Gdyby pisać o Andrieju Andriejewiczu Własowie klasycznie, zgodnie z kolejnymi datami w jego życiorysie, to obraz zdrajcy byłby bardzo wyraźny. Pochodził z chłopskiej rodziny, kształcił się w przykościelnych szkołach. Wszystko, co osiągnął, zawdzięczał wcieleniu w maju 1920 roku do Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. 

 

To ona pozwoliła mu rozwinąć skrzydła, ba, to dzięki bolszewickiej ojczyźnie mógł zacząć studia na uniwersytecie w Niżnym Nowogrodzie. Miał wtedy niespełna 20 lat. I to wszystko zaprzedał w najcięższych czasach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Oddał się wrogowi i, tworząc armię z wziętych do niemieckiej niewoli jeńców, zaczął walkę przeciwko Związkowi Radzieckiemu. A więc zdrajca. Aby utwierdzić tę tezę, można dodać, że Własow nie tylko zdradził. „Szybkie awanse zapewniły mu w dużym stopniu czystki pośród wyższych oficerów Armii Czerwonej” – dowodził rosyjski historyk Walerij Ryżow. A więc nie tylko zdrajca, ale również karierowicz, budujący swoją pozycję na krwi innych. Odpór takiej tezie dał inny rosyjski znawca historii Kirył Aleksandrow. „Czystki w armii zdarzyły się w 1937 i 1938 roku. Tymczasem Własow w tamtym czasie był majorem, który awansował do stopnia pułkownika i dowodził co najwyżej dywizjami. Potem zaś został wysłany do Chin” – napisał w artykule „Zdrajca czy porządny żołnierz?”. 

 

Ten spór nie milknie i nie widać szans, przynajmniej na razie, na znalezienie jakieś porozumienia. „Komunistyczna sowiecka propaganda mówiła różne rzeczy. Na przykład o tym, że kapitalizm gnije, że upada. Nikt w to nie wierzył. A także o tym, że w roku 1980 w ZSRR zostanie zakończona budowa komunizmu. Nie znam nikogo, kto traktowałby to inaczej niż żart. Tymczasem mit Wielkiej Wojny Ojczyźnianej padł na bardzo podatny grunt. I wciąż jest rozdmuchiwany. Na początku lat 90. XX wieku upadł Związek Radziecki, imperium przestało istnieć, kraj rozpadał się na oczach Rosjan. To samo stało się z Układem Warszawskim. To dla wielu była ka-astrofa. Potrzeba było czegoś, co da choć odrobinę nadziei. Zwycięska Wielka Wojna Ojczyźniana doskonale się do tego nadawała. Stąd taka potęga tego mitu i dzisiaj” – mówi „Focusowi Historia” Mark Sołonin, najpopularniejszy obok Wiktora Suworowa autor książek obalających mit wielkiej wojny. Mit, do którego Andriej Własow zwyczajnie nie pasuje.

 

ZDRADZONY

 

10 września 1942 roku przebywający od kilkunastu tygodni w niewoli Własow napisał list otwarty: „Niczym mnie nie obraziła władza ludowa. Uczestniczyłem w rewolucji, wstąpiłem w szeregi Armii Czerwonej, by walczyć o ziemię dla chłopów, lepsze życie dla robotników. Za świetlaną przyszłość narodu radzieckiego. I oto zobaczyłem, że niczego z tego, o co walczył, nie dostał”. Rozgoryczenie Własowa mimo wielomiesięcznej niewoli nie zmalało. Można przypuszczać, że mając sporo czasu na przemyślenia, generał podsycał je w sobie. „Nigdzie tak nie było widoczne nieliczenie się z życiem Rosjan jak na przykładzie 2. Armii Uderzeniowej. Znajdowała się w gestii sztabu generalnego. O jej rzeczywistym położeniu nikt niczego nie wiedział. Jeden rozkaz przeczył drugiemu. Armia była skazana na zagładę” – pisał Własow. I wspominał o głodzie, który był nawet bardziej przerażający niż wrogie oddziały. Żołnierze i dowódcy tygodniami dostawali głodowe racje po 100, a potem nawet 50 gramów sucharów dziennie. W końcu nie było już nic. Przemarznięci z trudem błąkali się po błotach, wykonując kolejne rozkazy i zjadając trupy swoich towarzyszy, kiedy skończyły się cholewy butów, mapniki, pasy…

 

2. Armia Uderzeniowa  wchodziła w skład Frontu Wołchowskiego, którego najważniejszym zadaniem było przerwanie blokady Leningradu. Własow początkowo był zastępcą jego dowódcy, potem miał ratować ginącą armię, ale ratować nie było już czego.

 

„28 czerwca sztab Hitlera wypuścił jeszcze jedną fałszywą wiadomość. Na okoliczność tego faszystowscy propagandziści tym razem unicestwili na papierze, ni mniej ni więcej, trzy nasze armie: 2. Uderzeniową, 52. i 59. armię wołchowskiego frontu, jakoby okrążone na zachodnim brzegu rzeki Wołchow (…). W pierwszych dniach czerwca Niemcom udało się w jednym miejscu przerwać komunikację 2. Armii Uderzeniowej. Śmiałymi uderzeniami 59. i 52. armii z północy i 2. Armii z zachodu część sił przeciwnika została w większości zniszczona, a pozostałe wycofały się. Część 2. Armii Uderzeniowej wycofała się na z góry przygotowane pozycje. O żadnym unicestwieniu 2. Armii nie może być mowy. Takie fakty to kolejna hitlerowska fałszywka” – oto fragment komunikatu Sowinformbiura z 29 czerwca. Kto więc kłamał? Własow, pisząc o beznadziejnym położeniu, czy sowiecka agencja prasowa, informując o sukcesach armii. Okazuje się, że… nikt. Równocześnie funkcjonowała bowiem inna 2. Armia Uderzeniowa pod dowództwem generała Fediuńskiego. O armii Własowa nikt już głośno nie mówił. Wkrótce najchętniej zapomniano by o samym Własowie, ale to nie było takie proste.

 

BOHATER

 

Zanim Andriej Andriejewicz znalazł się ze swoją armią w sytuacji bez wyjścia, zdążył się już zasłużyć podczas niemiecko-sowieckiej wojny. Zresztą gdyby było inaczej, nie zostałby na osobisty rozkaz Stalina zastępcą dowódcy frontu, nie powierzono by mu ratowania armii. Stalin znał dokonania Własowa z początków wojny, kiedy ten skutecznie bronił Kijowa, a potem śmiałymi manewrami nad rzeką Łamą odpychał wroga od bram Moskwy.