Winston Churchill

Miał w zwyczaju przesiadywać po lunchu przed swoim domem na skraju stawu, któ- ry sam wykopał. Pogrążony w myślach, niekiedy całymi godzinami obserwował kaczki lub wpatrywał się w jeden punkt. I biada, jeśli ktoś ośmielił się mu wtedy przeszkadzać. Dopiero gdy nabrał pewności w danej kwestii, wracał do ludzi, do pracy. Innym rytuałem polityka było ucinanie sobie drzemki. A tłumaczył to tak: „Nie myśl, że wykonasz mniej pracy, śpiąc w ciągu dnia. To głupi pogląd ludzi bez wyobraźni. Będziesz mógł dokonać więcej. Masz dwa dni w jednym”. Zdaniem niektórych historyków wkład Churchilla w zwycięstwo nad Hitlerem przynajmniej częściowo wynikał z tego, że miał odwagę wyciszać się nawet w obliczu najbardziej palących spraw.

 

Woody Allen

Pytany, czy jest typem pracoholika, odpowiada, że tylko wtedy, gdyby za pracę uznać siedzenie na kanapie i picie piwa. Nienawidzi nocnych zdjęć. Zawsze musi być w domu przed szóstą. Kiedy grają Yankees, opuszcza plan filmowy, żeby obejrzeć ich mecz. Imponuje mu Steven Spielberg, który ciągle re- żyseruje, produkuje, jeździ na dokumentacje. Ale – jak przyznaje – sam nie ma takiego napędu. Czym więc wytłumaczyć to, że co roku pojawia się nowy film Allena? „Wśród moich niezliczonych wad mam też jedną jedyną zaletę: jestem wydajny” – twierdzi reżyser. Ta wydajność, paradoksalnie, łączy się z lenistwem: Allen chce jak najszybciej skończyć film, żeby móc robić to, co sprawia mu największą przyjemność – obmyślać nowe scenariusze i muzykować.