki temu trudno pomylić go z setką kolejnych zachowawczych szwajcarskich chronografów.
