5 marca 1940 roku zapadła tajna decyzja Biura Politycznego Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) o rozstrzelaniu polskich oficerów przebywających w obozach Kozielsk, Ostaszków i Starobielsk, a także cywilów więzionych na dawnych Kresach Rzeczypospolitej. Dostali się do niewoli po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 roku.

Zderzenie mitów

Likwidację ponad 22 tysięcy osób przeprowadzono w kwietniu i maju 1940 roku. Kiedy w 1943 roku Niemcy odkryli masowe groby w lasku katyńskim, ZSRS próbował całą winę za morderstwo zrzucić na nazistów. Według rosyjskich negacjonistów sowieckiej odpowiedzialności „mitami” były: sowiecka i nazistowska współpraca przy eksterminacji Polaków (Katyń i nazistowska akcja AB [od niem. Außerordentliche Befriedungsaktion – kryptonim akcji wymierzonej przeciwko polskiej inteligencji w Generalnym Gubernatorstwie, przeprowadzonej w maju i lipcu 1940 roku – dop. red.]), oraz to, jakoby w 1940 r. Polacy zostali zgładzeni w Katyniu i innych miejscach kaźni przez NKWD z rozkazu najwyższych sowieckich władz.

Negacjoniści totalni usiłowali dowieść, że wszystkie najważniejsze dokumenty sowieckie potwierdzające winę Stalina i jego towarzyszy zostały sfałszowane przez „klikę Gorbaczowa”, i praktycznie ten jeden argument uważali za wystarczający i decydujący. Negacjoniści bardziej umiarkowani powoływali się przede wszystkim na to, że jeszcze wczesnym latem 1941 roku, tuż przed inwazją niemiecką na ZSRS, w okolicach Smoleńska istniało kilka obozów pracy przymusowej (koncentracyjnych), w których więziono polskich wojskowych pracujących przy budowie dróg. Najsłabszy punkt tej argumentacji polegał na tym, że jej zwolennicy upierali się, iż owi wojskowi byli oficerami z Kozielska (unikali przy tym wzmiankowania obozów w Starobielsku i Ostaszkowie), wywiezionymi właśnie na katorgę, a nie na rozstrzelania w lasku katyńskim.  Z kolei najwybitniejsi historycy polscy i rosyjscy specjalizujący się w problematyce katyńskiej nazywali „mitycznymi” same te obozy. Słusznie przy tym podkreślali, że nie są one wymienione w ani jednej informacji Zarządu JW [NKWD do spraw Jeńców Wojennych – dop. red.], bądź w jakichkolwiek innych dokumentach centralnego aparatu NKWD ZSRS. To prawda, jednak powód tego był prosty: te rzekomo mityczne obozy nie podlegały Zarządowi do spraw Jeńców Wojennych, lecz naprzemiennie GUŁ-agowi i GUSzosDor- owi (Główny Zarząd Budowy Dróg).

Możliwe, że historycy sugerowali się też relacją Iwana Kriwoziercowa, złożoną Józefowi Mackiewiczowi, w której ten najważniejszy – i wiarygodny – rosyjski świadek zbrodni katyńskiej kategorycznie stwierdził, że „żadnych i nigdy” obozów polskich jeńców w okolicy Smoleńska nie było. Jednak akurat w tej kwestii Kriwoziercow nie może być uznany za wiarygodnego świadka, ponieważ – jak wcześniej powiedział – po wstąpieniu zimą 1940 r. do kołchozu „Krasnaja  Zaria”, obejmującego wsie Nowe Batioki, Gniezdowo, Gruszczenka i Żyłki, stale prawie przebywał w Gruszczence. Transporty oficerów przewożonych do lasu katyńskiego ujrzał dzięki temu, że wiosną 1940 r. wyznaczono go do pracy przy inspektach, położonych opodal stacji Gniezdowo. „Polskie” obozy znajdowały się zaś dużo dalej.

Rosjanie dają dowody

Powód, dla którego poważni, wolni od ideologicznych uprzedzeń historycy uważali, że obozy w pobliżu Smoleńska, pełne polskich wojskowych jeszcze w 1941 r., są sowieckim wymysłem, mającym zrzucić winę za zbrodnię katyńską na Niemców, wydaje się oczywisty. Otóż o istnieniu tych obozów po raz pierwszy mowa była w dwóch najstarszych sowieckich dokumentach, opublikowanych właśnie w celu obciążenia winą Niemców. Był to Komunikat Biura Informacyjnego ZSRS z 16 kwietnia 1943 r., mający być odpowiedzią na o trzy dni wcześniejszy słynny komunikat Radia Berlin o ujawnieniu katyńskich „dołów śmierci”, oraz komunikat sowieckiej Nadzwyczajnej Komisji Państwowej, kierowanej przez lekarza prof. Nikołaja Burdenkę, z 24 stycznia 1944 r., sporządzony i ogłoszony po farsie rzekomego sowieckiego śledztwa. Polacy – rząd i społeczeństwo – odrzucili oba sowieckie komunikaty jako kłamstwo całkowite i absolutne. Ta postawa umocniła się wśród osób, które po latach dowiedziały się, że przed śmiercią w 1946 r. Burdenko wyznał synowi swojego zmarłego przyjaciela, że główne tezy podpisanego przez niego komunikatu były fałszywe.

Jednak Polacy niesłusznie odrzucali wszelkie sowieckie wykręty. Przekonamy się bowiem, że nie ma kłamstwa absolutnego, że aby kłamstwu nadać cechy wiarygodności, musi zawierać choćby niewielkie elementy prawdy. Te elementy prawdy, których również ja przez wiele lat nie dostrzegałem, posłużyły teraz do ujawnienia wielkiej i wciąż zatajanej części zbrodni katyńskiej. Nie wolno lekceważyć niczyich odkryć – dokumentów lub relacji, nawet jeśli w pojęciu odkrywców mają służyć uzasadnieniu ich poglądów i przekonań (bo czasem trudno mówić o stanowisku badawczym). Dlatego – oprócz samodzielnego badania dokumentów i materiałów – w szerokim zakresie wykorzystałem dokumenty przedstawione przez rosyjskich negacjonistów zbrodni katyńskiej.

Okazało się bowiem, że po oczyszczeniu opublikowanych przez nich dokumentów ze zideologizowanych interpretacji i komentarzy, ich warstwa faktograficzna jest bogata i nie budzi merytorycznych zastrzeżeń. Doprowadziło to do nowych ustaleń, które wbrew ich odkrywcom nie tylko nie zdejmują winy z najwyższych władz sowieckich, ale wręcz dowodzą, że do znanej dotychczas liczby ofiar należy dodać kolejne ich tysiące.Wiele tysięcy, których los był dotąd nieznany... Co więcej, udało mi się już wcześniej znaleźć niezależne potwierdzenia owych odkryć, do niedawna niejasnych nawet dla mnie samego.

Zawiadomienie Kirwoja

 

26 października 2004 r. płk rezerwy Ilja I. Kriwoj skierował do Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej „Zawiadomienie w sprawie katyńskiej”, w którym opisywał swój pobyt w smoleńskiej Szkole Strzelców i Karabinów Maszynowych w latach 1939–1941. Szczegółowo, w chłodnym, pozbawionym jakichkolwiek emocjonalnych akcentów stylu, przypominającym wojskowy raport, pisał, że do chwili niemieckiej inwazji często widywał w okolicy polskich wojskowych, zatrudnionych tam przy budowie magistrali drogowej Moskwa–Mińsk (z odgałęzieniem do Witebska) i linii kolejowej. Przytoczył nazwiska świadków, którzy, jeśli jeszcze żyją, mogliby potwierdzić jego słowa. „Zawiadomienie” kończy się następującym passusem: „Przed załadunkiem do pociągu mojej kompanii szkolnej, orientacyjnie 5–6 lipca 1941 r. (dokładnej daty nie pamiętam), komendant naszej kompanii kapitan Safonow poszedł do gabinetu wojskowego komendanta stacji Smoleńsk. Przyszedłszy stamtąd […] opowiedział […] że w gabinecie wojskowego komendanta stacji widział człowieka w uniformie bezpieki, który, ledwie nie na kolanach,wypraszał u komendanta pociąg dla ewakuacji polskich jeńców wojennych z obozu, ale komendant nie dał mu wagonów”.

Impulsem, który skłonił Kriwoja do wystosowania pisma do prokuratury, był pozorny rozdźwięk między rezultatem śledztwa, które obarczyło winą za zbrodnię katyńską sowieckie władze, a osobistym doświadczeniem pułkownika, który jeszcze po niemieckim ataku widział polskich wojskowych przy życiu. Z tej pozornej sprzeczności wyciągnął wniosek, że Polacy nie zginęli rok wcześniej w Katyniu, i uczciwie dał wyraz swojemu poglądowi. Kriwoj nie orientował się, że inni Polacy zostali rozstrzelani w Katyniu (oraz w Charkowie i Miednoje – o nich chyba w ogóle nie wiedział), a inni byli na katordze w okolicach Smoleńska. Uczciwie zresztą stwierdził, że nie zna ich dalszego losu. Uskarżał się tylko, że jego wcześniejsze pisma do prokuratury pozostały bez odpowiedzi i konsekwencji formalnych.

Podsmoleńskie łagry

W zamian – „Zawiadomienie” Kriwoja stało się kamieniem węgielnym teorii negacjonistycznych. Ich zwolennicy zaczęli gwałtownie (i skutecznie) poszukiwać dokumentów, które w ich mniemaniu podważałyby rezultaty oficjalnego rosyjskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej, oraz publikować wyniki swoich badań. Ustalili, że w obwodzie smoleńskim, na zachód od Smoleńska, znajdowały się do lipca 1941 r. trzy tak zwane rejony asfaltobetonowe (ABR-y), które „w żadnej mierze nie były obozami dla jeńców wojennych, ale stanowiły jedynie terytorialno-produkcyjne jednostki strukturalne Wiaziemskiego Poprawczo-Roboczego [ITR] obozu NKWD ZSRS (Wiaziemłagu)”, w których zatrudnieni byli wyłącznie Polacy (ogółem w strukturze wiaziemskiego ITR-u w 1941 r. znajdowało się 12 ABR-ów).

Owe trzy „polskie” ABR-y to:
– Kuprinski ABR Nr 10 (w 1940 roku Kuprinski ABR Nr 9), znany pod nazwą „obóz specjalnego przeznaczenia Nr 1 – ON” lub „Tiszinski łagier”;

– Smoleński ABR Nr 9 (w 1940 roku Smoleński ABR Nr 10), znany pod nazwą „obóz specjalnego przeznaczenia Nr 2 – ON” lub „Katyński łagier”);

– Krasninski ABR Nr 11 (w 1940 roku Krasninski ABR Nr 8),  znany pod nazwą „obóz specjalnego przeznaczenia Nr 3” lub „Krasninski łagier”.

W czerwcu 1941 r. w obozie Kuprinskim przetrzymywano 2932 osoby, w Smoleńskim „w przybliżeniu 1500, maksimum 2000 ludzi”, a w Krasninskim „ponad 3000 ludzi” – w sumie około 7,5– 8 tys. osób, w ogromnej większości wojskowych, oraz pewną liczbę cywilów i niewielką grupę duchownych. Te trzy oddziały obozowe Wiaziemłagu znajdowały się 25–45 km na zachód od Smoleńska. Ważna jest dokładna informacja, że „w tych trzech oddziałach obozowych Wiaziemłagu przetrzymywano 579 osądzonych według analogicznej uproszczonej procedury” polskich wojskowych przejętych, w lipcu–sierpniu 1940 r. na Litwie i Łotwie, „jak również jeńców wojennych ze specobozów kozielskiego, starobielskiego i ostaszkowskiego, osądzonych w zwykłym trybie [na 5–8 lat – T.A.K.] postanowieniami OSO [specjalna komisja, czyli enkawudowski sąd kapturowy – T.A.K.] NKWD ZSRS w okresie do 5 marca 1940 r.”. Wiemy, że byli tacy oficerowie, wywiezieni z tych wielkich trzech specobozów jenieckich NKWD w zimie 1940 r.

Natomiast jest nieprawdopodobne, by w trzech obozach Wiaziemłagu znaleźli się też jacyś oficerowie (oczywiście negacjoniści sugerują, że wszyscy) z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa, których osądzono by w tym samym trybie nieco później, w kwietniu–maju 1940 r., podczas dokonywania masakr w Katyniu, Charkowie i Miednoje. Oprócz tych trzech ABR-ów, w lasach na zachód od Smoleńska „jeszcze jakaś liczba osądzonych polskich jeńców wojennych (do kilku tysięcy osób), przypuszczalnie mogła być przetrzymywana po marcu 1941 r. w dziewięciu tak zwanych Oddzielnych obozowych punktach (eksploatacji lasów) (OŁP) – Wiaziemłagu” piszą rosyjscy negacjoniści. Dzięki relacji Icka Erlichsona, opublikowanej w jego wspomnieniach „Smakowanie raju” (REBIS, Poznań 2010) – ustaliłem, że obywatele polscy znajdowali się tylko w OŁP-ie nr 9. Było ich tam, jak wynika z moich obliczeń, częściowo opartych na dokładnych danych sowieckich, około 8,4–8,8 tys. mężczyzn. Jak podaje sowieckie źródło, według stanu na dzień 15 czerwca 1941 roku w obwodzie smoleńskim pracowało w charakterze więźniów ogółem 16 371 polskich wojskowych, w tej liczbie oficerowie, lecz również nieco cywilów i niewielka grupa duchownych.

Pytania, Pytania...

Nadal nie wiemy, ilu zostało zamordowanych przed nadejściem wojsk niemieckich, ilu wysłano w „marsze śmierci” i ilu w nich zginęło, ilu dotarło żywych do łagrów (i do których) oraz ilu wyszło z nich żywych. To wszystko trzeba będzie wyjaśnić. Najbardziej generalne wyjaśnienie można jednak znaleźć w materiałach pogardzanej komisji Burdenki. Major bezpieczeństwa W. Wietosznikow, w 1941 r. komendant Kuprinskiego ABR-u nr 10 (łagier nr 1 – ON, zwany też Tiszinskim), zeznał między innymi: „Zwróciłem się do naczelnika ruchu Smoleńskiego odcinka Kolei Zachodniej żelaznej tow. Iwanowa z prośbą, aby udzielił obozowi wagonów dla wywiezienia jeńców wojennych – Polaków. Ale tow. Iwanow odpowiedział mi, że liczyć na otrzymanie wagonów nie mogę. Usiłowałem również skomunikować się z Moskwą, aby otrzymać zezwolenie na wyruszenie pieszo, ale to mi się nie udało”.

 


To zeznanie wyjaśnia prawie wszystko, jeśli chodzi o los polskich jeńców w obozie Kuprinskim. Najprawdopodobniej stanowi też potwierdzenie relacji kapitana Safonowa o enkawudziście, który „ledwie nie na kolanach wypraszał” wagony – czy był nim sam komendant Wietosznikow? Wskazywałby na to choćby fakt, że usiłował się skontaktować z Moskwą – funkcjonariusz niższego szczebla raczej nie miałby takiej śmiałości. A zatem – NKWD wagonów nie otrzymało, połączenie z Moskwą również zakończyło się niepowodzeniem i biorąc pod uwagę napór Niemców na Smoleńsk, jest wątpliwe, czy Wietosznikow podjął decyzję o „wyruszeniu pieszo” bez oglądania się na zwierzchników. Należy raczej sądzić, że zamierzał rozmawiać z Moskwą wyłącznie po to, by uzmysłowić jej nierealność zorganizowania „marszu śmierci” i zabezpieczyć się przed ewentualnymi późniejszymi oskarżeniami o niewłaściwe wywiązanie się ze swoich obowiązków jako komendanta obozu (W innym miejscu Wietosznikow oświadczył: „Potrzebne mi było 75 wagonów, ale prosiłem o każdą liczbę, żeby tylko jakkolwiek się załadować i wyjechać”. Było to 10 lipca 1941 r.).

Przed komisją Burdenki zeznawał także inż. S. Iwanow, który w lipcu 1941 r. nie był naczelnikiem ruchu Smoleńskiego odcinka Kolei Zachodniej, lecz jego zastępcą. „Zwróciła się do mnie do wydziału ruchu administracja obozów dla jeńców wojennych – Polaków, żeby otrzymać wagony dla transportu Polaków, ale wolnych wagonów nie mieliśmy. Oprócz tego nie mogliśmy wysłać wagonów na odcinek Gusino [tam się znajdował Krasninski ABR Nr 11 – T.A.K.], gdzie było najwięcej jeńców wojennych – Polaków, gdyż droga ta była już ostrzeliwana. Nie mogliśmy dlatego wykonać prośby administracji obozów. Wobec tego jeńcy wojenni – Polacy zostali w obwodzie smoleńskim”. Inż. S. Iwanow prawie na pewno nie był tym komendantem wojskowym, któremu podlegał smoleński węzeł kolejowy i którego świadkiem rozmowy z enkawudzistą był kapitan Safonow. Wynika z tego, że major bezpieczeństwa Wietosznikow wędrował po smoleńskich stacjach od Annasza do Kajfasza z tym samym skutkiem. Iwanow wyraźnie potwierdza tragiczny fakt, którego Wietosznikow (rzekomo?) nie był pewien: „jeńcy wojenni – Polacy zostali w obwodzie smoleńskim”. A było ich w samym tylko Kuprinskim ABR-ze 2932...

Epilog

Niemcy przechwycili w lipcu 1941 r. część archiwum Kuprinskiego ABR-u, lecz nie zastali już ani jednego funkcjonariusza NKWD. Można nie mieć wątpliwości, że enkawudziści naprzód wykonali rozkaz Berii z 24 czerwca 1941 r., odnoszący się do postępowania z więźniami w obliczu niemieckiej inwazji, następnie przystąpili do niszczenia archiwum, lecz na zniszczenie całości zabrakło już czasu. Ów rozkaz Berii nakazywał rozstrzelać wszystkich więźniów, przeciw którym prowadzono śledztwo, oraz skazanych już za „działalność kontrrewolucyjną”, „sabotaż gospodarczy”, „dywersję” i „działalność antysowiecką”. Do tego należy dodać chorych i niezdolnych do marszu. NKWD miał własną sieć komunikacji telefonicznej, a tam, dokąd ona nie sięgała – jak do kolumn „marszów śmierci” – można było wysłać łączników.

Część zbrodni katyńskiej, popełniona przez smoleński oddział NKWD, kryje wiele tajemnic. Rosjanie nie chcą, aby komukolwiek przyszło do głowy szukać ofiar poza laskiem katyńskim (w Smoleńsku i okolicach). Najprawdopodobniej śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej popełnionej wiosną 1940 r. było uczciwe, o czym na razie zdaje się świadczyć to, że 36 spośród 183 tomów akt utajniono tak dalece, że oficjalnie nie wiadomo, kto podjął taką decyzję. Ostatnio pojawiła się zapowiedź, że strona polska otrzyma wszystkie tomy akt. Wątpliwe, czy znajdziemy w nich choćby małą wzmiankę o polskich wojskowych zamordowanych w lipcu 1941 r. w lasach wokół Katynia.