Historia jednostki noszącej oficjalną nazwę 1st Special Forces Operational Detachment-Delta (1st SFOD-D), czyli 1. Oddział Operacyjny Sił Specjalnych – Delta, sięga roku 1975. W gabinecie nowo powołanego szefa wyszkolenia amerykańskich komandosów generała Roberta Kingstona zameldował się wówczas podpułkownik Charles Beckwith.

 

Obaj oficerowie cieszyli się opinią „twardzieli”. Generał Kingston walczył w Korei i Wietnamie. Podkomendni nadali mu niewymagający dodatkowych komentarzy przydomek „Drut Kolczasty”. Beckwith również służył w Indochinach, gdzie wykonywał jedną z najbardziej niebezpiecznych misji. Dowodził grupą komandosów tropiących w dżunglach Wietnamu Południowego partyzantów przerzucanych z komunistycznej Północy. Świetnie wyszkoleni żołnierze Vietcongu byli tak groźnym i okrutnym przeciwnikiem, że nawet doborowe formacje powietrznodesantowe US Army unikały kontaktu z nimi. Natomiast ludzie Beckwitha poszukiwali ich, likwidowali, a po namierzeniu większych zgrupowań naprowadzali na nie bombowce. Oddziałom wykonującym te ryzykowne operacje nadano kryptonim „Delta”.

W 1975 r. Amerykanie ostatecznie wycofali się z Wietnamu. Generał Kingston nie wezwał jednak Beckwitha, by wspominać dawne czasy. Od kilku tygodni pracował nad planem reformy służb specjalnych i doszedł do wniosku, że Stany są niemal zupełnie bezbronne wobec nowego zagrożenia, jakim stał się międzynarodowy terroryzm. W zastraszającym tempie rosła liczba porywanych samolotów i zamachów, a kraj szczycący się statusem największego supermocarstwa nie był w stanie nic zrobić, by pomóc swoim obywatelom. Kingston zaproponował więc utworzenie elitarnej jednostki, zdolnej do błyskawicznego działania w dowolnym rejonie świata. Wykonanie tego zadania powierzył Charlesowi Beckwithowi. Oddział miał zachować dawną nazwę.

Podpułkownik był człowiekiem czynu, mimo to skompletowanie pierwszego składu Delty Force zajęło mu prawie 2 lata. Nie ogłosił naboru, lecz osobiście lub za pośrednictwem zaufanych ludzi składał propozycję najlepszym żołnierzom, służącym w oddziałach specjalnych. Wszyscy przechodzili mordercze testy, mające wykryć ich słabe punkty.

Tych, którzy odpadali, również zobowiązywano, pod groźbą surowych kar, do zachowania tajemnicy. Dopiero w roku 2002 naruszył ją major Eric Haney, publikując wspomnieniową książkę „Inside Delta Force” (Delta Force od środka). Z jego relacji wynika, że podczas wstępnej selekcji z 15 kandydatów odpadało 14. Wymagano od nich m.in. przepłynięcia z pełnym wyposażeniem (buty, hełm, broń) stu metrów i przejścia z 25-kilogramowym plecakiem 30 kilometrów. Cały czas obserwowano ich reakcje, nie tylko na zmęczenie, ale również na rozkazy zmuszające do jeszcze większego wysiłku i sprawiające wrażenie bezsensownych. W ciągu trzech–czterech tygodni nie przesypiali spokojnie nawet jednej nocy.

Po zdaniu wstępnego egzaminu żołnierze trafiali na roczne szkolenie do Fort Bragg w Karolinie Północnej, który pozostaje do dziś główną bazą Delty. Oprócz klasycznych umiejętności komandosów mogli zdobyć dwie najwyżej cenione specjalności – HALO (skoki spadochronowe z dużej wysokości z opóźnionym otwarciem czaszy) i SCUBA (nurkowanie głębinowe). Trenowali w ekstremalnych warunkach, w górach i na pustyni, w tropikalnym upale i arktycznych mrozach. Następnie doskonalili się w jednej z pięciu dziedzin: zwiadzie, znajomości broni, przygotowywaniu i podkładaniu materiałów wybuchowych, łączności i pomocy medycznej. Pięciu żołnierzy, po jednym z każdej specjalności, tworzy najmniejszy pododdział zdolny do samodzielnego działania. W akcjach zazwyczaj uczestniczy od 3 do 5 takich zespołów. Liczebność całej formacji stanowi tajemnicę. Sean Naylor, znawca amerykańskich sił specjalnych, szacuje ją na tysiąc osób.

Stępiony szpon orła

19 listopada 1977 r. ppłk Beckwith zameldował generałowi Kingstonowi, że trzy szwadrony nowej jednostki są gotowe do akcji. Dzień ten uważa się za oficjalną datę narodzin Delty Force. Dwa lata później w Fort Bragg ogłoszono pierwszy alarm bojowy. Przed wejściem do samolotów żołnierze dowiedzieli się, że lecą do Kanady, gdzie terroryści uprowadzili kilku Amerykanów. Na miejsce akcji dotarli około północy. Przywitali ich pracownicy ambasady USA i przedstawiciele kanadyjskiej policji, którzy wyjaśnili, że trzej napastnicy opanowali prywatną rezydencję jednego z dyplomatów i grożą wymordowaniem zakładników.

Po krótkiej naradzie zapadła decyzja o szturmie. Komandosi błyskawicznie opanowali budynek, położyli trupem trójkę zamachowców i spostrzegli, że… strzelali do manekinów. Cała akcja była mistyfikacją. Nie przeprowadzono jej w Kanadzie, lecz na poligonie położonym kilkadziesiąt kilometrów od Fort Bragg. Ale w listopadzie 1979 r. islamscy radykałowie naprawdę opanowali ambasadę USA w Teheranie i uwięzili 53 pracujące w niej osoby. Mijały tygodnie i nie działo się nic. Irańczycy na oczach całego świata upokarzali bezradną Amerykę. Gdy stało się jasne, że szybko nie ustąpią, w Waszyngtonie podjęto decyzję o odbiciu zakładników.

Akcja o kryptonimie „Szpon Orła” (Eagle Claw) miała przebiegać następująco: na pustyni, około 300 km od Teheranu, lądują wysłane z amerykańskich baz w Europie trzy samoloty z komandosami i sprzętem. Po zabezpieczeniu terenu kolejne trzy maszyny dowożą paliwo. Kilka minut później do miejsca zbiórki dociera osiem śmigłowców z operującego w Zatoce Perskiej lotniskowca „Nimitz”. Żołnierze Delty przesiadają się do nich i lecą do drugiego obozu, zlokalizowanego ok. 70 km od stolicy Iranu. Tam helikoptery zostają zamaskowane, a komandosi samochodami docierają w pobliże okupowanej ambasady. Zabijają wartowników – plan nie przewidywał brania jeńców, wysadzają mur i przystępują do szturmu. W tym czasie nad Teheran nadlatują śmigłowce, które mają wywieźć zakładników. Jednocześnie inny oddział komandosów opanowuje niewielkie lotnisko wojskowe na przedmieściach. Żołnierze przeprowadzają uwolnionych Amerykanów na pobliski stadion, gdzie lądują helikoptery. Wszyscy ewakuują się na zdobyte lotnisko, na które docierają samoloty transportowe z pierwszego obozu. Śmigłowce wracają na lotniskowiec, w razie zmasowanego ataku sił irańskich zostają zniszczone. Komandosi i zakładnicy odlatują samolotami do bazy poza granicami Iranu. 18 kwietnia 1980 r. prezydent Jimmy Carter wydał zgodę na rozpoczęcie akcji.

Zaczęło się dobrze. Pierwsza grupa komandosów przedostała się niepostrzeżenie do Iranu. Sprawdzili, czy wybrany na lądowisko odcinek pustynnej drogi może pełnić rolę pasa startowego, ukryli w piasku urządzenia naprowadzające samoloty i zniknęli.

24 kwietnia z miejsca znanego jako „rejon koncentracji” wystartowały samoloty z grupą uderzeniową. Na pokładzie maszyny rozpoznawczej znajdował się, awansowany już na pułkownika, Charles Beckwith. Wylądowano bez przeszkód. Zgodnie z planem nadleciały również transportowce z paliwem. I wtedy szczęście odwróciło się od Amerykanów.

Na przebiegającej w pobliżu drodze nieoczekiwanie pojawił się autobus. Kierowca zwolnił, było oczywiste, że zauważył lądujące samoloty. Komandosi z grupy zabezpieczającej wsiedli na motocykle i pogonili za pojazdem. Zatrzymali go, wyprowadzili ponad 40 pasażerów i ukryli wśród skał. Konieczność pilnowania tak dużej grupy „jeńców” komplikowała sytuację. Ale stanowiło to drobiazg wobec tego, co miało się wydarzyć za chwilę.

Ponieważ śmigłowce startowały z lotniskowca, dowódcy marynarki wojennej uparli się, by prowadzili je ich podkomendni. Piloci marines byli mistrzami w swoim fachu, przelot nad pustynią wymagał jednak innych umiejętności niż nad morzem. W normalnych warunkach pogodowych daliby sobie radę, ale wpadli w burzę piaskową. Pył całkowicie ich oślepił, jedna maszyna uległa awarii i musiała zawrócić, kolejna dotarła do celu w takim stanie, że nie nadawała się do dalszego użytku. Pozostałe mocno się spóźniły.

Utrata dwóch śmigłowców oznaczała, że nie uda się przerzucić do Teheranu całego oddziału, a szturmowanie ambasady zbyt małymi siłami mogło się zakończyć masakrą komandosów i zakładników. W tej sytuacji płk Beckwith po konsultacji ze sztabem wydał rozkaz odwrotu. Uznawani za głównych sprawców niepowodzenia piloci marines nie panowali nad nerwami, jeden z nich wystartował tak niefortunnie, że uderzył śmigłem w samolot cysternę. Wybuchł pożar, chwilę później eksplodowała amunicja. Ośmiu żołnierzy, w tym trzech komandosów Delty, zginęło.

Śladów katastrofy nie dało się ukryć, a Irańczycy zadbali o jej nagłośnienie. Pułkownik Beckwith zapłacił za niepowodzenie stanowiskiem, prezydent Jimmy Carter utratą szans na reelekcję w zbliżających się wyborach.

Nocni Łowcy

Za prezydentury Ronalda Reagana powstała nowa jednostka lotnicza, szkolona specjalnie do współdziałania z Deltą Force – 160. Pułk Powietrznych Operacji Specjalnych, nazywany potocznie „Nocnymi Łowcami” (Night Stalkers). W jej skład weszły poza śmigłowcami tzw. kanonierki powietrzne, czyli samoloty przystosowane do prowadzenia ognia bocznego. Pierwszy sprawdzian zreformowane siły specjalne przeszły w roku 1983 na Grenadzie. Tym wyspiarskim państewkiem na Morzu Karaibskim od kilku lat rządzili lewicowi radykałowie. 13 października 1983 r. po kolejnym zamachu stanu władzę przejął twardogłowy marksista Bernard Coard, który natychmiast sprowadził wojskowych instruktorów z Kuby i zapowiedział, że przekształci Grenadę w bastion komunizmu. Było tu otwarte rzucenie wyzwania Stanom Zjednoczonym, a prezydent Reagan nie zwykł w takich sytuacjach żartować. Jego reakcję doskonale oddaje kryptonim rozpoczętej już 12 dni później operacji – „Nagła Furia” (Urgent Fury), która obaliła reżim w Grenadzie.

Sześć lat później Delta, wraz z „Nocnymi Łowcami”, udowodniła swą bojową przydatność w innym kraju tego regionu. W czasie gdy Amerykanie zajmowali się Grenadą, władzę w Panamie przejął po wojskowym zamachu stanu generał Manuel Noriega. Wiedząc, że Waszyngton nie zrezygnuje z kontroli nad mającym ogromne znaczenie Kanałem, natychmiast zadeklarował pełną lojalność. Jednak jego rządy bardziej przypominały obyczaje mafijne niż demokratyczne.

Dyktator czuł się tak pewnie, że w 1989 r. dla udobruchania jankesów zgodził się na wolne wybory, a gdy okazało się, że przegrał je z kretesem, skonfiskował urny i wysłał bojówkarzy, by pobili rywali. Amerykańskich obserwatorów i instruktorów wojskowych, którzy próbowali protestować, zamknął w więzieniu. Stawiającego opór porucznika Roberta Paza skatowano na śmierć. To przeważyło szalę. 20 grudnia prezydent George Bush senior wydał zgodę na rozpoczęcie operacji „Słuszna Sprawa” (Just Cause). Wzięły w niej udział jednostki specjalne wszystkich rodzajów sił zbrojnych: marines dokonali desantu z morza, rangersi – z powietrza. W ciągu kilkudziesięciu minut opanowano wszystkie lotniska i porty, by uniemożliwić Noriedze ucieczkę.

Najważniejszym zadaniem komandosów Delty Force było zdobycie więzienia i uwolnienie przetrzymywanych w nim Amerykanów. Snajperzy wylądowali prawdopodobnie już wcześniej i czekali na wyznaczonych pozycjach. Dla zdezorientowania strażników latające kanonierki ostrzelały znajdujące się obok posterunki wojskowe. Tak jak przewidywano, wartownicy wybiegli na dziedziniec i zostali zlikwidowani przez strzelców wyborowych. Na dachu więzienia wylądowały cztery śmigłowce „Nocnych Łowców”, z których wyskoczyło 16 żołnierzy. Znali na pamięć plan budynku, więc zabijając po drodze pięciu strażników i wysadzając kolejne drzwi błyskawicznie dotarli do właściwej celi. Nałożyli więźniom kamizelki kuloodporne i wyprowadzili ich na dach, gdzie z sekundową dokładnością ponownie wylądowały śmigłowce. Cała operacja trwała niespełna 6 minut.

Pustynna Burza

O większości akcji Delty Force amerykańskie społeczeństwo nie wiedziało prawie nic. Jedynie czasem dziennikarzom udawało się trafić na ślady jej obecności w różnych zakątkach świata lub poznać kryptonim operacji. W pierwszej połowie lat 80., prawdopodobnie wspólnie z tajnymi służbami Francji, prowadziła operację „Manta”, której celem była likwidacja ośrodków szkolenia terrorystów na Saharze. Trudno się nawet domyślić gdzie, kiedy i z jakim efektem uderzała. Równie szczelna kurtyna okrywa jej udział w zniszczeniu narkotykowych karteli w Kolumbii i Boliwii. Ukryte w dżungli wytwórnie wylatywały w powietrze, ginęli kurierzy i pośrednicy, ale nikt nigdy nie potwierdził ani nie zaprzeczył, że było to dzieło komandosów Delty. „Coś” jednak tak przestraszyło najpotężniejszego z narkotykowych baronów Pablo Escobara, że w 1991 r. wolał dobrowolnie oddać się w ręce policji niż wpaść w ręce Amerykanów.

Równie trudny do ocenienia pozostaje ich wkład w sukces operacji „Pustynna Burza” (1991 r.). Gdyby nie przypadek, nikt nie dowiedziałby się, że byli w Iraku na długo przed rozpoczęciem międzynarodowej interwencji w Zatoce Perskiej. Córka beduińskiego pasterza znad Eufratu weszła za potrzebą w trzciny i zobaczyła żołnierza. Zamarła z przerażenia, co zauważył jej ojciec. Komandosi poderwali się, by ich obezwładnić, i stanęli oko w oko z grupą kilkudziesięciu pracujących na pobliskim polu wieśniaków.

Reżim Saddama Husajna płacił wysokie nagrody za chwytanie pilotów kontrolujących już wówczas niebo nad Irakiem, więc chłopi przekonani, że mają do czynienia z bezbronnym lotnikiem, sięgnęli po strzelby. Nie chcąc doprowadzić do masakry, komandosi oddali strzały ostrzegawcze z broni maszynowej i próbowali uciec. Wieśniacy zatrzymali jednak przejeżdżający drogą konwój wojskowy. Amerykanie okopali się i wezwali pomoc. Po kilku minutach pojawił się myśliwiec F-16, który zniszczył ciężarówki, od bomb i kul zginęło ok. 50 Irakijczyków. Chwilę później nadleciał śmigłowiec „Nocnych Łowców” i wywiózł komandosów.

Irakijczycy nagłośnili incydent, zbadali też gruntownie miejsce, w którym do niego doszło. Ustalili, że Amerykanie przez kilka dni ukrywali się w wydrążonej w zaschniętym mule ziemiance i prowadzili intensywne działania zwiadowcze. Ile podobnych grup przerzucono przez granicę? Można się jedynie domyślać, że niemało, gdyż po rozpoczęciu interwencji siły sprzymierzone dysponowały bardzo precyzyjnymi informacjami o ruchach wojsk Saddama Husajna, a przede wszystkim o lokalizacji wyrzutni rakiet SCUD, którymi Irakijczycy ostrzeliwali Arabię Saudyjską. Komandosi wykonywali też działania pozorowane, odwracające uwagę od głównych kierunków natarcia. Jedną z niewielu ujawnionych mistyfikacji było rozmieszczenie min na plaży i w wodach przybrzeżnych niedaleko Kuwejtu. Wystarczyło potem kilka łodzi, z których prowadzono ostrzał i odpalano miny, by w stronę niezagrożonej plaży ruszyła iracka dywizja pancerna. I zabrakło jej tam, gdzie rzeczywiście dokonano desantu. Dwa lata później pasmo sukcesów zostało jednak przerwane – w 1993 roku Deltę Force włączono do amerykańskich sił interwencyjnych w Somalii. Celem operacji „Gotycki Wąż” (Gothic Serpent) było rozbicie plemiennej milicji generała Mohammeda Aidida, która przechwytywała międzynarodową pomoc dla głodującej ludności i polowała na chroniących dostawy żołnierzy ONZ. Niestety, akcja przeprowadzona 3 października w Mogadiszu zakończyła się totalnym fiaskiem. W wyniku walk z Somalijczykami śmierć poniosło 19 amerykańskich komandosów, a wielu zostało rannych.

Główny cel – ujęcie bojówkarzy Aidida – został osiągnięty, ale pokazane w telewizji sceny profanowania zwłok żołnierzy USA przez tubylców tak wstrząsnęły opinią publiczną, że prezydent Clinton podjął decyzję o natychmiastowym wycofaniu wojsk USA z Somalii.

Od dramatu w Mogadiszu żadnej akcji Delty Force nie towarzyszyły już kamery. Co nie oznacza, że oddział zawiesił działalność. Wręcz przeciwnie, jego żołnierze operowali na Bałkanach, tropili w Iraku ukrywających się współpracowników Saddama Husajna, dziś likwidują tam bojówki al Kaidy. Są również w Afganistanie i zapewne to dzięki nim co pewien czas ogłaszane są lakoniczne komunikaty o zlikwidowaniu kolejnego ważnego dowódcy talibów.

Kazimierz Pytko
Publikował we „Wprost”, „Sukcesie” i „Życiu Warszawy”.
Laureat Nagrody Kisiela.