Afera sprzed niemal pięciuset lat wydawała się jednak znakomitym tematem sensacyjno- literackim: był w nim „grzeszny” związek kanonika i jego krewniaczki, był spisek, zawiązany przez genialnego astronoma i protestanckiego uczonego, mający obalić dotychczasowe postrzeganie świata, były groźby biskupa oraz widmo inkwizycji. Autor śledztwa (także powieści „Al Capone w Berlinie”) Artur Górski napisał książkę, w której najważniejszą rolę – obok Anny Schilling – odgrywa zaginiony egzemplarz „Narratio prima” z własnoręcznym wyrzeczeniem się przez Kopernika... własnych teorii. Czy rzeczywiście istnieje? Do akcji wkracza mafia, która chce zdobyć tę bezcenną księgę. Ma mu w tym pomóc warszawski wydawca Łukasz Dybowski i jego przyjaciel historyk. Klucz do zagadki spoczywa w Gdańsku. Tam wszystko się wyjaśni.

Fragment Książki:

 

– I niby my mamy udowodnic, ze istnieje egzemplarz »Narratio prima « z odrecznym zapewnieniem Kopernika, ze nie ma nic wspólnego z trescia tej ksiegi? Ze Retyk, dazac do osiagniecia naukowej kariery w protestanckim swiecie, podparł sie autorytetem naszego astronoma i popełnił wredna mistyfikacje? A Kopernikowi udało sie wyrazic swoja opinie tylko na jednym egzemplarzu?

– Jesli to wszystko jest prawda, to intencja Retyka i Kopernika była zupełnie inna – naszemu astronomowi, badz co badz funkcjonariuszowi Koscioła katolickiego, nie bardzo wypadało zaprzeczac podstawowym doktrynom swojej firmy. A doktryna była taka, ze Pan Bóg stworzył ziemie jako najwazniejsza z planet, swego Syna uczynił jej mieszkancem, wiec nie mogła byc jedynie mało wazna czescia jakichs wiekszych układów. Zaprzeczanie tym oczywistym prawdom mogło sie wiazac z duzymi nieprzyjemnosciami dla kanonika. Fakt, z prowincjonalnego warminskiego biskupstwa, ale we Fromborku tez dałoby sie ustawic jakis mały stos albo pregierz. A juz na pewno mozna było Kopernika zamknac w jednej z wiez, których we Fromborku nie brakowało, aby przemyslał pewne sprawy i nabrał rozumu.

– Ale w 1540 roku, kiedy po raz pierwszy ukazało sie »Narratio prima«, Kopernik zblizał sie do siedemdziesiatki. Kto by chciał karac starego człowieka?

Dybowski usmiechnał sie i siegnał po kufel z piwem. W goracy lipcowy dzien poszedł wraz z Hubertem do bielanskiego baru »Karuzel«, by sie ochłodzic, a przy okazji porozmawiac o przedziwnej propozycji włoskiego biznesmena.

– Kto by chciał karac? Mysle, ze zarówno hierarchia, jak i inni kanonicy, którzy zazdroscili Kopernikowi sukcesów na wielu polach. Nawet jesli nie byli w stanie zrobic mu krzywdy, to jednak mogli o tym marzyc. A, jak wiesz, marzenia czasami spełniaja sie automatycznie. Zreszta badzmy sprawiedliwi – ówczesni luteranie równiez uwazali heliocentryzm za niezgodny z Biblia absurd, a wiec Retyk takze ryzykował – odparł Dybowski. Po chwili dodał: – Ale co nam do tego? Teraz to my mamy problem.

– Myslisz, ze nie uda sie nam napisac takiej ksiazki?

– Mysle, ze jesli jej nie napiszemy, to nam napisza epitafium na grobach – Dybowski usmiechnał sie gorzko i skinał głowa na kelnerke. Jedno piwo nie zaspokoiło jego pragnienia ani nie wyciszyło niepokojów. – Rzecz w tym, ze wymagaja od nas czegos niemozliwego. I z naukowego i, przede wszystkim, z moralnego punktu widzenia. Stopniak rozłozył rece i zrobił mine bezradnego dziecka: – Skoro sam twierdzisz, ze mamy do czynienia z gangsterami, którzy prowadza negocjacje handlowe przy pomocy broni palnej, ale godziwie płaca...

– Widze, ze cie to nie przeraza. Ty chyba nie rozumiesz, o co tu sie gra. O ksiege wartosci kilku, a moze i kilkunastu milionów euro. Dla takiej sumy warto zabic. A my zostalismy – choc bez naszej woli – dopuszczeni do pewnego sekretu. I teraz albo działamy z nimi, albo...

Dybowski przesunał dłonia po szyi, dajac do zrozumienia, ze mafia preferuje szybkie, sprawdzone od wieków rozwiazania.

– Takie rzeczy dzieja sie tylko w filmach – odparł Stopniak, ale i jemu mina zrzedła. – Nonsens, dzieja sie naprawde. Czesciej film wzoruje sie na zyciu niz zycie na filmie. Uwierz mi, rozmowa z Parezzio nie nalezała do miłych, choc facet był cały czas usmiechniety. Usmiechem kogos, kto ma przewage, poczucie siły. Nie powiedziałem ci jeszcze najwazniejszego: ten egzemplarz istnieje. Nawet jesli jest mistyfikacja.

Stopniak wybałuszył oczy i wydukał:

– A skad ty to mozesz wiedziec?

– Bo widziałem.

– Ksiege?

– Nie cała, reprodukcje najwazniejszej strony. Tej, na której Kopernik napisał po łacinie zaskakujace słowa.

Stopniak milczał – patrzył na tłum ludzi wylewajacy sie ze stacji metra Stare Bielany. Groza sytuacji zaczeła do niego docierac z szybkoscia rozpedzonej podziemnej kolejki. Kiedy uswiadomił sobie, ze i z nim chciał sie spotkac włoski biznesmen, poczuł na czole kropelki potu.

– O »Narratio prima« wiem dosc duzo – jeknał nienaturalnym głosem. – Wystarczy, zeby ukuc jakas zgrabna historyjke. Jest bardzo wiele opracowan na ten temat, sa tomy korespondencji Kopernika.

– »Narratio prima« zostało wydane w 1540 roku w gdanskiej drukarni Franza Rhodego

– Dybowski przygotował sie do tej rozmowy i poszukał w internecie podstawowych informacji na temat dzieła Joachima Retyka.

– Czyli jednak jestes gotowy do udziału w tej grze? – spytał retorycznie Stopniak, choc wiedział, ze raczej nie maja wyboru. Dybowski nie odpowiedział na zaczepke i kontynuował wykład: – Swoja droga ciekawe, dlaczego dzieło sygnowane przez Kopernika, czyli »De revolutionibus orbium coelestium«, nie zostało takze wydrukowane w Gdansku, ale w Norymberdze. Mniejsza o to. Wydanie »Narratio prima« było poprzedzone rocznymi debatami Retyka i Kopernika, prowadzonymi we Fromborku i w Lubawie. Przyjechał do Kopernika jako wysłannik swego duchowego mistrza – Filipa Melanchtona. Miał poznac punkt widzenia Kopernika, ale nie stawac sie jego zwolennikiem. A jednak... To ciekawe, ze chłodno myslacy matematyk, zwolennik tradycyjnego pojmowania swiata, tak bardzo dał sie przekabacic staremu astronomowi, ze wkroczył na grunt herezji. Napisał cos takiego: »Kazda planeta, poprzez swe miejsce, bieg i kazda zmiane swojego ruchu, dostarcza dowodu na to, ze Ziemia sie porusza« – niewinne słowa, a jednak niebezpieczne. Lubie te jego teorie o złotym łancuchu, wiazacym wszystkie zjawiska zachodzace we wszechswiecie.

– Ja to wszystko wiem, moge jeszcze dodac, ze w »Narratio prima« znalazła sie pochwała Prus, która miała przychylnie do całej sprawy nastawic ksiecia Alberta – przerwał przyjacielowi historyk. I mówił dalej: – Takze to, ze majac ze soba orez w postaci tej ksiegi, von Lauchen, czyli Reticus, pojechał do Wittembergi, by przekonywac tamtejszych naukowców do idei kopernikanskich. I tak dalej, i tak dalej. To wszystko sa podstawy, mozna je znalezc w akademickich podrecznikach i w internecie. Ale my musimy dotrzec do czegos, co nie jest powszechnie dostepne. Kiedy Kopernik dokonał wpisu, czy te ksiege ktos, poza Retykiem, widział? A moze i Retyk nie widział? Jakie mogły byc jej dalsze losy?

– Najbezpieczniej byłoby napisac, ze egzemplarz nalezał do prywatnego gdanskiego kolekcjonera, który zginał w 1945 roku. Albo do kogos z rodziny Kopernika. Najlepiej do prapraprawnuczki córki Kopernika – zasmiał sie nienaturalnie Dybowski.

– Dlaczego Parezzio nie powiedział ci, skad ma te reprodukcje? Byłoby nam łatwiej.

– Obiecał, ze jeszcze sie odezwie i, jak sie wyraził, bedziemy współpracowac przy pisaniu naszego wybitnego dzieła. Wtedy pewnie ujawni to, co trzyma w rekawie. Obawiam sie, ze dowiemy sie rzeczy, których nie chcielibysmy wiedziec.

Zobaczył go, przekraczajacego drzwi Bazyliki Mariackiej. »Oko«, płatny zabójca, najwyrazniej zapoznał sie z topografia swiatyni, bo od razu skierował sie w strone ambony. Gdy »Oko« znalazł sie kilka kroków od Dybowskiego, ten – nieco prowokacyjnie – wyciagnał do niego prawice. Uscisneli sobie rece jak dobrzy znajomi.

– No to gdzie ta ksiega? – zabójca od razu przeszedł do rzeczy.

– Widze, ze bardzo sie wam spieszy.

– To prawda, gliny kreca sie tu cały czas, szukaja zabójcy twojego przyjaciela. Za chwile wyjezdzam z Gdanska, wiec nie próbuj mnie zatrzymywac.

– Przeciez wystarczy, abym krzyknał: »morderca stoi obok mnie!«, a byłoby po kłopocie. Zaoszczedzilibysmy policji i pracy, i wydatków – odparł zgryzliwie Dybowski.

– Chyba nie jestes tak głupi, zeby sadzic, ze przyszedłem tu bez przyjaciela? Wystarczy jeden bezmyslny krok, nawet przypadkowy, i znajdziesz sie po drugiej stronie.

– Masz pewnie na mysli jakas pukawke, która trzymasz w zanadrzu?

»Oko« nie odpowiedział, a jedynie uchylił rabka tajemnicy, spoczywajacej w kaburze pod marynarka. Dybowski doskonale wiedział, ze zabójca bedzie uzbrojony, ale widok pistoletu, który byc moze wysle go do nieba, przyprawił go o dreszcz.

– A teraz ty pokaz swoja – zaproponował Serb. Wydawca wzruszył ramionami.

– Nie mam broni, nigdy nie miałem.

»Oko« pokrecił głowa z dezaprobata: – Ech, ty frajerze, czego ty szukasz w tym interesie? Naprawde myslałes, ze wydymasz ludzi, którzy rozmawiaja ze soba przy pomocy rewolwerów? Zal mi ciebie, ale sam sie pchasz do paszczy smoka.

Dybowski spojrzał na swego rozmówce z udawanym zdumieniem: – Nie mam zamiaru nikogo dymac. Ja tylko sprzedaje ksiazke. Swoja droga, gdzie masz pieniadze? Myslałem, ze bedziesz miał ze soba teczke. Przestaje mi sie to podobac. – Bez obaw, ja reguluje naleznosci karta płatnicza. Pokaz mi tylko, gdzie masz terminal. Poza tym nie widze zadnej ksiegi.

– Bo przyniosłem wersje mini – taka do Ksiegi Guinnessa. Bez mikroskopu nie zobaczysz – zakpił wydawca, nie biorac pod uwage, ze nerwowa wytrzymałosc »Oka« jest bardzo ograniczona. Serb ze wsciekłoscia wyciagnał pistolet i przyłozył go do brzucha Dybowskiego. Ten, nie bardzo wiedzac, jaki bedzie nastepny ruch zabójcy, postanowił nie czekac. Niespodziewanym ciosem lewej reki wybił mu bron z dłoni, ale »Oko« był szybszy – natychmiast podniósł swego H&K Mk23. Jednak zanim zdołał wycelowac go w Dybowskiego, ten dał nura pod ławke i zaczał ucieczke. Nieliczni zgromadzeni w kosciele ludzie najpierw przecierali oczy ze zdumienia, a kiedy usłyszeli strzały, sami padli na posadzke, chroniac sie pod ławkami.

Dybowski uciekał wezykiem, zas »Oko« strzelał obok niego – nie chciał zabic wydawcy, póki ten nie powie, gdzie jest »Narratio prima«. Widzac, ze huk strzałów nie robi na nim oczekiwanego wrazenia, czyli nie zatrzymuje go ani nie skłania do poddania sie, wycelował w ramie Dybowskiego. Jednak snajper Legii Cudzoziemskiej nie był juz tak precyzyjny jak przed laty – kula omineła uciekajacego i utkwiła w debowej tarczy kalendarium Zegara Astronomicznego, dumy swiatyni.

»Oko« oddał jeszcze kilka strzałów, nieco na postrach, tym razem trafiajac w rzezbe trebacza z wiencem jesiennych kwiatów na głowie, takze stanowiacego czesc Zegara. Dybowski zaczał biec slalomem pomiedzy gigantycznymi kolumnami w strone wyjscia. Jednak w ostatniej chwili skrecił w prawo i wpadł na klatke schodowa, prowadzaca na wieze. Bileterka nie zagrodziła mu drogi – lezała na podłodze i zmartwiałymi ustami szeptała modlitwe...

Zdrada Kopernika
Artur Górski,
wyd. Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2009