Pomimo tego, że technologia smartfonów robi się coraz lepsza, do tego stopnia, że powstają nawet konwertery wyglądające jak najprawdziwsze obiektywy, to można zaobserwować problem, że ludzi nie cieszą te doświadczenia z aparatem tak bardzo jak dawniej. Temat wywęszyło już kilka firm, dzięki czemu pojawia się coraz więcej aparatów cyfrowych, oferujących analogowe doświadczenie. Tym razem jest ono podkręcone do maksimum przez ograniczenia.
Rolling Square kusi aparatem cyfrowym, którego zdjęcia trzeba wywołać
Klisza, w zależności od swojego rodzaju i mówiąc w uproszczeniu, daje od 12 do 36 szans na zamrożenie chwili na klatce. Oznacza to, że jest się bardziej świadomym ograniczeń i bardziej zależy, żeby konkretne chwile zostały zachowane. Aparat w telefonie zaś pozwala na robienie czego się chce, w ilości jaką się chce. Sprawiając, że wartość zdjęć traci w oczach wielu, swoją magię.

Await to rozwiązanie łączące świat cyfrowy z analogowym. Cyfrowa jest matryca, pamięć wewnętrzna, bateria i tyci ekran OLED widoczny z tyłu aparatu i kilka innych rzeczy, których należy się spodziewać w elektronicznym urządzeniu. Natomiast analogowa jest cała otoczka wokół tego aparatu. Bowiem twórcy nałożyli specjalne ograniczenie, a jego efekty się “wywołuje”.
Czytaj też: Aparat Lomography zabiera do innej epoki “za pół ceny” niczym Kodak H35N. Frajda gwarantowana
Polega to na tym, że użytkownik ma dokładnie 24 zdjęcia do wykorzystania na każdą cyfrową rolkę. Nie ma podglądania jak zdjęcie wyszło (ekran pokazuje tylko stan baterii, czy flesz jest włączony oraz ilość pozostałych zdjęć), nie ma kasowania efektu, który się nie podoba. Zdjęcie jest robione, zapisywane i trafia do puli. Zatem lepiej myśleć nad tym, co chce się ukazać.

Po zapełnieniu rolki, taki zestaw jest przenoszony do darmowej aplikacji, przy pomocy której fotografie zostaną obrobione i przerobione przy pomocy autorskiego filtra w stylu vintage. W kolejnym kroku wędrują do Rolling Square, które zajmie się ich wydrukiem. Zdjęcia mogą zostać wysłane (aplikacja) ręcznie lub z automatu.
Twórcy pozwolą przed wysłaniem podejrzeć zdjęcia z aparatu i usunąć te, których się nie chce, jednak zastrzegają, że to dla doświadczenia nie ma znaczenia, bo cena jest zawsze ta sama. Bronią się chęcią uczynienia doświadczenia jak najłatwiejszym. Co podbija prostota w używaniu Awaita, po prostu wciska się spust migawki i magia się zaczyna (z błyskiem xenonowego flesza lub nie). Matryca 8MP Sony IMX179 za obiektywem f/2.0 (odpowiednik) 26 mm w pełnej klatce przyjmuje na siebie obraz, który zapisuje system. Zupełnie jak na aparacie z automatycznym przewijaniem kliszy.

Aparat ten jest również miły dla oka. Szwajcarski producent postawił wszystko na początek lat 2000. Inspirując się takimi klasykami jak iMac G3, Game Boy Color czy po prostu analogi Kodaka, zadecydowano o użyciu do obudowy materiału półprzezroczystego, który w górnej części ma magnesy, do których się mocuje kolorowe płytki zmieniające charakter aparatu. Wszystkie kolorowe, zupełnie tak jak w czasach nim wszystko przejęły brązy, srebra i złoto.
Czytaj też: Zaginiony aparat odnaleziony w Loch Ness. To co sfotografował zaskoczyło wszystkich
Cena Await wynosi na tę chwilę około 391 złotych i jest do zamówienia na stronie z ofertą na Kickstarterze, gdzie z okazji wczesnego etapu kampanii crowdfundingowej, ceny są mocno obniżone. Tam również są obszernie wyjaśnione kwestie cen wywoływania zdjęć oraz przesyłki z powrotem do owób, które je wykonały. Przesyłka jest przewidywana na grudzień, lecz kolejność jest uzależniona od momentu kiedy aparat został zamówiony, więc nie ma gwarancji, że wszystkie dotrą na czas, żeby się pojawić pod choinką.
Źródło: yankodesign
