1500 km brzmi jak wyzwanie dla ludzi, którzy ważą skarpetki przed spakowaniem plecaka i wiedzą, czym różnią się wszystkie modele kijków trekkingowych. W praktyce chodzi jednak o sieć tras, odcinków i wariantów, z których można wybrać fragment dopasowany do własnych możliwości. Slow travel dostało więc we Włoszech bardzo konkretną formę. Zamiast deklaracji o zwalnianiu tempa mamy drogę, którą po prostu trzeba przejść.
1546 km, których wcale nie trzeba pokonywać za jednym razem
Cammino di Francesco przebiega przez Abruzję, Emilię-Romanię, Lacjum, Marche, Toskanię i Umbrię. Poszczególne nitki prowadzą między innymi z Florencji i Rimini przez sanktuarium La Verna, z Rzymu przez Rieti czy z Ascoli Piceno. Wszystkie ostatecznie zbiegają się w Assyżu. Cała długość 1546 km obejmuje główne kierunki, połączenia oraz warianty, więc przedstawianie projektu jako jednej gigantycznej ścieżki byłoby pewnym uproszczeniem.
To akurat uważam za jego zaletę. Wizja urlopu wymagającego kilku miesięcy wolnego mogłaby skutecznie odstraszyć każdego poza najbardziej zdeterminowanymi piechurami. Tutaj można wejść na trasę na tydzień, kilka dni albo dłużej. Istniejące odcinki pokazują skalę takich możliwości. Droga z La Verna do Assyżu ma około 190 km i została podzielona na dziesięć etapów, a trasa łącząca Assyż z Rzymem liczy około 246 km.
Slow travel wreszcie oznacza coś więcej niż hotel wśród oliwek
Slow travel zrobiło w ostatnich latach sporą karierę marketingową. Czasem wystarczy rustykalny stolik, lniana serwetka i domek położony kilometr od głównej drogi, żeby wakacje zostały uznane za świadomie powolne. Chodzenie jest pod tym względem znacznie bardziej uczciwe. Człowiek naprawdę porusza się wolniej.

Kilkanaście kilometrów przestaje być krótkim przejazdem samochodem, staje się połową dnia. Zaczyna się zauważać wsie, małe kościoły, kamienne drogi, lasy, gospodarstwa i krajobraz pomiędzy punktami zaznaczonymi na mapie. Na istniejącej Via di Francesco ostatnie 13 km przed Assyżem prowadzi przez lasy, gaje oliwne i winnice. Dopiero później pojawia się sylwetka bazyliki św. Franciszka.
Trudno mi się temu dziwić, że właśnie Włochy mocniej inwestują w taki model podróżowania. Tam ogromna część atrakcyjności kraju znajduje się pomiędzy największymi zabytkami. Problem polega na tym, że jadąc autostradą z jednego obowiązkowego punktu programu do kolejnego, zwyczajnie jej nie widzimy.
Można iść śladami świętego bez religijnej pielgrzymki
Franciszkańskie korzenie są oczywiście fundamentem całego przedsięwzięcia. Trasy wybrano po analizie historycznej i mają prowadzić przez miejsca związane z życiem św. Franciszka oraz dziejami zakonu. Projekt pojawił się również w szczególnym momencie – w 2026 roku przypada 800. rocznica śmierci Franciszka z Asyżu.
Nie trzeba jednak planować klasycznej pielgrzymki, żeby dostrzec atrakcyjność tej drogi. Po drodze są przecież Apeniny, lasy Toskanii i Umbrii, średniowieczne miasta, klasztory, eremy oraz miejscowości takie jak Sansepolcro, Città di Castello czy Gubbio. Sam fragment między La Verna a Assyżem przecina krajobrazy, które spokojnie wystarczyłyby na osobną kilkunastodniową podróż.
Duchowy charakter trasy może więc oznaczać różne rzeczy. Dla jednej osoby będzie to pielgrzymka, dla innej długi trekking, a dla kolejnej sposób na spędzenie wakacji bez codziennego zastanawiania się, którą z siedemnastu atrakcji trzeba jeszcze zobaczyć przed kolacją.

Włosi dobrze wyczuli moment
Za projektem stoi także bardzo konkretny interes turystyczny. Włoskie Ministerstwo Turystyki chce rozwijać ruch poza najbardziej obleganymi miastami, kierując podróżnych do mniejszych miejscowości oraz terenów położonych z dala od klasycznych turystycznych tras. Według danych przedstawionych podczas premiery projektu w 2025 roku turystyka piesza i slow we Włoszech wygenerowała około 2,5 mln noclegów. Na rozwój sieci szlaków związanych z Cammino di Francesco przeznaczono 40 mln euro.
To może być szczególnie ważne w kraju, który od lat mierzy się ze skutkami ogromnego zainteresowania kilkoma najbardziej rozpoznawalnymi miejscami. Jeśli część turystów zamiast kolejnego dnia w tłumie wybierze nocleg w niewielkim miasteczku gdzieś w Umbrii, korzysta na tym również lokalna gastronomia, pensjonaty i małe sklepy.
Może właśnie tak powinno się dziś odkrywać Włochy
Nie wyobrażam sobie, żeby większość osób chciała zaliczyć całe 1546 km. I chyba nawet nie o rekord tutaj chodzi. Znacznie ciekawsza wydaje mi się możliwość wybrania stu czy dwustu kilometrów i potraktowania ich jako samodzielnej podróży.
Po latach fascynacji tanimi lotami i weekendowym skakaniem pomiędzy europejskimi stolicami coraz bardziej przekonuje mnie pomysł wakacji, podczas których odległość znowu coś znaczy. Człowiek wychodzi rano z jednego miasteczka, kilka godzin później dochodzi do kolejnego i dokładnie wie, co znajdowało się pomiędzy nimi.
Włochy świetnie nadają się do takiego podróżowania. Cammino di Francesco tylko przypomina, że pomiędzy Florencją, Rzymem i najbardziej fotogenicznymi wzgórzami Toskanii istnieje jeszcze ogromny kraj. Być może najlepiej ogląda się go właśnie wtedy, gdy samochód zostaje na parkingu.
