Pokolenie Kolumbów „cywilizujące” u boku Waffen SS ziemie radzieckie. Byli więźniowie uwijający się przy nowych Tygrysach, stojących na straży Trzeciej Rzeszy. Takie „krzepiące” zdjęcia oglądalibyśmy w dzisiejszych podręcznikach historii, gdyby nie opór samego Hitlera. Chętni do politycznego mariażu z hitlerowcami pojawili się w Polsce, gdy tylko ucichły ostatnie strzały kampanii wrześniowej. Zanim to norweski polityk Vidkun Quisling stał się symbolem kolaboracji.

UPARTY JAK STUDNICKI


Władysław Gizbert-Studnicki przed I wojną światową był działaczem niepodległościowym, a w latach 1917–1918 członkiem Tymczasowej Rady Stanu. Potem został publicystą. Miał opinię germanofila. Po klęsce wrześniowej postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Chciał przekonać hitlerowców, że czeka ich wojna z ZSRR, a w niej nie poradzą sobie bez odtworzenia polskiego wojska i choćby namiastki polskiej państwowości. Niemiecki protektorat był dla niego mniejszym złem niż perspektywa stania się przez nasz kraj kolejną republiką radziecką. Na przełomie 1939 i 1940 r. Studnicki kierował więc do niemieckich władz kolejne memoriały, jednakże zakazano ich rozpowszechniania, a samego autora aresztowano. Gdyby historia potoczyła się inaczej, to Quisling mógłby zostać norweskim Studnickim, a nie odwrotnie...

Skąd taka reakcja Niemców na propozycje polskiego polityka-publicysty? Po pierwsze, nie chcieli prowokować ZSRR. Już we wrześniu 1939 r. Stalin powiedział im, że „przy ostatecznym rozstrzygnięciu sprawy polskiej należy uniknąć wszystkiego, co w przyszłości mogłoby doprowadzić do tarć pomiędzy Niemcami i Związkiem Radzieckim”. Pozostawianie lub wskrzeszanie kadłubowej Polski nie wchodziło więc w grę. Po drugie, Hitler nie chciał się zgodzić na tworzenie polskich oddziałów wojskowych, ponieważ bał się powtórzenia sytuacji z legionami Piłsudskiego. Miał też za złe naszym elitom, że „poszły za Anglią”. Nie chciał także grać polską kartą, aby – paradoksalnie – nie wzmacniać pozycji rządu RP na uchodźstwie wśród aliantów zachodnich.

Kiedy wybuchła wojna niemiecko-radziecka, Studnicki oczywiście znów wziął się za agitację. Domagał się zaprzestania terroru wobec Polaków, a w zamian proponował hitlerowcom współpracę. W odpowiedzi Niemcy uwięzili go na Pawiaku.

Powstaje pytanie, czy Studnicki był w ogóle partnerem dla Niemców do poważnych rozmów, nawet jeśli chcieliby je podjąć? Czy realnie oceniał sytuację? Prof. Jerzy Kochanowski z Zakładu Historii XX wieku w Instytucie Historycznym UW odpowiada krótko: „Nie”. Zwraca też uwagę, że Studnicki ponawiał swe propozycje, choć niemiecki terror przybierał na sile. „Do 1940 r. myślenie, że ta okupacja będzie taka sama jak podczas I wojny, było dosyć powszechne. Czytałem u Jerzego Giedroycia, że któryś z jego kolegów przysłał mu w 1939 r. kartkę o treści »Wracaj! Robimy rząd«. Sam Giedroyc też wtedy rozmawiał. Natomiast jeśli ktoś później upierał się przy czymś takim, to trzeba to oceniać zupełnie inaczej” – podkreśla profesor.

Studnicki wracał do swoich pomysłów z maniakalnym uporem. Jeszcze w 1945 r. sugerował Niemcom, aby zwolnili Polaków z obozów i wysłali na front przeciw Armii Czerwonej! „Pod koniec wojny nikt nie brał na poważnie jego pomysłów” – podsumowuje prof. Kochanowski. Całkiem poważnie mówiono za to podczas wojny o innym kandydacie na polskiego Quislinga.

SPISEK WOKÓŁ KOZŁOWSKIEGO