Milon z Krotonu był najwybitniejszym starożytnym zapaśnikiem. W VI w. p.n.e. aż sześciokrotnie zwyciężał podczas igrzysk w Olimpii. Jego siła i umiejętności przyniosły mu taką sławę, że jedno ze zwycięstw odniósł, bo… nie stawił się żaden konkurent. Dzięki swoim wyczynom stał się postacią na poły legendarną. Trudno ocenić, ile w historii na temat jego śmierci prawdy, ale zasługuje na przytoczenie. Podobno Milon był tak pewien swojej siły, że kiedyś, zobaczywszy rozszczepione klinami drzewo, spróbował rozerwać je na dwie części. Co nastąpiło później, piszący w II w. n.e. Pauzaniasz relacjonuje następująco: „Kliny wypadły spod rąk, a Milon znalazł się jak w potrzasku, w kleszczach drzewa. W ten sposób stał się łupem wilków, których w okolicach Krotonu żyje nieprzeliczone mnóstwo”.

Również inny antyczny sportowiec zasłużyłby dzisiaj na Nagrodę Darwina. Arrichion zwyciężał dwukrotnie w pankrationie (połączenie boksu i zapasów) na igrzyskach w Olimpii. W 564 roku p.n.e. również doszedł do finału. Niestety, walka potoczyła się nie po jego myśli. Przeciwnik zdołał założyć mu duszenie, z którego Arrichion nie był w stanie się wyswobodzić. Nie chcąc się poddać, gwałtownie się skręcił, łamiąc swojemu konkurentowi palec u nogi. Przeciwnik – czując gwałtowny ból – poddał się. Sądził, że nie będzie w tym stanie mógł kontynuować walki. Nie wiedział, że trzyma w rękach martwego już Arrichiona, który gwałtownym zwrotem skręcił sobie kark. Niektóre źródła twierdzą, że do tego desperackiego ruchu skłonić miał go trener, wołając: „Jakie to piękne epitafium: Niepokonany w Olimpii”. Tak czy inaczej, martwego sportowca uhonorowano jako zwycięzcę…

ŚLADEM HERAKLESA

Chęć zachowania sławy przypieczętowała również los Tymantesa z Kleonai. Jak relacjonuje wspomniany Pauzaniasz, Tymantes „poniechawszy zawodnictwa, nie zaprzestał ćwiczyć swej siły fizycznej, każdego dnia napinając wielki łuk. Ale pewnego razu udał się w podróż i w tym czasie zaniedbał ćwiczenia. Po powrocie nie był już w stanie napiąć łuku. Wzniósł sobie stos, sam go podpalił i żywcem skoczył w płomienie”. Sportowiec, nie chcąc stracić sławy, wybrał śmierć wzorem swojego boskiego patrona Heraklesa. Najsłynniejszy heros mitologii greckiej spalił się, nie mogąc zedrzeć z siebie ubrania nasączonego trującą krwią centaura Nessosa.

Przypadków samospaleń było w starożytności znacznie więcej. Wiele heroin odebrało sobie życie w ogniu. Euadne, żona Kapaneusa, jednego z bohaterów poległych w trakcie oblężenia Teb, rzuciła się ze skały na jego stos. Mityczna założycielka Kartaginy Dydona dokonała samospalenia, gdy jej ukochany Eneasz odpłynął do Italii. Zaś Laodamia – żona Protesilaosa, pierwszego z Achajów poległych pod Troją – spędzała noce z posągiem zmarłego męża tak długo, aż jej ojciec rzucił go w ogień. Kobieta skoczyła za nim i spłonęła.

Żadna z heroin nie zdołała jednak prze-bić śmierci legendarnej królowej Babilonu Semiramidy. Według wersji podanej przez łacińskiego pisarza Hyginusa, królowa miała rzucić się w płomienie, rozpaczając po utracie… ukochanego konia! Lecz poza perypetiami postaci mitologicznych i półlegendarnych, śmierć w ogniu bywała zazwyczaj wynikiem… filozofowania.

ŁATWOPALNI STAROŻYTNI FILOZOFOWIE

Empedokles z Akragas (V wiek p.n.e.), filozof i cudotwórca, miał pewnego razu ocalić od zarazy Selinunt, grecką kolonię na południu Sycylii. W czasie publicznej uczty wyprawionej z tej okazji mieszkańcy miasta „powstali z miejsc, pokłonili się i modlili się do niego jak do boga. Chcąc to mniemanie utwierdzić, Empedokles rzucił się w ogień”.