„Życie jest średnie

Ani dobre, ani złe

Wspinasz się w górę

Żeby znaleźć się na dnie”

Maciej Zembaty

Dostałam kiedyś nagrodę literacką. Była to nagroda za debiut poetycki; przyznało mi ją moje ukochane wydawnictwo, które wcześniej drukowało też moje wiersze, co już samo w sobie było surrealistyczne, bo wcześniej wydawali Miłoszów, Herbertów, Brodskich etc. Laudację wygłosiła jedna z moich ulubionych poetek. Czy miałaś kiedyś wrażenie, że jesteś we własnym śnie? Ja tak właśnie się czułam, słuchając, jak ktoś sławny czyta słowa, które napisałam, a potem stoję przed tymi, których słów sama uczyłam się na pamięć, i oni mi klaszczą. To był sen – ten moment, o którym ludzie mówią: „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Kiedy obudziłam się następnego dnia, poczułam, że moje życie nie ma sensu, i pozostałam w tym dole na długie i mroczne dni.

Moment, kiedy spełnia się marzenie – wpadasz na metę maratonu, odbierasz statuetkę, zatykasz flagę na szczycie, robisz sobie selfie na tle tych piramid, co to sobie przez długie miesiące spędzone na openspejsie obiecałeś, że tam pojedziesz. Ekran telefonu, na którym wyświetla się jej numer – wreszcie! Ta środa, ten czwartek, na który czekałaś. A potem to, na co nie jesteśmy gotowi – czwartek po tej środzie, piątek po tym czwartku. Nie wiem, czy w to wierzyć, ale czytałam, że połowa ludzi, którzy wygrali na loterii duże sumy, ostatecznie popełnia samobójstwo.

Nazwałam to sobie fazą wypukłą i fazą wklęsłą. Faza wypukła to właśnie te nagrody, maratony, randki, flagi zatknięte na szczytach, ale też momenty natchnienia, ekstazy dosłownej i przenośnej. Wydreptane, wymęczone, wymarzone, wypocone na treningach albo całkiem za darmochę, z nieba jakby na nas zesłane.

Nie mówię, że zawsze, nie mówię, że każdemu, a jednak często po fazie wypukłej przytrafia się  faza wklęsła – wprost proporcjonalna do fazy wypukłej. Im wyżej się wspiąłeś, tym niżej potem spadasz, dziwiąc się w locie, co się właściwie dzieje; przypominając sobie z rozżaleniem zdanie, którym kończyło się tyle bajek: „I  żyli długo i szczęśliwie”. Czyżby – znowu, cholera! – życie nie okazało się bajką? Taka ona się wydawała cudowna, w życiu nie przypuszczałem, że się okaże aż taką świnią! Tak się świetnie bawiłam, ale olaboga, jakiego mam dzisiaj kaca!

Właśnie o zależności między wzlotem a upadkiem, posługując się dla odmiany metaforą wahadła, pisał Adyashanti, nauczyciel duchowy, w zbiorze wykładów „Tańcząca Pustka”. On akurat obserwował tych, którzy starali się wspinać na szczyty duchowe, na wyprawach, w klasztorach i salach do medytacji poszukując tak zwanego oświecenia. Adyashanti pisze, że często istotą tych poszukiwań jest złudzenie, że można zacząć żyć na duchowym haju, w stanie ciągłego upojenia, wystarczy tylko odpowiednio długo medytować albo słuchać, na przykład jego nauk. Tymczasem okazuje się, że haj nie chce zostać z nami na zawsze, a po wzlocie nieuchronnie następuje upadek. „Kiedy przez dłuższy  czas doświadczasz tych wzlotów i upadków – pisze Adyashanti – zaczynasz rozumieć, że być może doświadczenia duchowe to po prostu wychylenie wahadła, po którym nastąpi »dół« (…) Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że nie da się utrzymać wahadła w tylko jednej pozycji, ponieważ jego naturą jest ruch tam i nazad. Nie da się przygwoździć wahadła w jednym tylko punkcie”.

Elizabeth Gilbert, autorka dobrej, chociaż na pewno nie wybitnej literacko, ale za to bestsellerowej książki „Jedz, módl się, kochaj” (zamienionej później na fatalny film z Julią Roberts), mówi w wykładzie na Ted.com o fazie wypukłej i wklęsłej w kontekście sukcesu literackiego, ale i samego doświadczenia natchnienia. Mówi o tańczących wieki temu na pustyniach północnej Afryki, którym zdarzało się wpadać w trans i poruszać w sposób tak natchniony, że widzący ich ludzie zaczynali skandować imię Boga. „Trudniejsza część przychodzi następnego ranka – mówi Gilbert – dla samego tancerza, kiedy budzi się i odkrywa, że jest wtorek, godzina 11 i nie jest już przebłyskiem Boga.

Jest tylko starzejącym się śmiertelnikiem ze zrujnowanymi kolanami i być może już nigdy nie wzniesie się na ten poziom. Być może już nigdy nikt nie będzie wzywał Boga podczas jego tańca – i co wtedy ma zrobić z resztą swojego życia?”. Gilbert ma na to niezłe rozwiązanie, które można by streścić tak: nie utożsamiaj się z wielkością swojego dzieła. To, że zawiało w twoją stronę geniuszem, nie znaczy, że ty sam nim jesteś. Mówi, żeby traktować to, że akurat na ciebie padło napisanie tej książki, namalowanie obrazu, jako pożyczkę albo przypadek. Będzie zdrowiej dla ciebie, jeśli nie uwierzysz, że jesteś centrum wszechświata. Jest jeszcze inny pomysł – być może warto w ogóle się nie wspinać? Nie marzyć, nie mierzyć, nie wierzyć, że się uda? Albo przynajmniej asekuracyjnie kontrolować wysokości, na które się wznosimy, żeby chronić się przed upadkiem? Leżeć i płytko oddychać?

Jakiegokolwiek by szukać rozwiązania, wychodzi na to, że życie jest, jak pisze cytowany obok Maciej Zembaty, średnie. I kiedy człowiek sobie zrobi, za przeproszeniem własnych więdnących już nieco uszu, bilans, z dużym prawdopodobieństwem tak właśnie się okaże. Netto. Matematycznie patrząc na sprawę, tę średnią można uzyskać na dwa sposoby – albo przez sumowanie i dzielenie na pół wysokich wzlotów i odpowiednio niskich upadków, a można też, o zgrozo, szukać swojego szczęścia w środku skali. To prawda – nie tak się umawialiśmy, czytając z wypiekami „Anię z Zielonego Wzgórza”, idąc na pierwszą randkę, kupując w kiosku swój pierwszy wydrukowany artykuł. Nie było wtedy mowy o żadnym środku skali, a jedynie o długo-i-szczęśliwie na wahadle na zawsze zatrzymanym w górze. Chodziło tylko o to, ile jeszcze trzeba czekać, żeby to się w końcu zaczęło.

Ale dzisiaj wiemy już trochę więcej. Co nie?