Od dramatycznej akcji w Magdalence minęło ponad siedem lat, ale echa tamtej nocy wciąż wracają. Czy można było ująć bandytów żywcem i uniknąć śmierci dwóch komandosów? Sensacyjne szczegóły tej bitwy ujawnia Jakub Stachowiak.


W nocy z 5 na 6 marca roku 2003 w podwarszawskiej Magdalence policyjni antyterroryści i funkcjonariusze wydziału do walki z terrorem kryminalnym próbowali zatrzymać dwóch groźnych bandytów – Igora Pikusa i Roberta Cieślaka, podejrzewanych między innymi o udział w zabójstwie policjanta. Warszawski półświatek wiedział (i wiedzieli to też policjanci), że obaj nie poddadzą się – są doskonale uzbrojeni i gotowi na wszystko. Również policjanci byli przygotowani na wszystko. Nikt jednak nie przypuszczał, co stanie się w zaniedbanym domu przy ul. Krańcowej.


Nocna akcja


O całkowitym zaskoczeniu nie mogło być mowy – w okolicy rozszczekały się psy. Jeden z radiowozów zamknął wjazd od ulicy Krańcowej, drugi od Piaskowej. Trzy land rovery antyterrorystów, wyposażone we wzmocnione zderzaki, podjechały pod dom. Pierwszy dotarł od Krańcowej, drugi zajął pozycję przy Środkowej, obok bramy. Trzecia terenówka staranowała bramę.


Była godzina 0.43


Komandosi z pierwszego land rovera, tego z ul. Krańcowej, wbiegli na niewielki podest przy drzwiach. Ci z auta, które rozwaliło bramę, powinni ustawić się pod drzwiami od ul. Środkowej, których – wbrew pokazanemu im rysunkowi – nie było. Podeszli zatem do kolegów stojących przy wejściu od ul. Krańcowej.


Jeden z antyterrorystów usłyszał czyjeś kroki na schodach wewnątrz domu. Po chwili eksplodowała bomba schowana w kwietniku przy drzwiach. Rozpoczęła się najkrwawsza bitwa w dziejach polskiej policji.


Wspomina uczestnik akcji: „Rozpętało się piekło. Koledzy leżeli ranni, wszyscy krzyczeli. Dostałem odłamkiem w nogę, odczołgałem się kawałek i strzelałem do okna. Ale nikogo nie było widać, bo bandyci tylko wychylali rękę z okna i siali pociskami”. Najciężej ranny został Marian Szczucki. Odłamek zranił go w głowę tuż pod hełmem. W sumie rannych było 18 komandosów. Krzyki „Policja!” nie robiły na Pikusie i Cieślaku żadnego wrażenia.


Rannego Dariusza Marciniaka za samochód odciągnął inny antyterrorysta. Na filmie nagrywanym z sąsiedniej posesji widać, jak w pewnym momencie obok policjanta wybucha granat. Odłamki wyrywają Marciniakowi niemal połowę uda. Dopiero po kilkunastu minutach policjanta udaje się przetransportować do stojącej kilkaset metrów dalej karetki. Niestety, pomoc lekarzy nic nie daje. Ranny umiera.


Pogotowie na miejsce zostaje wezwane o godz. 0.50, przyjeżdża po 10 minutach, w ciągu kolejnych minut dojeżdża jeszcze pięć ambulansów. Ostrzał jest jednak tak silny, że medycy nie podchodzą do domu. Kanonada nie ustaje. Ciężko ranni zostawiają swoją amunicję kolegom, którzy ostrzeliwują dom. Bandyci co chwila zmieniają pozycję i strzelają z kolejnych okien. Na policjantów spadają granaty i ręcznie wykonane bomby. Grażyna Biskupska i Jan P. jadą do Magdalenki; z Piaseczna przybywa czterech policjantów z kamizelkami kuloodpornymi i kałasznikowami, sprzęt trafia do antyterrorystów. Z komendy po kilkunastu minutach dociera kolejny zapas amunicji. Ogłoszony zostaje alarm w oddziałach prewencji, których koszary mieszczą się także w Piasecznie. Zapada decyzja o wysłaniu do Magdalenki wozu opancerzonego (ostatecznie BTR dojeżdża na pole walki dopiero po godz. 2.30, ale nie zostaje użyty). W tym czasie Kuba Jałoszyński, szef wydziału bojowego CBŚ, ściąga posiłki antyterrorystów z dodatkową amunicją i granatami.


Pod domem nadal trwa wymiana ognia. Mówi antyterrorysta: „Mieliśmy i tak sporo szczęścia, bo mogliśmy wejść do środka, a dopiero potem Pikus mógł odpalić bomby i obrzucać nas granatami. Ja się ostrzeliwałem 40 minut, zanim mnie ewakuowano. Ci dwaj co chwila coś do nas krzyczeli, albo że się poddają, a potem nadal strzelali. Kiedy dostaliśmy granaty i zaatakowaliśmy nimi, wewnątrz słychać było detonację. Potem ogień wreszcie trochę ustał”.


Dom na Środkowej


Pierwszy zginął (lub został ciężko ranny) Cieślak. Plotka głosi, że przed śmiercią zadzwonił do narzeczonej, żeby się pożegnać. Policjanci pamiętają, że przez okna po rosyjsku krzyczał Pikus. Po godzinie 3 poddaszem wstrząsnęła eksplozja, a potem dom zaczął się palić. Strażacy bali się podejść, więc początkowo gaszeniem zajął się jeden z antyterrorystów.


Dopiero po godz. 6, osłaniany przez kolegów, na teren domu wszedł pirotechnik. Znalazł jeszcze inne niezdetonowane pułapki pirotechniczne. Na poddaszu w zgliszczach znaleziono dwa ciała – nie było wówczas pewne, czy obaj bandyci zginęli od ran postrzałowych, wybuchu granatu czy zaczadzenia. Pikus miał wysadzić się granatem, a w ręku trzymać pocisk – w taki sposób rosyjscy komandosi manifestują, że nie zostali przez wroga wzięci żywcem.


„Mieli obaj maski przeciwgazowe, na strychu było po kolana popiołu, trudno było ich znaleźć i rozpoznać” – wspomina dziś uczestnik tamtej akcji.


Na poddaszu znaleziono 28 jednostek broni, w tym kałasznikowy z rozbudowanymi magazynkami, pistolety maszynowe skorpion i uzi, pistolety, a nawet sztucer i wojskowy karabin glauberyt. Broń rozmieszczona była na stolikach pod każdym z okien, dlatego bandyci mogli strzelać niemal bez przerwy, zmieniając tylko magazynki.


Kto winien ofiar


Kilka dni po akcji w szpitalu zmarł Szczucki. To czwarta ofiara nocnej akcji w Magdalence.


W KGP powołano komisję mającą zbadać przygotowanie i przebieg operacji. Śledztwo wszczęła prokuratura w Ostrołęce. Odezwali się także politycy, krytykujący działania policji – ale także wyszkolenie i wyposażenie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ówczesny szef MSWiA Krzysztof Janik wyasygnował dla antyterrorystów pieniądze na zakupy. Bodaj pierwszy raz w historii poproszono policjantów o konsultacje przy zamówieniach. Efektem była nowa broń – pistolety maszynowe H&K, nowe kamizelki i hełmy, nowe opancerzone samochody. Policyjna komisja po kilkunastu zaledwie dniach pracy wydała raport. Był tajny. Winą obarczał Biskupską, jej zastępcę, a także Jana P. i Jałoszyńskiego. Według autorów, dowodzący akcją nie przygotowali jej w sposób prawidłowy. Nie było np. informacji o rozmieszczeniu na terenie posesji urządzeń wybuchowych. Dowódcy nie mieli także „wariantu zapasowego” na wypadek niepomyślnego rozwoju sytuacji, a szturmującym antyterrorystom zabrakło amunicji. W raporcie napisano zarazem, że te uchybienia nie były bezpośrednią przyczyną śmierci i ran odniesionych przez policjantów.


Cała trójka dowódców po trwającym dwa lata śledztwie została jednak oskarżona. Wszczęto wobec nich także postępowanie dyscyplinarne. Prokuratura w akcie oskarżenia zarzuciła im niedopełnienie obowiązków, narażenie na utratę życia policjantów i złe przygotowanie policyjnej akcji. Kodeks karny przewiduje za to nawet 8 lat więzienia.


Oskarżeni jeszcze przed procesem nie kryli rozgoryczenia. Jałoszyński: „Liczyłem na to, że prokuratura wykaże się obiektywizmem. Zarzuca się nam, że doprowadziliśmy do śmierci policjantów. A to byli moi przyjaciele! Nikt z nas nie mógł przecież przewidzieć, że w kwietniku będzie ukryta bomba. Gdyby tak było, nie ginęliby ludzie w Iraku czy Izraelu. Nie jestem winny, nikt nie jest winny z wyjątkiem Pikusa i Cieślaka”.


Proces okazał się kompromitacją prokuratury. Gen. Sławomir Petelicki, twórca jednostki GROM, razem z kilkoma ekspertami sporządził własną ekspertyzę akcji, oczyszczającą z zarzutów policyjnych dowódców. „Na podstawie posiadanych materiałów stwierdziliśmy, że nie było przypadków działania głupiego czy bezmyślnego. Staraliśmy się oceniać te działania nie jak ludzie »siedzący na fotelach i czepiający się«, ale wiedzący, czym dysponują policjanci, jakie mają wyposażenie; świadomi tego, że nikt nie mógł przewidzieć pułapki” – powiedział generał. W czasie procesu sąd badał, czy w akcji mogli wziąć udział strzelcy wyborowi. Jednostka antyterrorystyczna na akcję w Magdalence broni snajperskiej nie zabrała. Przeważyło wówczas przekonanie, że w takim otoczeniu i z tak bliskiej odległości snajper nie mógłby strzelać. Poza tym zabraniało tego prawo – policjant strzelający do człowieka musiał (według ówczesnych przepisów) ostrzec najpierw tego, do którego mierzył, o ewentualnym użyciu broni.


Wyrok był bezprecedensowy. W czerwcu 2006 r. Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił całą trójkę. „Sąd wyraża współczucie rodzinom zabitych i poszkodowanym, ale jednocześnie wyraża żal, że w szeregach policji nie ma już Jana P., Kuby Jałoszyńskiego i Grażyny Biskupskiej, o których na tej sali powiedziano, że są jednymi z najlepszych policjantów w kraju” – mówił sędzia Andrzej Krasnodębski. Podkreślił, że akcja była precedensowa i – wbrew zarzutom – przygotowano ją optymalnie, przewidując wiele wariantów. Na sali nie było prokuratora. Mimo to oskarżyciele z Ostrołęki odwołali się od wyroku, a w czerwcu 2007 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie przychylił się do ich wniosku, uznając, że w czasie pierwszego procesu sąd I instancji „nie przeanalizował dowodów w pełni i starannie”.


Sześć lat od wydarzeń w Magdalence ruszył nowy proces. Prokurator domagał się dla Biskupskiej, Jałoszyńskiego i Jana P. dwóch lat więzienia w zawieszeniu na pięć lat.


Porażka prokuratury


Ale i drugi wyrok okazał się dla prokuratury porażką. „Sąd nie dopatrzył się związku przyczynowego tragedii z działaniami lub zaniechaniami podsądnych, bo taki przebieg akcji był nie do przewidzenia” – uzasadniała werdykt sędzia Beata Najjar. Oberwało się za to biegłym, których sąd uznał za nieobiektywnych, a to na podstawie ich ekspertyz oparty został akt oskarżenia. „Żaden z zarzutów nie został należycie uzasadniony” – mówiła sędzia Najjar.


Kuba Jałoszyński po wyroku przyznał, że proces był dla niego ogromną traumą. „Gdyby świat miał metody na wykrywanie min pułapek, to nie ginęliby ludzie” – skomentował.


Akcja w Magdalence kosztowała życie czterech ludzi – dwóch bandytów i dwóch policjantów. Jeden z rannych antyterrorystów po rekonwalescencji nie wrócił już do służby. Jan P. i Kuba Jałoszyński odeszli z policji, Biskupska pracuje w Centralnym Biurze Śledczym.


Jerzy Brodowski „Jurij”, za napad na policjantów w Parolach i kradzież tira, został skazany na 15 lat. Uniewinniono go od zarzutu zabójstwa sierżanta Mirosława Żaka.


Dom w Magdalence po kilku latach został zburzony.


autor: Jakub Stachowiak - dziennikarz policyjny, pisał m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „dzienniku” i „Polityce”. Obecnie jest dziennikarzem magazynu śledczego „Superwizjer” w telewizji TVN.