PYTANIE 1. Co to jest miłość toksyczna? Czy w tym określeniu nie ma sprzeczności?

Przywiązanie zazwyczaj oznacza stabilny, trwały rozwój relacji miłosnej. Jeśli jednak przyjmuje ono formę uzależnienia, staje się trucizną. Partner lub partnerka są postrzegani jako jedyne obiekty miłości i dawcy bezpieczeństwa, niezastąpione postacie, od których całkowicie zależą związane z nimi osoby. Związek staje się wyłącznym źródłem zaspokajania potrzeb, koniecznością i dobrodziejstwem, więzieniem i wciąż niespełnioną nadzieją.

Powstaje mechanizm uzależnienia podobny do hazardu. Hazardzista żyje złudzeniem, że jeśli dziesięć razy z rzędu przegrał, to za jedenastym musi wygrać. Co więcej, sądzi, że każda przegrana w istocie zbliża go do wygranej, która przecież w końcu musi nastąpić. Gdy wygrywa, choćby niewielką sumę, sądzi, że zła passa się odwróciła. Tyle że zasada hazardu opiera się na statystycznej pewności, że gracz przegra. Ostatecznie to kasyno wygrywa. Podobnie jak toksyczni partnerzy, którzy uzależniają.

Ich gra relacyjna polega na umniejszaniu drugiej osoby, pasożytniczym żywieniu się jej kosztem. Czasem chodzi tylko o pochłanianie energii psychicznej, czasem również materialnej. Umniejszająca osoba precyzyjnie wykazuje słabości i deficyty swego partnera, sugerując, że tylko ona umie pomóc tak słabej osobie, wesprzeć ją, doradzić oraz tolerować kogoś tak „beznadziejnego”, słabego, brzydkiego, niezaradnego. Epitety i rzekome wady mają tu mniejsze znaczenie.

W praktyce uzależniania argumentem przeciwko może stać się każda cecha lub zachowanie. Ponadto wampir emocjonalny sugeruje, że bez jego opieki, rad, „miłości” bezradny partner nie przeżyłby na tym okrutnym świecie. Mechanizm ten jest często utrwalany przez kolejne wypunktowane porażki, które bezbłędnie wskazuje wampir, ilekroć partner czuje się zagubiony.

Każdy błąd, prawdziwy lub wydumany, jest dowodem słabości lub głupoty i braku posłuszeństwa wobec wampira. Każdy sukces lub powodzenie partnera są świadectwem posłuszeństwa i w gruncie rzeczy sukcesem wampira, którego rady tak znakomicie zadziałały. Pojedyncze „trucizny miłości” to często drobne uszczypliwości, z pozoru niewinne, acz złośliwe komentarze, cyniczne uwagi, aluzje, drobne przekupstwa, kłamstwa, nielojalności, zdrady, szantażowanie seksem, wszystko, co służy upokorzeniu i zmanipulowaniu partnera.

PYTANIE 2. Kilka dni temu dyskutowałam z moim przyjacielem na temat związków. Dyskusja była żywa i bardzo angażująca w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mieliśmy jednak zupełnie odmienne zdanie na temat oczekiwań. Jak to właściwie jest z tymi oczekiwaniami wobec osoby, z którą jesteśmy w bliskiej relacji?

Mówienie o wzajemnych oczekiwaniach jest wielką wartością w związku i ważną umiejętnością. Często jednak mylnie zakładamy, że zakomunikowanie potrzeb i oczekiwań jest jednoznaczne z ich spełnieniem lub że wypowiedzenie odmiennego poglądu sprawi, że zostanie nie tylko przyjęty do wiadomości, lecz również zrozumiany. Ileż to razy apelujemy: „zrozum mnie”. Tymczasem powiedzieć to jedno, a zrozumieć to drugie; podporządkować się lub co więcej, zrobić coś z entuzjazmem lub choćby z przekonaniem – to trzecie. 

Zaletą wielu związków jest umiejętność komunikowania się, lecz do nowego stylu działania i zmiany postawy jeszcze daleka droga. Poza tym, jaki miałby istnieć powód, żeby ktoś, nawet bardzo bliski, tylko na skutek informacji od nas zmienił swoje upodobania, potrzeby, nawyki, schematy myślowe, przyzwyczajenia, wartości, poglądy? Z powodu poświęcenia? Wtedy pojawi się „męczeństwo”. Dla świętego spokoju? Wtedy motywem zmiany będzie uległość i udawanie. Z miłości? Wówczas też będzie to rodzaj poświęcenia, czyli działanie wbrew sobie.

 

Podobnie rzecz ma się z kompromisem. Pojęcie to sprawdza się w handlu i biznesie, gdy np. dwóch kontrahentów dzieli się spodziewanym zyskiem, rezygnując z części marży. W związku, gdy jedna osoba chce w czasie urlopu jechać w góry, a druga malować pokój, gdy jedna ma ochotę na seks grupowy, a druga uważa to za zdradę, gdy jednej podoba się teatr, a drugiej piłkarskie mecze, trudno o tego rodzaju kompromis. Zatem gdy wiążemy się z kimś z nadzieją na trwałą relację, warto sobie uświadomić, że różnice, które w fazie zakochania zazwyczaj marginalizujemy, nie tylko za miesiąc lub rok okażą się bardziej wyraziste, ale też zaczną nam bardziej przeszkadzać i nie znikną tylko dlatego, że nam nie odpowiadają. 

PYTANIE 3. Po 15 latach rozstałem się z moją partnerką i (być może to nie bez związku) zaczęło mi słabo iść biznesowo. Przez całe życie odgrywałem różne role, a teraz przestałem i... nie wiem, kim jestem.

Rozstanie ma często związek z utratą poczucia bezpieczeństwa, a nawet sensu życia, oraz poważnie zakłóca tożsamość. Jeśli odpowiedź na pytanie „kim jestem?” konkretyzuje się tylko w relacji z konkretną osobą, to wraz z jej odejściem tożsamość znika, pojawia się uczucie pustki, dezorientacja. Często w takich sytuacjach „porzuceni” kochankowie szukają na oślep kolejnego związku, by starym sposobem zbudować swoją tożsamość w relacji z drugim człowiekiem, poprzez nią i dzięki niej. To błąd, gdyż wówczas po raz kolejny nie mogą funkcjonować jako integralne osoby. Uzależniają się w nadziei, że świecąc odbitym blaskiem, niejako w cieniu drugiego, zaistnieją jako osoby pełne, szczęśliwe, kompletne. Poszukiwanie sensu w drugim człowieku niemal zawsze kończy się uzależnieniem, a w przypadku rozstania – utratą tożsamości przypisanej do najczęściej wyidealizowanego partnera. Jeśli nie odnajdujemy silnej, trwałej odpowiedzi na pyta-nie „kim jestem?” w samotności, to znaczy, że sami siebie definiujemy jako osobę nieokreśloną, niepełną, puste naczynie, które ma jakąś wartość tylko wtedy,  gdy zostanie napełnione z zewnątrz – miłością, energią, zainteresowaniem. Puste naczynie jest bezwartościowe. Tymczasem dobry związek zaczyna się od poczucia własnej wartości.

Osobista tożsamość, wewnętrzne kompetencje stanowią fundament dla relacji i swego rodzaju emocjonalną ofertę, na której można budować związek oparty na wymianie i dojrzałej współzależności.

PYTANIE 4. Kobieta rozstała się z mężczyzną,  ojcem swoich dzieci. Mężczyzna był dość agresywny wobec żony i dzieci, krzyczał, podnosił głos. Po rozwodzie mężczyzna wyprowadził się, ale choć minął prawie rok, ona nadal  nie czuje się bezpiecznie, nie może spać, czuje się zalękniona. Co gorsza, jej lęk udziela się dzieciom. Jak ma postępować, żeby poczuć się dobrze i bezpiecznie we własnym domu?

Leczenie z toksycznego związku wymaga czasu. Dobrym rozwiązaniem jest zmiana otoczenia. Choć czasem wydaje się to trudne, kosztowne i skomplikowane, warto podjąć taki wysiłek. Przeprowadzić się, zmienić mieszkanie, dzielnicę, a nawet miasto. Dla dzieci, choć będzie to związane ze zmianą przedszkola lub szkoły oraz grona kolegów, będzie to mniejsza strata niż tkwienie w bolesnym otoczeniu. Zwłaszcza jeśli dochodzi do niepokojenia, nachodzenia i dalszej agresji prowokowanej przez byłego męża.

Znam przypadek, gdy rozwiedziona para, z powodu zdrady małżeńskiej, nie tylko mieszka wciąż w tym samym bloku, ale pracuje razem w jednej małej firmie, wraz z kochankiem pośrednio odpowiedzialnym za rozpad małżeństwa. Rozstanie i rozwód były bardzo burzliwe i raniące dla obojga, w tym również dla wspólnych dzieci. Oboje małżonkowie nie zrozumieli jednak, że codzienne widywanie się na małej przestrzeni, spotykanie kochanka – to ciągłe rozdrapywanie ran, które nie mogą się zabliźnić. Wrogie spojrzenia, drobne złośliwości, dwuznaczne uwagi, a nawet niewinne gesty czy też obowiązki służbowe, które muszą niekiedy wspólnie realizować, potęgują lęk i agresję. W takiej atmosferze nie ma możliwości zbudowania nowego życia. Nieudany związek, zamiast przynieść refleksję i konieczne zmiany w życiu obojga, symbolicznie trwa w jeszcze bardziej spatologizowanej, raniącej wersji. Dlatego jeśli rozstanie nastąpiło z powodu agresji, w atmosferze silnych negatywnych emocji, trzeba stworzyć takie warunki dalszych kontaktów, w których tych emocji będzie jak najmniej. Służą temu neutralny teren spotkań ojca z dziećmi oraz jasne, czytelne reguły ich przebiegu. Jeśli potrzeba, ważne rzeczy warto wspólnie zapisać. Czasem pomagają również świadkowie, ktoś z rodziny, przyjaciele, którzy uczestniczą, przynajmniej na początku, w spotkaniach skonfliktowanego ojca, matki i dzieci. Konieczna wydaje się również psychoterapia zarówno dla zalęknionej kobiety, jak i fachowe wsparcie dla jej dzieci. 

 

PYTANIE 5. 10-letnie dziecko wielokrotnie uczestniczyło w domowych awanturach i słyszało, jak rodzice się wyzywają. Teraz podobnie zachowuje się wobec rodzeństwa, rówieśników, a nawet dorosłych, zwłaszcza dziadków. Co mogą zrobić dziadkowie, żeby wnuczek okazywał im szacunek?

Szczerze mówiąc, dziadkowie mogą zrobić niewiele, jeżeli ich kontakt z wnuczkiem jest okazjonalny. Dzieci jak gąbka chłoną życie rodzinne z wszystkimi jego wadami i dobrodziej-stwami. Uczą się budowania relacji nie tyle poprzez teoretycz-ną edukację, ile poprzez naśladowanie codziennych wzorców, jakkolwiek one wyglądają. Jeśli w relacjach dorosłych jest agresja – dzieci odwzorowują agresję, jeśli szacunek i miłość – odwzorowują miłość. W przypadku 10-letniego chłopca rodzinne wzorce są już bardzo utrwalone. Bez terapii, w której będą przede wszystkim uczestniczyć rodzice, nie nastąpi zmiana. Rodzice są odpowiedzialni za to, co stało się z chłopcem. Dziadkowie jednak powinni stawiać granice, okazywać wnuczkowi szacunek i miłość, ale bezwzględnie sprzeciwiać się agresji chłopca. Bez poważnej rozmowy dziadków z rodzicami też się nie obędzie, jeśli sytuacja ma się poprawić.

Na Hawajach istniał obyczaj szczególnego traktowania dzieci. Gdy jedno z nich zachowało się agresywnie lub stwarzało problemy, wódz wioski zwoływał wszystkich jego krewnych. Stawali w kręgu i po kolei podchodzili do dziecka, mówiąc: „Przepraszam cię, drogie dziecko, byłem nieuważ-ny, zaniedbałem ciebie, wybacz mi. Obiecuję, że będę wobec ciebie bardziej troskliwy”. Bez podobnej postawy trudno jest „leczyć” dziecko z wirusa, którego nie ono jest nosicielem, lecz ofiarą.