Są takie miejsca, które same z siebie wydają się zbyt wielkie, zbyt głośne i zbyt efektowne, by potrzebowały jeszcze internetowych sztuczek. Zapora Hoovera na rzece Kolorado w Czarnym Kanionie, która powstała w latach 1931-1936 ewidentnie do nich należy. To jeden z tych obiektów, przy których człowiek najpierw patrzy na beton, przepaść i skalę całej konstrukcji, a dopiero chwilę później przypomina sobie, że stoi przed czymś zaprojektowanym nie po to, by zachwycać, ale by ujarzmić rzekę, magazynować wodę i produkować energię. Ta zapora ma około 221,4 metra wysokości i prawie 380 metrów szerokości korony, więc może właśnie dlatego tak dobrze działa na wyobraźnię każde nagranie, które próbuje pokazać tego inżynieryjnego kolosa z mniej oczywistej strony.

To nie jest “woda lecąca do góry”. To powietrze, które wygrywa z drobinami
Najważniejsze jest to, że Hoover Dam nie wyłącza nagle praw fizyki. Obserwowane na poniższym nagraniu zjawisko ma pojawiać się szczególnie w dni z mocnym wiatrem, kiedy przepływ powietrza w Black Canyon potrafi przekraczać 80 km/h. W takich warunkach woda wylana nad krawędzią bardzo szybko rozpada się na drobne krople i mgłę, a wtedy przestaje zachowywać się jak zwarta struga. Zaczyna zachowywać się jak bardzo lekki materiał, na który ruch powietrza oddziałuje znacznie skuteczniej niż na większą masę cieczy.
Czytaj też: Początek nowej epoki magazynowania energii? Pierwszy akumulator kwantowy zaskoczył
To właśnie dlatego cały trik wygląda tak widowiskowo. Nie obserwujemy tutaj żadnej anomalii w grawitacji, ale sytuację, w której aerodynamiczny opór i lokalny prąd wznoszący są wystarczająco silne, by przechwycić rozbitą na drobiny wodę. Działa to w dosyć prosty sposób, bo jeśli mała kropla ma znikomą masę, a trafia w strefę gwałtownego ruchu powietrza biegnącego ku górze albo odpychającego ją od ściany, to wizualnie wygląda tak, jakby spadała “nie w tę stronę, co powinna”.
Czytaj też: Gigantyczna maszyna wzniosłą się w powietrze. Chiny widzą w tym kolosie przyszłość transportu
Sama konstrukcja zapory też ma tu znaczenie. Kształt, jej ogromna ściana oraz położenie w wąskim kanionie sprawiają, że powietrze nie zachowuje się tam tak, jak na zwykłym tarasie widokowym. Zostaje kierowane, ściskane i odchylane przez teren oraz przez samą bryłę zapory. Gdy dorzucimy do tego nagrzewanie się potężnej betonowej powierzchni oraz układ kanionu, trudno się dziwić, że lokalne warunki mogą stać się bardzo specyficzne.
Czytaj też: Czas przepisać podręczniki. Wyjątkowa “dioda cieplna” to już nie czcze marzenie
W tym viralowym zjawisku jest jeszcze jeden szczegół, który łatwo zgubić. Kiedy ktoś wylewa wodę nad krawędzią i widzi, jak ta wraca jako mgła, nie ma to nic wspólnego z normalną pracą zapory w czasie wysokiej wody. Oficjalnie Hoover Dam nie ma przecież oddawać wody przez przelanie przez samą koronę. Od tego są specjalne otwory umieszczone około 8,2 metra poniżej szczytu, które mogą obsłużyć przepływ rzędu około 5660 metrów sześciennych wody na sekundę.
Źródła: IFLScience

