Wielu z nas narzeka  na zimowe chłody, ale co mają powiedzieć jelenie, łasice, wiewiórki czy zające? Przez najbliższych pięć miesięcy będą musiały stawić czoła temperaturom nawet o 60 st. C niższym niż ciepłota ich własnego ciała. Każdej godziny będą walczyć, by dostarczyć paliwo do wewnętrznych pieców, bo jeśli one nie podołają grzaniu, zwierzę przemarza do granicy, poza którą zamierają procesy życiowe.

Są jednak sposoby, by uniknąć takiego losu. Nie od dziś wiadomo, że organizm tym wolniej traci ciepło, im jest większy, bo powierzchnia ciała rośnie wolniej niż jego objętość. To dość oczywiste – szybciej stygnie łyżka zupy niż jej talerz, nie wspominając już o całym kotle. Zwierzęta potrafią jednak z tej oczywistości zrobić zadziwiający użytek.

Jedz albo zamarzaj...

Ponad 260 lat temu niemiecki badacz Christian Bergman sformułował regułę mówiącą, że im bliżej bieguna mieszkają osobniki danego gatunku, tym muszą być większe. Reguła szybko znalazła akceptację wśród biologów, którzy od dawna zastanawiali się, czemu wilk z południa jest mniejszy od tego z północy, podobnie jak niedźwiedź, tygrys czy ryś. Co więcej, duży ma korzyści dodatkowe: może zainwestować w długie futro i zgromadzić więcej tłuszczu niż mały, a dzięki temu nie musi tak często polować.

Bardziej szczegółowe badania pokazały jednak, że te oszczędności wcale nie są tak oczywiste. Łowy przecież wymagają czasu i energii na wędrówkę. Prof. Jacek Goszczyński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego porównał długość dobowej marszruty naszych drapieżników z trzech rodzin – łasicowatych, psowatych i kotowatych – z masą ich ciała i zależność wyszła wręcz idealna – im większy myśliwy, tym dalej poluje. Jaki z tego wniosek? Duży, owszem, może lepiej zaoszczędzić na stratach ciepła, lecz ma większe wydatki nie tylko na wędrówki, ale i na wykarmienie większej liczby komórek własnego ciała. Musi więc zdobyć więcej pokarmu.

... albo skurcz sobie głowę

I tu zaczyna się problem, bo nie każdy zwierzak może sobie na to pozwolić. Wilki, owszem, zamiast łowić sarny, koncentrują się na polowaniu na potężniejszą zdobycz – jelenie czy łosie. Ale co może poradzić najmniejszy ssak Europy – ryjówka? Ona i tak podjada niemal bez przerwy. W ciągu doby pochłania pokarm ważący o połowę więcej niż ona sama. Gorączkowo przeszukuje powierzchnię ziemi między roślinami, chwytając owady nawet tak małe jak przecinek, ale nie zawaha się przed atakiem na chrząszcza czy potężną dżdżownicę. Jeśli w ciągu 10 godzin nie zje nic, umiera. Niestety zimą o duże kąski jest bardzo trudno. Ryjówka musi więc oszczędzać energię jak się da.

I tak właśnie robi – korzysta z zasady, że mały je mniej niż duży, i po prostu cała się kurczy. Dotyczy to nie tylko energochłonnych narządów wewnętrznych, jak mózg czy serce. Zmniejsza się nawet jej czaszka! Młoda ryjówka opuszczająca gniazdo w czerwcu ma ją ładnie uwypukloną, a szwy łączące kości są luźne. Jesienią czaszka stopniowo się spłaszcza, kości ulegają resorpcji wzdłuż szwów, osiągając minimum na przełomie lutego i marca. Mistrzynią w tej dziedzinie jest ryjówka aksamitna, malejąca aż o 30 proc. Po zimie zwierzątka rosną nieco, ale nie wracają już do poprzednich rozmiarów. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia – ryjówki średnio przeżywają pół roku, a maksymalnie 14 miesięcy.

Jeden duży, drugi mały

Ale nie tylko temperatura i pokarm rządzą zimowymi rozmiarami ssaków – czasem w grę wchodzi również seks. Przekonali się o  tym naukowcy z Zakładu Badania Ssaków w Białowieży, śledzący losy tamtejszych łasic. Samce tych najmniejszych drapieżników Europy (zwanych też łaskami) ważą od 45 do 150 g. Różnicę widać gołym okiem – jedne łaski są małe, inne duże. Podstawą ich diety są gryzonie. Mała łasica musi zimą zjeść jednego, duża – dwa dziennie. Duża na polowaniu spędza więc dwukrotnie więcej czasu, ale ma też ogromną przewagę: wygra z małym sąsiadem każdą walkę nie tylko o zasoby, ale i o względy samicy. Tyle że zimą samice zajęte są innymi sprawami niż amory, a zasobów jest za mało, żeby wyżywić olbrzyma. I tu – jak wynika z najnowszych odkryć białowieskiego zespołu pod kierunkiem dr. Karola Zuba – pojawia się szansa dla małego samca. Zajmuje on te terytoria, które są uboższe, zostawiając dla przerośniętych konkurentów nadrzeczne łąki bogate w norniki.

Przy złej pogodzie łasice – i duże, i małe – najchętniej zaszywają się w ciepłym gnieździe, dlatego wcześniej gromadzą zapasy. Zabiwszy rodzinę norników, wyrywają im sierść, moszczą nią posłanie, zwijają się w kłębek i zasypiają. Kumulują tłuszcz, który może stanowić aż 16 proc. ciężaru ciała. Innym przystosowaniem łasic do warunków zimowych jest zmiana koloru futra na białe. Dzięki temu, buszując w śniegu, mniej rzucają się w oczy lisom, sowom czy jastrzębiom. U gronostaja – bliskiego kuzyna łasicy – tylko koniuszek ogona pozostaje czarny jak węgiel. To dodatkowe zabezpieczenie. Polujące ptaki drapieżne koncentrują się na głowie ofiary – tak obliczają uderzenie, by trafić szponami tuż za nią. Kiedy więc jastrząb widzi na śniegu poruszający się ciemny punkcik, skupia się na nim i atakuje. Zwykle jednak chybia, a gronostaj w ostatniej chwili zmyka.