Wydarzenie, które omal nie odmieniło losów Polski i świata, miało miejsce na śląskiej szosie między Mierzęcicami a Zagórzem. W lipcu 1959 r. radziecki przywódca Nikita Chruszczow przebywał w Polsce na zaproszenie władz PZPR. Jednym z punktów wizyty było zwiedzanie województwa katowickiego. Naturalnie gościowi towarzyszyli I sekretarz Władysław Gomułka, a także szef miejscowej organizacji partyjnej (a z czasem następca Gomułki) Edward Gierek. Gdy kolumna rządowych aut zbliżała się już do celu, powietrzem targnął huk eksplozji.

FRUWAŁY TROCINY I GAŁĘZIE


Wybuch ładunku umieszczonego w konarach przydrożnego drzewa połamał gałęzie i zasypał asfalt trocinami, ale nie zrobił nikomu krzywdy. W dodatku bombę odpalono, gdy samochody z Chruszczowem, Gomułką i Gierkiem znajdowały się jeszcze w sporej odległości, toteż podejrzewano, że zamachowiec wziął „ślepą kolumnę” za prawdziwą i przedwcześnie zdetonował ładunek.

Goście nie zorientowali się, co się stało. Szef ochrony pod jakimś pretekstem zatrzymał kolumnę samochodów. Trwały gorączkowe konsultacje z Warszawą: zmienić program wizyty (ale wtedy nie da się zachować tajemnicy przed Chruszczowem) czy kontynuować podróż, ryzykując, że zamachowiec uderzy ponownie?

Naprędce przeprowadzono oględziny miejsca wybuchu. „Znaleziono pozostałości miny oraz resztki ręcznego zegarka – pisał we wspomnieniach Franciszek Szlachcic, wówczas komendant wojewódzki MO. – Później, po wykryciu sprawcy, okazało się, że zegarek był włożony jedynie po to, aby skierować nas na fałszywy ślad. Rzeczywiście, ten chwyt udał się. Przyjęliśmy, bowiem za pewnik, że bomba była wyposażona w mechanizm zegarowy i poszukiwaliśmy właściciela zegarka”.

Śledztwo zakrojone na ogromną skalę istotnie nie przyniosło żadnych rezultatów. Służba Bezpieczeństwa skupiła się na poszukiwaniu nielegalnej organizacji politycznej, która rzekomo miała stać za zamachem. Przesłuchiwano ludzi zarejestrowanych w materiałach operacyjnych, jako „element ideologicznie wrogi” (nawet takich, którzy 10 lat wcześniej opowiedzieli dowcip o Stalinie). Trop ten prowadził jednak donikąd. Terrorystę udało się schwytać dopiero po kilku latach, gdy zaatakował ponownie.

W PRL zamachy na dygnitarzy z pewnością należały do zdarzeń wyjątkowych. Być może zdecydowała o tym specyfika polskiej tradycji, niechętnej „królobójcom”, a być może przyczyną był po prostu brak sposobności. Pieczołowitość, z jaką ochraniano komunistycznych przywódców, była bowiem odwrotnie proporcjonalna do ich popularności w narodzie.

JELONEK KAMIKADZE


W pierwszych latach po wojnie Bolesław Bierut i pozostali członkowie kierownictwa chętnie aranżowali spontaniczne spotkania z „ludem Warszawy”. Być może w kilku przypadkach rzeczywiście ich uczestnikami byli zwykli przechodnie, rychło jednak ten propagandowy rytuał stał się jedynie przedstawieniem na użytek fotoreporterów i operatorów kroniki filmowej. „A jeżeli na przykład towarzysz Bierut przyjmuje defiladę albo przyjeżdża na dworzec warszawski z jakiejś podróży z Moskwy – relacjonował zbiegły na Zachód wysoki oficer Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef Światło – to wtedy nazywa się, że wita go entuzjastycznie całe społeczeństwo. Przypatrzmy się fotografiom z takich powitań. W tłumie otaczającym towarzysza Bieruta szczelnym murem można z łatwością rozpoznać twarze takich przedstawicieli społeczeństwa polskiego, jak pułkownik sowiecki Grzybowski, dyrektor departamentu ochrony rządu, jego zastępcy, sowieccy oficerowie, pułkownicy Lachowski i Klarow, doradca sowiecki w departamencie ochrony rządu, pułkownik Łozowaj. I obok nich kilkudziesięciu ciemno ubranych panów z rękami w kieszeniach. To właśnie inni Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini z ochrony osobistej towarzysza Bieruta”.

Elita władzy izolowała się od społeczeństwa. W Królewskiej Górze, dzielnicy podwarszawskiego Konstancina, zbudowano istną fortecę – zamieszkali w niej wraz z rodzinami członkowie Biura Politycznego. Teren otoczono murem zwieńczonym pasem tłuczonego szkła, rozciągnięto druty kolczaste, wzniesiono wieżyczki dla wartowników. Dostęp do bramy wjazdowej ryglowały stanowiska karabinów maszynowych. Mieszkańcy willi sąsiadujących z rezydencją zostali wyrzuceni z domów, a ich miejsce zajęli zaufani pracownicy MBP.

Bierut przeprowadził się do strzeżonego osiedla latem 1948 roku. Wcześniej zajmował luksusowy kompleks pałacowo-parkowy w Natolinie, jednak nie czuł się w nim dostatecznie bezpieczny. Podobno w czasie spaceru zaatakował go jeden z hodowanych tam jelonków. Źródła milczą, czy bezpieka uznała wypadek za imperialistyczną prowokację, najwyraźniej jednak postanowiono nie ryzykować. Prezydent zamieszkał w willi „Julisin” należącej wcześniej do rodziny Wertheimów. Budynek zaadaptowano na potrzeby dostojnego gościa, wyposażając m.in. w dwa schrony i pancerne szyby.

Obok Bieruta w Królewskiej Górze mieszkali także: minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, stalinowska szara eminencja Jakub Berman, a także minister gospodarki Hilary Minc. Oprócz opisanych zasieków – bezpieczeństwa dygnitarzy strzegła również kompania KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – przyp. red.), a w razie potrzeby posiłki można było ściągnąć za pomocą zdublowanej linii telefonicznej lub drogą radiową.

STRZELAJĄCE NESESERY