”Miałem po prostu dużo szczęścia”  – mawiają w wywiadach ludzie sukcesu. „Znalazłem się we właściwym miejscu we właściwym czasie, spotkałem właściwych ludzi”. W świetle badań Jima Collinsa taka deklaracja to przejaw skromności, czasem kokieterii, jednak nie tak się dzieje w rzeczywistości. Wielkość się wybiera! – dowodzą autorzy bestsellera „Great by Choice” (Collinsowi towarzyszy drugi autor – profesor ISEAD Morten T. Hansen).

Fatalny zbieg okoliczności może nas powalić, ale szczęśliwy los służy tym, którzy umieją go wykorzystać. Na wzór słynnego wskaźnika ROI (return on investment) Collins i Hansen lansują nowy: ROL – return on luck. Angielskie „luck” oznacza zarówno pozytywne, jak i negatywne zrządzenia losu. Tymi drugimi też można „zarządzać”, choćby traktując porażki i kryzysy jak lekcje i wyzwania. Steve Jobs mawiał nawet: „Pal za sobą mosty, by zmobilizować siebie i innych do lepszego życia”. 

Zuchwały cel

Książka Collinsa (znamienny jest jej podtytuł: „Uncertainty, chaos and luck – why some thrive despite them all”) nie promuje jednak brawurowych ryzykantów. Jej bohaterowie, liderzy firm, którzy mimo negatywnych okoliczności zewnętrznych osiągali nieprzeciętne rezultaty biznesowe, byli odważni, lecz uważali, żeby nie przelicytować (w oryginale – realizowali „leading above the death line”). Szykowali rezerwy na dekoniunkturę i starali się, żeby biznesowe górki nie nakręciły niezrównoważonego wzrostu. A co ich charakteryzowało jako liderów? „Słowa-klucze” książki mówią same za siebie: dwudziestomilowy marsz, fanatyczna dyscyplina, empiryczna kreatywność i produktywna paranoja!

Opisani przez Collinsa pod koniec XX wieku liderzy piątego poziomu byli skromni, zdeterminowani i kierowali się biznesową pokorą. Upewniwszy się, że mają na właściwych miejscach właściwych ludzi (zero kadrowych kompromisów) i uzgodnione wartości, bez hipokryzji, polityki i ściemy ruszali do realizacji B’HAG-ów, czyli wielkich, dzikich, zuchwałych celów, które skoncentrowani i wewnętrznie uskrzydleni osiągali w biznesowych drużynach. A czym się charakteryzują ich odpowiednicy w XXI wieku? Kładą jeszcze większy nacisk na dyscyplinę, integrowanie elastyczności z wiernością wartościom i długoterminową perspektywą. Właśnie wtedy, gdy sytuacje trudne angażują całą naszą uwagę na przeszkodzie do pokonania tu i teraz. Znaczenie w trudnych czasach ma odważna roztropność, wyjątkowa mieszanka realizmu i wiary. Jedno bez drugiego przechyla nas w niebezpieczną stronę.

W czasach kryzysu musisz zadać sobie pytanie o to, kim jesteś. Collins i Hansen przywołują w swojej książce historię wyścigu o zdobycie bieguna południowego w roku 1911: dwóch ludzi o podobnych predyspozycjach, wieku i doświadczeniu walczyło o palmę pierwszeństwa w ekstremalnym zadaniu. Jeden z nich – Roald Amundsen – osiągnął spektakularny sukces i powrócił bezpiecznie do domu, drugi – Robert Falcon Scott – przepłacił udział w wyprawie życiem.

Przez Antarktydę

Historia wypraw Amundsena zaczęła się już w 1899 roku, kiedy na rowerze pokonał dystans z Norwegii do Hiszpanii, aby tam uzyskać patent umożliwiający pływanie na okrętach. Eksperymentował z jedzeniem surowego mięsa delfinów, doszedł bowiem do wniosku, że pewnego dnia może zostać rozbitkiem i będzie mógł odżywiać się jedynie tego typu pokarmem. Amundsen spędził również wiele czasu z Innuitami, ucząc się ich technik przetrwania. Nie czekał, aż znajdzie się w sytuacji ekstremalnej, lecz starał się zgromadzić doświadczenia na takie okazje. Zawsze robił dokładne plany, z uwzględnieniem dużego marginesu na nieprzewidziane wypadki.

Scott – jak piszą Collins i Hansen – był jego przeciwieństwem. Nie trenował biegów narciarskich, nie poznał też sztuki użycia psich zaprzęgów, co okazało się jednym z jego najtragiczniejszych błędów. Zabrał ze sobą kucyki, które absolutnie nie nadawały się do transportu sprzętu i pożywienia w ekstremalnych warunkach Antarktydy. W konsekwencji po kilku dniach ekspedycji ludzie Scotta z nim samym na czele byli zdani wyłącznie na własne siły. Dodatkowo Scott wziął trzy razy mniej zapasów niż Amundsen i miał pod swoją komendą więcej ludzi (aż 17 w porównaniu z 5 Amundsena). Typowym przykładem, świadczącym o jakości przygotowań obu podróżników, była liczba zabranych termometrów: Scott miał tylko jeden, który niestety zawiódł, Amundsen – aż cztery.

Podsumowując: Amundsen zarządzał swoją ekspedycją, zdając sobie sprawę z niepewności, związanej z każdym kolejnym kilometrem pustkowia. Scott każdą przeszkodę, czy to terenową, czy też pogodową, kwitował sformułowaniem „o braku szczęścia”. Rezultat takiego podejścia okazał się tragiczny. Wyścig na biegun wygrał z dużą przewagą Amundsen, a Scott z wyprawy nigdy nie wrócił. Zamarznięte ciała podróżnika i dwóch jego towarzyszy znaleziono ledwie 10 mil od miejsca, gdzie czekało na nich zaopatrzenie.

Przez 34 początkowe dni wyprawy obaj podróżnicy mieli do czynienia z tymi samymi warunkami pogodowymi, łącznie z ilością dni słonecznych. A zatem to nie warunki, lecz zachowania zadecydowały o sukcesie. Porównując tę sytuację do współczesnego biznesu – tylko ludzie podobni do Amundsena są w stanie poprowadzić firmy, które pozostaną dziesięć razy lepsze niż reszta rynku w tym samym dynamicznym i zdradliwym otoczeniu. 

W Akademii Psychologii Przywództwa sugerujemy polskim liderom drogę bliską odkryciom Jima Collinsa. Dlatego właśnie pracujemy z menedżerami nie tylko nad tym, jak „robić target”, lecz również – jak zarządzać sobą. Z trenerami himalaistami pracujemy nad sztuką przygotowania zespołu do ambitnych projektów, z instruktorami Corporate Krav Maga – jak stosować opisaną w „Great by Choice” zasadę „zoom out – zoom in” (w trudnej sytuacji nie działaj pospiesznie, lecz szybko zmieniaj perspektywę). Uczymy, jak przyjmować przeszkody, zamiast się z nimi zmagać i szarpać – dzięki strategiom Aiki Management. Jeśli interesują was takie ścieżki samodoskonalenia i prowadzenia zespołów do sukcesu mimo niepewności, chaosu i zrządzeń losu – zapraszamy!