Proboszcz, ksiądz Józef Maj pyta, czy znam cmentarze służewskie. Znam jeden, niewielki. Leży na skarpie, na południowy zachód od kościoła. Proboszcz wyjaśnia, że parafia ma dwa cmentarze. Ten, który znam, nazywa się Stary. Drugi leży niżej, po drugiej stronie arterii, która biegnie pod skarpą i łączy Ursynów z ulicami Sobieskiego i Czerniakowską. Założono go, według księdza, podczas insurekcji kościuszkowskiej i grzebano na nim żołnierzy polskich i rosyjskich. Jest większy niż Stary, ale zapełniony i bez żadnych szans rozbudowy. Obstawiono go szczelnie blokami osiedla Służew nad Dolinką. Leży między nimi raczej jak skwer niż miejsce ostatniego spoczynku. Główna brama tego cmentarza znajduje się w murze przy ulicy Wałbrzyskiej.

Przekraczamy ruchliwą arterię pod skarpą. W bramie przy Wałbrzyskiej ksiądz daje mi cicho do zrozumienia, że nie ufa kobietom sprzedającym kwiaty. Dlatego powie mi wszystko dalej; w głębi cmentarza jest pusto.

Wskazuje wzrokiem różowy kamień przy dróżce. „Będzie takich więcej. Powiem pani potem”.

Oto relacja księdza Maja:

„Stoimy w miejscu, gdzie biegła dawna granica cmentarza. Zaznacza ją teraz ten pomnik. Cmentarz zajmuje obecnie 3,72 ha. Potwierdza to wypis z rejestru gruntów sporządzony w 1987 r. przez Urząd Dzielnicowy Warszawa-Mokotów. Ten dokument jest bardzo ważny, bo zawiera pierwszą urzędową informację o rzeczywistej powierzchni cmentarza. Wszystkie poprzednie dane urzędowe, a także mapy geodezyjne, pomijały fakt, że cmentarz po wojnie został powiększony o mniej więcej hektar.

Na południe od obecnej kwatery wojennej leżało pole Józefa Bokusa. W 1945 r. został wywłaszczony. Musiało to być późnym latem, bo gospodarzowi nie pozwolono na zebranie owsa, który wskutek tego przepadł na pniu. Wkrótce potem przyłączono pole do cmentarza, grodząc je metalową siatką rozpiętą na słupach. Część tych betonowych słupów zachowała się jeszcze, mimo że cały cmentarz otoczono niedawno nowym murem według projektu architekta Janusza Kazubińskiego, jednego z twórców osiedla Służew nad Dolinką.

Parafia nie miała nic wspólnego z powiększeniem cmentarza. Istniejący wystarczał wtedy na jej potrzeby. W tym samym czasie, kiedy zabrano pole Bokusa, do parafii przysłano nowego grabarza Franciszka Lesiaka. Miał prawdopodobnie szczególne zadania. Wkrótce zaczęły się nocne pochówki. Nie wiadomo dokładnie, kiedy odbył się pierwszy, ale prawdopodobnie już w 1945 r. Przyjeżdżali nocą, do wykopanego wcześniej dołu wrzucali zwłoki, polewali wapnem i zasypywali. Okoliczni ludzie widzieli to czasem, ale usuwali się szybko. Z początku nikt nie wiedział, kto, kogo i skąd przywozi. Potem zorientowano się, że to funkcjonariusze przywożą więźniów z Mokotowa. Zwłoki były nagie. Ziemię równano.

Podobno po jakimś czasie do gospodarzy mieszkających w pobliżu cmentarza zaczęły przychodzić rodziny więźniów, które prosiły o pomoc w wykopaniu zwłok i proponowały za nią pieniądze, a nawet złoto. Rolnicy bali się tego i brzydzili. Krążą jednak pogłoski, że doszło do paru ekshumacji i że odprawiono nocne egzekwie w kościele. Podczas jednego z potajemnych nabożeństw UB otoczyło kościół. Doszło do strzelaniny. Rozbito witraż nad głównym ołtarzem. Witraż ten przedstawiał św. Katarzynę; Lanci sprowadził go z Włoch. Współczesny wizerunek patronki kościoła, który znajduje się w oknie, zamówiono w latach pięćdziesiątych. Nosi wyraźne piętno socrealizmu. Nocne pochówki odbywały się latami. Nie wiadomo, ile ofiar pochowano na dawnym polu Bokusa. Ludzie jednak mówią o setkach, a nawet o tysiącach.

Przez lata legalny cmentarz parafialny sąsiadował z nielegalnym i niewidocznym grzebowiskiem więziennym. Stawał się jednak coraz ciaśniejszy. Wymagał rozbudowy. Po odwilży parafia postanowiła więc zrobić użytek z sąsiedniego terenu. Wytyczono alejki i Lesiak zaczął zagospodarowywać ten obszar nowymi grobami. Pomagał mu w tym drugi grabarz Józef Walczak. Kopali systematycznie na miejscach tajnych pochówków. Stopniowo zabudowano je całkowicie nowymi pomnikami. Legalny cmentarz nasunął się na potajemny.

Mimo to w nowej części cmentarza znajdowano różne znaki, na przykład kamienie ze słowami upamiętniającymi poległych. Leżały jednak krótko i znikały. Wtedy zaczęły się pojawiać zwykłe kamienie, bez napisów, ale duże i ciężkie. Te głazy też ktoś usuwał. W okresie Zaduszek przyczepiano do drzew kartki mówiące o ofiarach terroru. Wreszcie w rogu cmentarza, na jego najdalszym krańcu, postawiono wysoki drewniany krzyż, zupełnie samotny, nieoznaczający żadnego grobu. Ten krzyż pozostał. Nikt go nie ruszył. Byłoby to trudne, bo jest ciężki, osadzony w żelaznej tulei. Poza tym dobrze go schowano. Jest ukryty za drzewem, zupełnie niewidoczny od strony cmentarza. Od strony osiedla wystaje zza muru, ale stamtąd wygląda zwyczajnie, jak jeden z wielu krzyży na cmentarzu. Metr nad ziemią krzyż jest lekko poszerzony. W tym miejscu można, jak na tabliczce, napisać jakąś wiadomość. Nikt nie wie, kto ufundował ten krzyż, chociaż nie stoi on dłużej niż parę lat”.

Ksiądz oprowadził mnie po cmentarzu, pokazał krzyż i parę dużych kamieni polnych, które pozostawiono w spokoju. Na koniec zastanowił się, obejrzał i skierował pod mur, grodzący cmentarz od wschodu. 

Wskazał mi ciemny głaz ukryty w zaroślach. Wyryto na nim wezwanie: „Módlcie się za poległych”. Proboszcz powiedział z żalem, że ten ostatni kamień z inskrypcją uchował się dzięki temu, że leży w ukryciu.