Kiedy pojawił się w Rzeczypospolitej warchoł i jak rósł w siłę?

Słowo „warchoł” pojawia się w zapisach z XV wieku jako „kłótnia”, „spór”, „zamieszanie”. Potem w XVI stuleciu w kazaniach Skargi występuje „warchoł”, ale to już również „awanturnik”, „wichrzyciel”, osobnik dający się we znaki otoczeniu. Zabawne, że w „Polskim Słowniku Biograficznym” żadna z postaci nie jest scharakteryzowana jako warchoł. Natomiast Samuela Łaszcza (ok.1588–1649) nazywa się awanturnikiem. Skarga używa pojęcia warchoł zarówno przeciwko tym ze szlachty, którzy nie uznawali władzy królewskiej, jak i poszczególnym awanturnikom lokalnym. Kto czytał „Prawem i lewem” Władysława Łozińskiego, zna dwóch najsłynniejszych warchołów, żyjących na przełomie XVI i XVII stulecia. Byli to: przywołany już Samuel Łaszcz oraz Stanisław Stadnicki, zwany także „diabłem łańcuckim”, bo rezydował w Łańcucie, a w końcu został zabity podczas jakiegoś lokalnego sporu w 1610 roku. Warcholstwo przybierało na sile w okresie rozprzęgania się państwowości i anarchizacji życia publicznego, to znaczy w XVII wieku. A zarzutem warcholstwa w walce politycznej posługiwano się nieprzerwanie przez cały XVII i XVIII wiek.

Czy przedtem nie dochodziło do takich aktów nieposłuszeństwa?

Zapewne  dochodziło, ale nie na taką skalę. Poza tym te zdarzenia nie były „źródłotwórcze”, dlatego że trybunały koronne, które rozsądzały szlachtę, zostały wprowadzone dopiero przez Batorego, a niewykonane wyroki sądowe nie odbijały się takim szerokim echem po całej Rzeczypospolitej.

Potem, w XIX stuleciu, stańczycy wykorzystywali to słowo w swej walce przeciwko zwolennikom powstań, ruchów zbrojnych, które miały przywrócić
Polsce niepodległość. Nazywali ich warchołami. Warto tu zacytować „Wyzwolenie” Wyspiańskiego. Konrad mówi: „Warchoły, to wy! – Wy, co liżecie obcych wrogów podłoże, czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych wam królów. […] Warchoły to wy, co nie czujecie Polską i żywym poddaństwa i niewoli protestem. […] …i zginiecie! I pokryje waszą podłość niepamięć!”. Tak Wyspiański odwraca znaczenie słowa. To nie ci, którzy knują, są warchołami, tylko ci, którzy podporządkowują się obcym monarchom. Często pada słowo warcholstwo w polemikach przeciwko tym, którzy nie poszli za Piłsudskim w 1926 roku. Tak samo używano tego określenia w stosunku do uczestników tzw. centrolewu, którzy stawali w procesie brzeskim, a potem byli zsyłani do więzienia w Brześciu, a następnie do Berezy Kartuskiej.

Także w okresie PRL-u władze posługiwały się słowem warchoł.

Tak. Zaczęto szermować tym określeniem tuż po II wojnie wobec opozycji mikołajczykowskiej. Potem w 1976 roku protestujących robotników w Ursusie i Radomiu określano epitetem warchoły. Powtórzyło się to też w 1981 roku: nazywano tak kontestatorów władzy gen. Jaruzelskiego. Słowem, zarzut
warcholstwa to argument często wykorzystywany w walce politycznej. Oskarża się przeciwnika o wywoływanie awantur politycznych szkodliwych dla państwa i społeczeństwa.

Na ile można utożsamiać zjawisko warcholstwa ze zjawiskiem anarchii w Rzeczypospolitej?

Warcholstwo jest przejawem anarchii. Pomyślmy, ile czasu zabrało poskromienie takiego Stadnickiego. Ale jak ktoś powiedział: opisywanie
Rzeczypospolitej na podstawie losów Stadnickiego to tak, jakby na podstawie działu kryminalnego dzisiejszej „Gazety Wyborczej” opisywać np. Warszawę. Ludzie porządni rzadko trafiają na łamy gazet czy na karty dzieł historyków, ponieważ nie są ciekawi. Natomiast dobrym przykładem warcholstwa w służbie anarchii jest choćby scena z polskiego sejmu z 1791 roku. Kiedy uchwalano Konstytucję 3 maja, przyszedł Ksawery Branicki z Janem Suchorzewskim, który był takim szefem jego obstawy, strasznym rębajłą i warchołem. Zanotowano, że Suchorzewski zapytał: „Panie Ksawery, ciachniem?”. A Branicki miał odpowiedzieć: „Wara!”, bo po prostu się bał, że kiedy oni sięgną po broń – zostaną rozniesieni na szablach. Pamiętajmy, że to był zamach stanu i wojsko stało w pogotowiu.

Jak wyglądała sytuacja w Polsce w porównaniu z aktami nieposłuszeństwa w innych krajach Europy?

To było zjawisko, które występowało także w innych krajach. Weźmy Francję okresu Frondy (połowa XVII stulecia), kiedy magnateria występuje przeciwko młodziutkiemu Ludwikowi XIV, a właściwie przeciwko królowej regentce. Przykłady warcholstwa i związanego z tym okrucieństwa bardzo często zdarzały się na przykład w historii państw niemieckich w okresie wojny trzydziestoletniej. Warcholstwo nie było monopolem szlachty. W Polsce zdarzało się, że likwidowano zbory protestanckie na skutek tumultów miejskich, częściowo zresztą sterowanych przez jezuitów. I potem – mam na myśli zdarzenia w Krakowie, Lublinie, Poznaniu – katolicka rada miejska podejmowała zazwyczaj uchwałę, że nie można tych świątyń odbudowywać. We Francji to było nie do pomyślenia. Jeżeli król kazał zburzyć zbór hugenocki, tak czyniono. Ale nie dochodziło do takiej akceptacji samowoli jak u nas.

 


Czy można mówić o tolerancji szlachty dla warcholstwa?

Potępiano warcholstwo, nikt nie chciał się przyznać, że to on jest warchołem. Zarzucano je sobie nawzajem: „Waćpan jesteś warchołem!”, „Nie, to waćpan nim jesteś!”.

Czy szlachta sprzeciwiająca się silnej władzy królewskiej, jako cały stan nie była obciążona pewnymi cechami warcholskimi?

Ja w tej sprawie nie robiłbym takiego podziału szlachta – chłopi. Zajmowałem się swego czasu osmozą kulturową i trzeba wiedzieć, że liczne elementy kultury szlacheckiej przenikały poprzez służbę dworską do chłopów. Znanym przykładem są np. zydle renesansowe, które zamieniły się w chłopskie stołki, czy pieśni słyszane we dworze, które śpiewano po wsi. Słowem przekazywano styl życia. W XVII w. podróżnicy włoscy, co wiemy z pozostawionych przez nich pamiętników, ostrzegają się, żeby po Polsce nie jeździć w sobotę i w niedzielę, bo wówczas pijani chłopi wylegają na gościniec i zaczepiają podróżnych. A nie daj Boże, jeżeli się okaże, że ten podróżny jest cudzoziemcem. W pamiętniku Czecha Henryka Michała Hysrlego jest taka zabawna scena: podróżni, żeby udobruchać  chłopów, zwracali się do nich per „waszmościowie” i „mościpanowie”. Pamiętnikarz pisze, że nigdy w życiu nie użył w tak krótkim czasie tylu formuł grzecznościowych. Warcholstwo cechowało więc nie tylko szlachtę. Przypomnijmy sobie, ile go było u początków ruchu ludowego, zwłaszcza w Galicji u schyłku XIX wieku.

Jednak szlachcic miał o wiele większą scenę do zaprezentowania swojego warcholstwa niż chłop.


Oczywiście. Tak na przykład podczas potopu szwedzkiego chłopi złapali oddział ubrany w nieznane im stroje wojskowe. Był to jakiś zaciąg cudzoziemski w służbie Rzeczypospolitej. Chłopom nie spodobało się ich zachowanie i zaczęli tych żołnierzy kolejno ścinać. Dopiero po chwili nadjechał oddział polski, do którego ci „obcy” byli wcieleni, i przerwał tę egzekucję. Chłopów chciano skazać na szubienicę, ale ponieważ potrzebowano siły roboczej, skończyło się na chłoście.

Właśnie – jak karano awanturnictwo chłopów? Wyegzekwowanie kary wobec nich było przecież dużo łatwiejsze niż wobec szlachty.

Tak, ale sprawa nie była taka prosta. Najchętniej uciekano się do chłosty, ponieważ nie chciano pozbywać się często najlepszych pracowników. Ale
poza tym na Mazowszu w połowie XVII wieku istniał taki przepis, o którym mało kto wie. Otóż można zabić bezkarnie szlachcica, który wszczyna bójkę w karczmie – może uczynić to nawet chłop – pod warunkiem, że nie dzieje się to w dniu jarmarku, sejmiku lub w czasie obrad sądu.

Co musiał zrobić szlachcic lub plebejusz, aby zasłużyć na miano warchoła?


Warchołem był ten, kto lekceważył i naruszał obowiązujące reguły życia społecznego oraz prawodawstwo, któremu podlegał. Żeby coś określić mianem warcholstwa, musiało dojść do czynnego i spektakularnego działania. Przykładem słynne oddziały „lisowczyków”, zaciągane pod wodzą Aleksandra Lisowskiego. Grupowały typowych warchołów. Zachowywali się tak, że mówiono i nieraz pisano o tym, że lepiej mieć do czynienia z wrogą armią niż z „lisowczykami”. Warchoł szlachcic zrywał przede wszystkim zgromadzenia publiczne – i to nie tylko sejm, ale i sejmiki. Natomiast chłop mógł wyżywać się  na gościńcu lub na najbliższych sąsiadach.

Czy bezstronny obserwator zawsze uznałby zerwanie sejmiku za coś złego?


Nie było dobrych powodów, żeby to czynić. Nie spotkałem się z pochwałami takiego postępowania. Problemem było przekupstwo. W sejmie w początkach XVIII w. zdarzyła się taka zabawna scena: szlachcic stawia wniosek, lecz ktoś protestuje. Wówczas wnioskodawca włazi na ławę poselską i krzyczy: „A który to sk...syn dostał ode mnie za mało?”. Zresztą ci, co brali łapówki, nie uważali się za warchołów. Nawet Zamoyski przyjmował tacę z pomarańczami, które miały oczywiście swoją cenę, ale rzecz w tym, że taca była złota. Natomiast piętnować praktyki dnia codziennego w postaci zrywania sejmików zaczęto w dobie oświecenia, które krytykowało cały ustrój i chciało jego gruntownej reformy. Z tego czasu pochodzi np. powiedzenie: „Prawo jest jak pajęczyna – bąk się przebije, mucha uwięźnie”. Mówiono wtedy o sprzedajności sądów. Już w XVII wieku jezuici dostrzegli, że w sądach łapówek nie brali tylko protestanci. A dlaczego? To bardzo proste: diabli ich nie kusili, gdyż wiedzieli, że i tak pójdą do piekła. Dlatego katolicy w oficjalnych publikacjach pisali, że to oni są  pecjalnie zagrożeni pokusą korupcji.

Co pozwalało istnieć warcholstwu? I jak mogło do niego dochodzić, skoro były sądy?

Po pierwsze słaba egzekucja wyroków sądowych. Po drugie możliwość znalezienia możnych protektorów, którzy mieli moc osłaniania. Np. Jan Chryzostom Pasek umarł z wyrokiem banicji, ale w kraju. I wreszcie po trzecie to co umożliwiało chłopom polepszenie własnej doli, a mianowicie ucieczka z kraju. Poczucie bezkarności było silne. Albo możny protektor mnie ochroni, albo ucieknę w porę, albo przeniosę się do innego regionu Rzeczypospolitej – tak kalkulowano.


Pojedynczy warchołowie byli najczęściej narzędziem w ręku magnatów, więc wydaje się, że wina spada także na nich.

Oczywiście, że tak. Wiedziano, że jeżeli nie ściągnie się na siebie zemsty drugiej strony, która prywatnie człeka może dopaść, to udana ucieczka
jest bardzo prawdopodobna. Warcholstwo było przejawem słabnącej siły autorytetu królewskiego i sądowniczego. Normę stanowiły niekończące się
apelacje od wyroków. A prawomocnych orzeczeń sądów często nie sposób było wyegzekwować.

Czy Samuel Zborowski miał pecha, dlatego że podpadł królowi?

To bardzo mętna i zawikłana historia. Co do Zborowskiego – mam swoją koncepcję. Moim zdaniem ścięto go, bo król z Zamoyskim chcieli sprawdzić, co się stanie, jeżeli zetnie się jednego magnata. Szybko, niby formalnie, bo banita Zborowski zbiegł za granicę i wrócił nielegalnie. Ale przecież mnóstwo było takich. Gdyby im się powiodło ze Zborowskim, zaczęliby z innymi. Ale podniósł się taki krzyk, że król dał spokój. O przywołanym już Łaszczu krążyła legenda, że podbijał wyrokami sądowymi delię, czyli rodzaj płaszcza noszony na żupanie. Ja w ten barwny obraz nie wierzę, ale był to warchoł co się zowie. Na korzyść Łaszcza przemawiało to, że miał wielkie zasługi wojenne. Był bardzo dobrym strategiem, dzielnie stawał w walkach z Moskwą, z Gdańskiem i z Turkami. Rozbijał czambuły tatarskie, odbijał im jasyr. Nie uciekał się też do pomocy sił zewnętrznych. Stadnicki przeciwnie – ściągał tzw. sabaty, czyli oddziały warchołów węgierskich, z którymi pustoszył dwory szlacheckie. W imię wojennych zasług inaczej patrzono na takich warchołów. Świetnie ujął to Sienkiewicz: Babiniczowi miano przydać glorię sławnego rycerza i dlatego przebaczono temu typowemu warchołowi Kmicicowi, który – jak pamiętamy – miał poparcie samego Bogusława Radziwiłła.

Czy rację mają ci, którzy uważają, że postać warchoła odegrała w historii Polski szczególnie doniosłą rolę?

Trudno powiedzieć, żeby warcholstwo wpłynęło w jakiś poważniejszy sposób na dzieje Polski. Jeżeli ktoś zrywał sejm, czynił tak z polecenia któregoś z magnatów. To oni byli rozsadnikami anarchii politycznej. A działo się tak dlatego, że każdy magnat marzył, żeby zostać królem, a kiedy już by nim został, to rządziłby silną ręką. Na razie jednak zależało mu na tym, żeby autorytet królewski osłabić.

Natomiast szlachta nie chciała rozbudowywania armii, bo uważała, że silna armia da królowi oręż do walki ze złotą wolnością szlachecką. Przykładem czystego awanturnictwa może być jej stosunek do planów wojny tureckiej 1646–1648 Władysława IV. Jeżeli my przegramy, nastąpi okupacja turecka, a co to znaczyło – szlachta wiedziała, bo podróżowała przez tereny pod panowaniem sułtana. A  jeżeli wygramy, wódz zwycięskiej armii – z  kozakami na czele – zaprowadzi absolutyzm. Lepiej więc, żeby trwało status quo. Zresztą od początku XVII w. szlachta uznała, że dość już tego zdobywania nowych ziem. Natomiast od połowy XVII w. z boleścią obserwowała kurczącą się mapę Rzeczypospolitej. Zawsze głoszę tezę, że Polskę zgubiła nie anarchia – jak pisze się w wielu podręcznikach, zwłaszcza obcych – lecz skostniały ustrój, którego nie śmiano reformować z obawy przed reakcją szlachecką.

Często się zastanawiałem, kiedy była ostatnia chwila, żeby dokonać reformy i znieść np. liberum veto, wprowadzić głosowanie większością, a monarchię elekcyjną zamienić na dynastię dziedziczną. Wydaje mi się, że tym właściwym momentem był okres po potopie szwedzkim, który stanowił niesłychany wstrząs i upokorzenie dla szlachty. Oto waleczny naród, olbrzymie państwo, prawie całe, zostało tak szybko podbite przez stosunkowo niewielkie siły. Choć trzeba pamiętać, że wojska szwedzkie, w których był zresztą znaczny procent Niemców, miały za sobą szkołę wojny trzydziestoletniej. W sumie nie przeceniałbym roli warcholstwa. To był – i nadal pozostaje – taki sam element propagandy politycznej, jak rzucanie podejrzeń o agenturalność czy sprzedajność.

Dziękuję za rozmowę.