Mija właśnie równe 30 lat od wejścia na ekrany pierwszej części „Gwiezdnych wojen”. Z marketingowego punktu widzenia epopeja George’a Lucasa przygotowała znakomity grunt dla nowych technologii. Uświadomiła masom korzyści z posiadania robota, ukoiła lęki przed nieznaną techniką i dodała do niej akcent humorystyczny. Odważny, choć mało „ludzki” R2D2 oraz histeryzujący, ale wygadany C3PO zastąpiły w wyobraźni społecznej wcześniejsze roboty – niezgrabne metalowe puszki, które były albo bezmyślne, albo obdarzone zwykle paskudnym charakterem, w obu przypadkach zaś najczęściej buntowały się lub mordowały ludzi. Tymczasem miniaturki nieagresywnych maszyn ze „Star Wars” sprzedawały się w setkach tysięcy sztuk jako zabawki dla dzieci.

Jednak cybernetyczna rewolucja kazała na siebie długo czekać. Specjaliści utrzymują, że nadal żyjemy w epoce „wczesnorobotowej”. Ich zdaniem budowa praktycznych egzemplarzy oraz wytwarzanie wielkoseryjne jest dziś najwyżej na takim poziomie jak produkcja domowych komputerów pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia. Jednakże oznacza to, że lada moment do sklepów mogą trafić odpowiedniki ZX Spectrum czy pierwszych pecetów – roboty o na tyle przystępnej cenie i dużych możliwościach, by mogły się przydać w przeciętnym gospodarstwie domowym. Tylko w tym roku pod strzechy trafić ma 7 mln takich maszyn. Dzięki temu na naszej planecie będzie funkcjonowało więcej robotów domowych niż przemysłowych.

W PROSTOCIE SIŁA


Pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia w katedrze robotyki słynnego Massachusetts Institute of Technology powstał pomysł, by dać sobie spokój z niezwykle skomplikowanymi i kosztownymi robotami, działającymi i myślącymi jak ludzie: poznaj otoczenie, zaplanuj działanie, wykonaj pracę... „Zobaczcie, ile jest na świecie robaków z mikroskopijnymi móżdżkami” – mówili naukowcy. Wszystkie te żyjątka znakomicie wypełniają swoje zadania, choć nie posiadają imponującej „mocy obliczeniowej”.

Po kilku latach działalności firmy takie podejście zaowocowało powstaniem Roomby – domowego zrobotyzowanego odkurzacza, dostępnego dziś w sklepie za niecałe 600 zł. Stosunkowo przystępna cena jest wynikiem odrzucenia wszelkich „wodotrysków”. Cyberodkurzacz jest prawie pozbawiony czujników, np. zastępujących mu wzrok. O tym, że dojechał do ściany, dowie się dopiero, gdy w nią uderzy. Przebytą drogę zlicza za pomocą specjalnego czarno- białego kółeczka (fotokomórka dodaje kolejne białe błyski i robot wie, ile przejechał), a nie np. laserowego dalmierza. Prosta konstrukcja ma za to zaawansowane oprogramowanie – niezwykle skomplikowany algorytm poruszania się po pokoju. Jego pierwowzorem były wojskowe programy czyszczenia pól minowych. Na podstawie skąpych danych Roomba tworzy obraz miejsca, w którym się znalazła, i pamięta, gdzie już posprzątała.

Sprawdzony pomysł to zwykle kamyczek zaczynający lawinę. W sprzedaży jest już bardziej zaawansowany model odkurzacza zwany Trylobite, zaś firma Friendlyrobotics oferuje cyberkosiarkę (rozpoznaje granicę trawnika, jeśli otoczymy go specjalnym kabelkiem). Do podboju rynku szykują się tacy producenci jak Dyson i Karcher, powstają też liczne podróbki oryginalnych rozwiązań. „Za pięć lat w każdym japońskim domu będą dwie- -trzy takie maszyny” – uważa Toshi Doi z Sony, pracujący nad robotami rozrywkowymi.

DO SERCA PRZYTUL ROBOPSA

Nieprzypadkowo to Azjaci wiodą prym wśród konstruktorów i posiadaczy robotów. Społeczeństwa Japonii i Korei Południowej należą do najszybciej starzejących się na świecie i wkrótce będą potrzebować całej armii opiekunów, pielęgniarek czy po prostu partnerów do rozmowy dla osób w podeszłym wieku. Zamiast zdawać się na „import” taniej siły roboczej z Chin czy Indii, Japończycy wolą roboty, które nie zakładają związków zawodowych, nie żądają podwyżki, a do tego mogą być sterylnie czyste i hipoalergiczne.

Ten ostatni powód był zapewne przyczyną sukcesu wielu cyberzabawek, takich jak psy Aibo czy Robopet. Mechaniczne zwierzę nie ma sierści, nie trzeba go wyprowadzać na spacer, nie gryzie butów. Najnowsza generacja tych robotów ma czujniki pozwalające wyczuć obecność właściciela, umiejętność współdziałania lub walki z innymi robotami i złącze USB, które pozwala na modyfikację oprogramowania. W rezultacie można je uczyć różnych sztuczek, takich jak np. taniec. Jesienią do sprzedaży trafić ma najnowszy hit – robot Pleo, wzorowany na pisklęciu kamarazaura, czworonożnego roślinożernego dinozaura, którego ostatni raz można było spotkać na Ziemi 145 mln lat temu. Szkielet urządzenia wykonano na podstawie badań skamieniałych szczątków gada. W środku zaś znajdzie się 38 różnych czujników i 8 procesorów, wykonujących naraz 60 milionów operacji. Dzięki nim Pleo decyduje, co ma robić: obejrzeć się za siebie, gdy poczuje, że ktoś go skrobie po grzbiecie, wyjrzeć poza obręb stołu, uciąć sobie drzemkę itp. Do tego skóra robota będzie ciepła i miękka – prawie tak jak u żywego stworzenia.

NA OBRAZ I PODOBIEŃSTWO


O tym, że ten kierunek jest właściwy, przekonuje sukces białej foczki Paro, uznanej za najlepszego japońskiego robota roku 2006. Puchate interaktywne zwierzątko jest z powodzeniem wykorzystywane przez terapeutów, pracujących z ludźmi obłożnie chorymi i cierpiącymi na autyzm. Roboty stają się coraz podobniejsze do istot żywych i nie jest to tylko kaprys konstruktorów. Pierwszą grupą społeczną, która zacznie masowo korzystać z pomocy maszyn, będą wszak ludzie w podeszłym wieku, niechętnie przekonujący się do wszelkich nowinek.