Znajdź w sobie dziecko

Jako dorośli staramy się uczyć dzieci potrzebnych w życiu umiejętności. Tymczasem to my możemy się od nich sporo nauczyć. Najważniejsze cechy dobrego przywódcy to cechy dzieci: prawdomówność, szybkie uczenie się i sprawne zarządzanie ryzykiem.

“A ty nie skaczesz?” – pyta mała Gienia brata Zdrówko  w filmie „Jasminum”. „A po co?” – pyta zakonnik. „Żeby skakać” – pada najbardziej rezolutna z możliwych odpowiedzi. I choć rzecz dzieje się w katolickim zakonie, postawa Gieni to zen w czystej dziecięcej postaci. „Dzieci są urodzonymi mistrzami zen – świat jest dla nich zupełnie nowy w każdym momencie” – pisał na swoim blogu John Bradshaw, amerykański pisarz, autor teorii wewnętrznego dziecka.

Dzieci są w tym, co jest; każdą komórkę swojego ciała angażują w gonienie za piłką, obserwowanie ślimaka zjadającego liść czy sypanie piaskiem w inne dziecko. Już niemowlę całym ciałem sięga po to, co je zainteresuje. Dorośli umiejętności bycia tu i teraz uczą się na kursach medytacji, kupują kolejne poradniki. „Większość dorosłych żyje, miotając się między przeszłością a przyszłością. Dorośli żyją w sferze planowania, są nastawieni zadaniowo. Dzieci dla odmiany funkcjonują w sferze działania, doświadczania. Dlatego dziecko na spacerze zatrzymuje się, oglądając z uwagą żuczka, a dorosły niecierpliwi się, bo zaplanował spacer na plac zabaw i tym, co go interesuje, jest zrealizowanie celu w określonym czasie. Nie widzi więc żuczków ani mrówek. Ewentualnie widzi komary, kleszcze i pszczoły, ale to już z zupełnie innych powodów” – zauważa psycholog Małgorzata Jankowska. Skupienie na działaniu, a nie na samym celu, zapewni nam większą elastyczność i spokój, a przez to większą skuteczność przy mniejszych kosztach. Dziecko, którego uwagę przyciągnęła mrówka, zrealizowało cel – zrelaksowało się na świeżym powietrzu, poznało coś nowego, odpoczęło. Dorosły, zestresowany koniecznością dotarcia do placu zabaw i poganiający dziecko, działał wbrew potrzebom, które chciał zaspokoić.

Aby być w pełni obecnym, tak jak dzieci, musimy nauczyć się znacznie więcej niż tylko oczyszczania umysłu z myśli. Powinniśmy także przestawić się z dorosłego oceniania na dziecięce odczuwanie. „Jako dorośli nauczeni jesteśmy klasyfikować wszystko, co nas otacza na: ładne-brzydkie, dobre-złe, potrzebne-niepotrzebne, czyli z punktu widzenia atrakcyjności i użyteczności rzeczy, zjawisk oraz niestety ludzi. Dzieci spontanicznie reagują na to, co je otacza; czują, czego chcą, a czego nie; co jest interesujące, a co nudne; co pociąga, a co budzi opór” – wyjaśnia Małgorzata Jankowska.

Czego Jaś się nauczył 

Dzieci nie znają pojęcia fitness, jest tylko dobra zabawa, która wszechstronnie rozwija ciało by w pełni doświadczać tego, co się dzieje, potrzebujemy dobrego kontaktu ze swoim ciałem, przez które przychodzą do nas informacje o  naszych uczuciach. Niestety, w procesie  wychowania ten kontakt stopniowo tracimy. Różnicę w stopniu świadomości swojego ciała widać wyraźnie m.in. na przykładzie pragnienia. Tylko dzieci regularnie przybiegają, sapiące i zdyszane, z okrzykiem: „Mama, pić!”. Dorośli, choć powinni pić dwa litry płynów dziennie, często zadowalają się poranną filiżanką kawy, colą do obiadu i wieczornym winem czy piwem. Nie czują, że ich organizm się odwadnia, a nagły popołudniowy spadek energii tłumaczą przemęczeniem; inni podejrzewają u siebie cukrzycę. Sygnały płynące z ciała zagłuszamy, dostosowując się do wymagań otoczenia: „nie pij teraz, bo będzie sz biegał do łazienki”, „zjedz wszystko, co jest na talerzu” (choć dawno się najedliśmy), „nie wierć się na tym krześle” (choć ciało zaczyna drętwieć).

Odzyskiwaniu kontaktu z własnym ciałem i naturalnej harmonii ruchu są poświęcone techniki pracy z ciałem,  m.in. technika Alexandra i metoda Feldenkraisa. To zajęcia ruchowe, podczas których ćwiczący pod okiem nauczyciela zauważa zbędne napięcia w ciele towarzyszące poszczególnym czynnościom (wstawaniu, obracaniu głowy, siedzeniu itp.). Następnie wraz z nauczycielem odnajduje bardziej swobodny, lekki, harmonijny sposób wykonania danego ruchu i wprowadza go do swoich nawyków. „Jeden z moich nauczycieli powiedział, że metoda Feldenkraisa pozwala nam powrócić do takiego sposobu poruszania się, jaki mieliśmy, zanim nauczyliśmy się wzorca nieruchomości, sztywności. Dziecko, w przeciwieństwie do dorosłych, nie zrobi sobie krzywdy ruchem. Jeżeli poczuje w ciele opór, ból, to nie będzie tego ruchu kontynuować. Po prostu nie ma jeszcze głupiego pomysłu, żeby zrobić coś, co mu może zaszkodzić. Natomiast dorośli mają mnóstwo motywacji, które mogą spowodować, że ruchem zrobimy sobie krzywdę” – mówi Jacek Paszkowski, nauczyciel metody Feldenkraisa.

 

Najbardziej oczywiste zyski z powrotu do naturalnego, swobodnego poruszania się to optymalne, zgodne z własną anatomią wykorzystywanie właściwości swojego ciała i umiejętność wykonania ruchu zgodnego z intencją. Feldenkrais powtarzał, że jeśli wiesz, co robisz, możesz robić to, co chcesz. Jeśli chodzi o inne efekty, to są one indywidualne. Niektórzy uczniowie zauważają, że stali się bardziej odważni, inni bardziej spontaniczni, jeszcze inni cieszą się, że udało im się podjąć decyzję, z którą zwlekali wiele lat” – dodaje Jacek Paszkowski.

Obserwując dzieci, możemy też przypomnieć sobie, że dbanie o zdrowie, dobrą sylwetkę i kondycję to niekoniecznie monotonne ćwiczenia w siłowni. Dzieci nie znają pojęcia fitness, jest tylko dobra zabawa, która wszechstronnie rozwija ciało – wspinanie na drzewa wzmacnia mięśnie, zabawa w berka jest doskonałym treningiem aerobowym, a wdrapywanie się na kredens poprawia koordynację i rozciąga mięśnie. Wdrapywanie się na kredens możemy sobie darować, ale dlaczego winda w biurowcu, z lustrami i drążkiem, nie mogłaby się stać na chwilę salą do baletu? Do zwykłego treningu możemy dodać znane dzieciom elementy, które zwiększą radość z ćwiczeń: obudźmy w sobie ducha rywalizacji, bijmy własne rekordy, zrezygnujmy z nastawienia na efekt. 

W dziecku wyraźna jest ciekawość tego, co je otacza, mechanizm, który każe mu milion osiem razy w ciągu dnia pytać: a co to?, a po co? A kiedy tylko jest w stanie samodzielnie działać, to wszędzie wlezie, wszystkiego spróbuje. Dziecko nie stawia sobie ambicjonalnych wyzwań: muszę to zobaczyć, muszę tam wejść. To jest dla niego równie naturalne jak oddychanie. Skoro coś jest, to naturalną rzeczą jest konieczność zbadania tego, dotknięcia, zobaczenia, ugryzienia” – zauważa dr Aleksandra Piotrowska z Pracowni Psychologii Edukacyjnej Uniwersytetu Warszawskiego.

Mały książę kontratakuje

Zamiast ciągle pytać: „Po Co?” warto zadawać sobie dziecięce pytanie: „a Dlaczego nie?” Dzieci są niezwykle pracowite. „Martwisz się, że spędza wczesne lata, nic nie robiąc. Co? Czy bycie szczęśliwym jest niczym? Niczym jest skakanie, zabawa i bieganie dookoła przez cały dzień? Już nigdy w życiu nie będzie tak zajęty” – pisał Jean  Jacques Rousseau w poemacie dydaktycznym „Emil, czyli o wychowaniu”. Co prawda dzieci z pracowitością nie przesadzają – nie znoszą prac domowych, jasne jest dla nich, że przynoszenie pracy do domu to głupi pomysł. W ogóle ich hierarchia wartości, a przede wszystkim postępowanie zgodne z nią powinny nam imponować. „Nastolatki mają czas, żeby się spotkać ze znajomymi, pójść do kina, wyspać się, zadbać o siebie, kupić sobie nową płytę czy bluzkę. Tymczasem dorośli od rana do nocy pracują, potem robią obiad, sprzątają, zajmują się dziećmi, rodzicami, a potem padają na nos i się nie lubią. Od dzieci można się więc uczyć, że trwamy dzisiaj i jutro, warto więc przestać tak strasznie zabiegać o odległą przyszłość” – mówi Monika Rościszewska-Woźniak, psycholog z Fundacji Rozwoju Dzieci im. J. A. Komenskiego. Lepiej niż wielu dorosłych dzieci radzą też sobie z pieniędzmi. Aby kupić nową zabawkę, muszą najpierw odłożyć z tygodniówki odpowiednią kwotę. Dorośli biorą kolejne kredyty, a potem obrażają się na banki za swoje kłopoty finansowe.

Nawet szefowie korporacji dostrzegają potencjał w obserwowaniu dzieci i uczeniu się od nich. Vineet Nayar, dyrektor generalny HCL Technologies, autor książki „Employees First, Customer Second” (Najpierw pracownicy, potem klienci) wylicza: „Dorośli zapominają o wyobraźni, nieodłącznej cesze dziecięcych zabaw, niezbędnej także w biznesie. Pytanie: po co? zadają za często. Zamiast niego powinniśmy zadawać sobie dziecięce pytanie: a dlaczego nie? Nayar przywołuje także przykład reakcji na deszcz. Gdy złapie on dorosłych, ci natychmiast szukają schronienia i rezygnują ze swoich planów. Dzieci nie znają irracjonalnego lęku przed lejącą się z nieba wodą i są bardziej elastyczne – gdy zaczyna padać, rozpromieniają się i wymyślają nowe zabawy, choćby łapanie spadających kropli na dłoń czy język. „Zmagając się z obecną burzą w gospodarce, my, liderzy, powinniśmy wyciągnąć lekcję z dziecięcego stosunku do deszczu” – radzi Vineet Nayar. „Kiedy już zmokniesz, przestajesz się bać zmoknięcia i możesz zacząć się cieszyć deszczem. Kiedy zniknie strach, wracaj do pracy z prawdziwym zapałem. Jeżeli struchlejesz pod dachem, nie ma możliwości, żebyś dokądkolwiek doszedł” – przypomina Nayar.

Pochwała niewiedzy

Umysł nie jest naczyniem, które należy napełnić, lecz ogniem, który trzeba rozniecić. Dzieci nigdy nie przestają się uczyć. Nie zrażają ich wielokrotne porażki. Choć trudno przywołać tak odległe wspomnienia, spróbujmy sobie przypomnieć, jak ciężko było zawiązać sznurówki tak, aby nie rozwiązały się po chwili, jak magiczną czynnością wydawało nam się łączenie abstrakcyjnych znaków w książce w słowa i zdania. A teraz pomyślmy, jak szybko zniechęcamy się do nauki języka, tańca, wspinaczki. A wystarczy negatywny dialog wewnętrzny i zniechęcenie zastąpić dziecięcą fascynacją i ciekawością. „Jeśli naturalna wczesnodziecięca ciekawość świata nie zostanie zniszczona, ma szansę przerodzić się w pasję. Nie zawsze musi to być kontynuowanie tych samych zainteresowań – może to być poszukiwanie tego, co rzeczywiście ciekawi i pociąga, czyli elastyczność i otwartość na nowe doświadczenia. My, dorośli, jesteśmy zwykle usztywnieni także w tym zakresie. Nazywamy to konsekwencją. Niestety niejednokrotnie tego rodzaju konsekwencja nie pozwala korzystać nam z bogactwa życia i możliwości, jakie drzemią w nas samych i wokół nas. Jako dorośli moglibyśmy wiele zyskać, obserwując dziecięce coraz to nowe fascynacje i poddawać się własnym, pamiętając, że – jak pisał Plutarch – umysł nie jest naczyniem, które należy napełnić, lecz ogniem, który trzeba rozniecić” – zachęca Małgorzata Jankowska.

 

Nayar dodaje, że najważniejsze cechy dobrego przywódcy to cechy dzieci: prawdomówność, dostrzeganie tego, czego nie widać gołym okiem, szybkie uczenie się, sprawne zarządzanie ryzykiem. Dzieci są prawdomówne bezkompromisowo. Jak dobrze wiedzą rodzice, rzadko przeinaczają cytaty. Zwykle słowo w słowo powtarzają w towarzystwie to, czego rodzice nie powinni byli przy dzieciach mówić. „Chociaż to, co mówią dzieci, bywa zawstydzające lub szokujące dla ich rodziców, to nie ma wątpliwości, że dzieci szczerze mówią, co myślą. Dorośli stosują uniki, owijają w bawełnę tylko po to, by odwlec to, co nieuniknione” – utyskuje Nayar.

O tym, że dzieci lepiej niż dorośli zapamiętują wydarzenia, mają mniejsze tendencje do tworzenia fałszywych wspomnień, a więc są bardziej wiarygodnymi świadkami niż dorośli, przekonują badania. Charles Brainerd i Valerie Reyna z Cornell University, autorzy książki „The Science of  False Memory” (Nauka o fałszywych wspomnieniach), pokazywali grupie dzieci i grupie młodych dorosłych słowa nacechowane emocjonalnie (na przykład: „ból”, „płacz”, „uraza” itd.). Wśród wyrazów nie było słów, które się z nimi kojarzyły (na przykład „rana”). Potem ochotnicy z obu grup eksperymentalnych byli poproszeni o odtworzenie z pamięci jak największej liczby pokazywanych im słów. Dorośli znacznie częściej niż dzieci „pamiętali” także te słowa, których im nie pokazywano, ale które wiązały się z przedstawionym ciągiem. Naukowcy tłumaczą, że paradoksalnie dzieje się tak dlatego, że dzieci mają mniejszą wiedzę o świecie, a więc tworzą mniej skojarzeń.

Bez przesądów

Dzieci są ciekawskie i są ryzykantami. Mają mnóstwo odwagi. Wbrew pozorom dzieci nie mają także większych niż dorośli skłonności do myślenia magicznego. Co prawda lubią bajki, a wiele ich zabaw wykorzystuje wyobraźnię, ale zdają sobie sprawę z  tego, które elementy zabawy są na niby. Bardziej niepokojące, bo mniej racjonalne i mniej uświadomione, mogą być skłonności dorosłych do myślenia magicznego – twierdzi  Jacqueline D. Woolley z University of Texas, autorka pracy „Thinking about fantasy: are children fundamentally different thinkers and believers from adults?”. Woolley zauważa, że tylko dorosłym przyjdzie do głowy, by pluć na ulicy dlatego, iż drogę przebiegł im kot. Dzieci raczej pogłaszczą kota.

Z punktu widzenia dorosłych dzieciom brakuje ostrożności i wyobraźni, zachowują się nierozważnie i dlatego trzeba je nieustannie pilnować. Ale przecież większość z nas pamięta jakąś swoją przygodę, zabawę, zachowanie z dzieciństwa, o których dzisiaj myśli, że były nierozsądne. A jednak udało nam się wyjść z nich bez szwanku. Zamiast ciągle drżeć o dzieci i skupiać na ryzyku związanym z zabawą, warto czasem zaufać, rozluźnić się, poczuć bezpiecznie i skupić na samej zabawie. „Dzieci są ciekawskie i są ryzykantami. Mają mnóstwo odwagi. Mierzą się z wielkim i niebezpiecznym światem. Dzieci mają pierwotne zaufanie do życia i procesów życia” – pisze John Bradshaw w książce „Homecoming – Reclaiming & Championing Your Inner Child”. W dodatku badania Valerie F. Reyny wykazały, że nastolatki lepiej niż dorośli zdają sobie sprawę ze skutków ryzykownych zachowań (na przykład nadużywania alkoholu czy seksu bez zabezpieczenia). Przeprowadzone ankiety wykazały, że to dorośli nie doceniają ryzyka zarażenia się wirusem HIV, chorobą weneryczną lub zajścia w niechcianą ciążę.

Inny przejaw większego rozsądku dzieci niż dorosłych to stosunek do reklamy. Psycholog Adrian Furnham z University College London udowodnił, że już trzyletnie maluchy odróżniają reklamę od informacji. Aż 75 proc. siedmioletnich Polaków wie, że reklama może wprowadzać w błąd  – wykazały badania Kidspeak przeprowadzone przez  SMG/KRC. Wśród dorosłych tylko 25 proc. badanych uznaje reklamę za manipulację.

Śmiech w genach 

Zarówno w pracy, jak  i w życiu prywatnym przyda się dorosłym dziecięcy rozmach w marzeniach i planach. Amerykańska artystka kabaretowa Paula Poundstone żartuje, że dorośli pytają dzieci, kim chcą zostać, kiedy dorosną, bo sami szukają pomysłu. I choć z punktu widzenia dorosłego trudno być jednocześnie żołnierzem, aktorem i mieć sklep z zabawkami, to coś jest na rzeczy. Dlaczego rezygnować z dążenia do zrealizowania marzenia o podróży na egzotyczną wyspę, satysfakcjonującym, pełnym miłości związku czy zaśpiewaniu na wielkiej scenie? Przy okazji warto zadać sobie pytanie, które z naszych lęków i przekonań nas chronią i wspierają, a które blokują.

Dzieci nie ograniczają także wiary w siebie i własne umiejętności. Wystarczy zapytać grupę pięciolatków, kto umie rysować, tańczyć, śpiewać, a las rąk wystrzeli w górę. Tymczasem znalezienie dorosłego, który z radością (na trzeźwo) zatańczy przed grupą współpracowników, graniczy z cudem. 

 

Małej dziewczynce w maminych butach beztrosko wyginającej się przed lustrem w rytm muzyki nie przyjdzie do głowy zastanawiać się, co pomyślą o niej inni. Jest skupiona na sobie, na zabawie, na doświadczaniu swojego ciała, poznawaniu jego możliwości i cieszenia się nimi. Na taką zabawę większości dorosłych nie stać nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy. A dzieci zdają się mieć w genach wiedzę o tym, że śmianie się całym sobą na całe gardło obniża ciśnienie krwi, spala kalorie, gimnastykuje mięśnie, dotlenia organizm, zwiększając poziom energii i opóźniając starzenie.

Dzieci lubią także swoje ciało – badają je, przyglądają mu się, dotykają swoich palców, brzucha, ale z taką samą naturalnością poznają swoje strefy intymne, lubią być nago. Dopiero kiedy od dorosłych dowiedzą się, których części ciała nie należy, nie wypada, nie wolno dotykać, niczym biblijni pierwsi ludzie zaczynają czuć zawstydzenie. Niezdrowe podniecenie, zgorszenie, niechęć do swojego ciała to cechy typowe dla dorosłych. Aby ponownie poczuć się dobrze z sobą, także w wymiarze erotycznym, warto wrócić do pierwszych dziecięcych doświadczeń z ciałem i przypomnieć sobie, jak to było, z jaką naturalnością i zainteresowaniem doświadczaliśmy siebie, zanim ktoś z dorosłych nas zawstydził. I spróbować wrócić do dziecięcego spojrzenia na swoje ciało – w równym stopniu i z równą naturalnością akceptować stopę, łokcie, pupę.

Granice cierpliwości

Być może najcenniejszą lekcją, jakiej udzielają nam dzieci, jest stosunek do drugiego człowieka – bezinteresowny i  pełen ufności. Warto zaobserwować zachowanie dorosłych i dzieci na przykład w  windzie. Dorośli korzystający na co dzień z wind do perfekcji opanowali sztukę niedostrzegania innych, nawet stojąc twarzą w twarz z drugą osobą, całą drogę z parteru na szóste piętro unikają jej spojrzenia. Tymczasem dzieci wpatrują się w towarzyszy tej krótkiej przejażdżki bez skrępowania, a jeśli pozostają niedostrzeżone, pociągną za płaszcz czy spódnicę. Dzieciom nie przyjdzie do głowy udawanie, że innych nie ma, nawet tę krótką chwilę w windzie chętnie wykorzystają do zawarcia nowej znajomości. Zupełnie bez znaczenia jest dla nich, czy jesteś multimilionerem, prezydentem mocarstwa czy emerytką – jeśli poczują się przy tobie dobrze, możesz liczyć na ich bezgraniczne oddanie. 

Pierwsze przyjaźnie są bezinteresowne, dzieci bardzo się w nie angażują i są wobec siebie bardzo lojalne. „Nastolatki, w przeciwieństwie do wielu dorosłych, mają ogromną wiedzę o swoich znajomych, choćby dzięki portalom społecznościowym. Mają czas na rozmowy i spotkania z nimi, negocjują swoje potrzeby i  prawa” – zauważa Monika Rościszewska-Woźniak. „Dzieci interesują się innym człowiekiem dla niego samego – raczej odbierają go (jako przyjaznego bądź zagrażającego), niż oceniają (jako odpowiedniego bądź nie). Szukają czyjejś obecności, bo krótko mówiąc, lubią innych ludzi. A jeśli ich nie lubią, to lepiej lub gorzej, ale jednak wiedzą dlaczego. Zdarza się, że dorośli lubią dorosłych, z którymi przestają. Nie jest to jednak regułą. Tymczasem dobre bliskie relacje są dla naszego dobrostanu psychicznego nie mniej ważne niż zabezpieczenie finansowe. Szalenie istotne jest więc, by pielęgnować znajomości i przyjaźnie prawdziwe, głębokie i bezinteresowne” – podkreśla Małgorzata Jankowska.

Ucząc się od dzieci, trzeba pamiętać, aby nie wpaść w pułapkę zamiany ról – dziecko potrzebuje dorosłego, aby się czuć bezpiecznie, uczyć się od niego, mieć wsparcie w kimś, kto wskaże drogę. Nie chodzi o to, abyśmy zrezygnowali z odpowiedzialności, spontanicznie szli na żywioł, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Rozwój, który przeżywamy, dojrzewając, ma ważny cel: jako dorośli jesteśmy w stanie regulować swoje odpowiedzi emocjonalne, reagować adekwatnie do sytuacji (a nie jak dziecko rzucać się z płaczem na podłogę, kiedy nie dostajemy tego, czego chcemy), uczymy sie norm społecznych, dzięki którym mamy dobre relacje z innymi (choćby gratulując koleżance awansu, na który sami mieliśmy ochotę). „Absolutnie nie postulowałabym, żebyśmy zamiast naszego dorosłego sposobu poznawania, działania, przeżywania, przejęli dziecięcy. Wartością dodaną przebywania z dzieckiem jest przekonywanie się, że można inaczej. Że można w tej samej sytuacji przeżywać co innego. Że można w tej samej sytuacji zwrócić uwagę na coś zupełnie innego, niż my zwracamy” – mówi Aleksandra Piotrowska.

Od dzieci można się wiele nauczyć. Na przykład gdzie są granice twojej cierpliwości” – dowcipkował amerykański reporter Franklin P. Jones. Dzieci mają nam jednak do zaoferowania znacznie więcej, jeśli tylko zdecydujemy się potraktować je z szacunkiem i uwagą. A kiedy jak Franklin Jones poczujemy, że zaczynamy tracić nerwy, przypomnijmy sobie refleksję Carla Junga: „Jeżeli chcemy coś zmienić w dziecku, powinniśmy najpierw się temu przyjrzeć i zastanowić, czy nie jest to coś, co powinniśmy raczej zmienić w sobie”.