Ciepłe sobotnie popołudnie. Siedzimy na tarasie, w oddali płynie Biebrza. Gospodyni letniskowego domu rozkłada karty. Ale nie te klasyczne z pikami i treflami, tylko z zaskakującymi rysunkami, pełne kolorów, kulturowych symboli i subtelnego humoru. Karty trochę przypominają tarota, choć nie ma tu śmierci, jest za to chłopiec wygrażający mieczem niebieskiemu smokowi, zając ubrany w zbroję stojący przed trzema parami drzwi czy para różowych baletek, na których pojawiła się niewielka pajęczyna. „Dixit” reklamowany jest jako największy przebój na rynku gier dla całej rodziny. Chyba słusznie, w każdym razie sprawdza się tak-że w naszym, jak najbardziej dorosłym gronie przyjaciół. Szczerze? Od kilku godzin nie możemy się od niej oderwać. 

Teraz moja kolej. Zgodnie z regułami mam powiedzieć jakieś hasło, skojarzenie, być może tytuł książki, strofę piosenki czy naukowy termin. Coś, co mogłoby być podpisem czy uzupełnieniem ilustracji na wybranej przeze mnie karcie. Moje skojarzenie ma być na tyle jasne, by po wyłożeniu kart na stół (mojej i pozostałych graczy, którzy wybiorą ze swoich najbardziej do mojego hasła pasującą) większość zgadła, która należała do mnie. Ale też na tyle abstrakcyjne, by choć jedna osoba wytypowała inaczej. Nie jest łatwo, ale z pewnością jest ciekawie! Były już bowiem takie hasła jak „skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy”, „dla ciebie wszystko” czy „no przecież!”. Głowy nam parują, policzki płoną. Porównujemy, zastanawiamy się, jak poszła myśl tej drugiej osoby. I co nam się z danym obrazkiem kojarzy.

Decyduję się na kartę z ludzikiem na białym koniu zbliżającym się do przeszkody – ni to muru, ni to wału, za którym rozciąga się zielona kraina. Przez przeszkodę przerzucona jest tęcza. I już mam! „Mój tekst do Coachingu” – mówię hasło. Wszyscy wybuchają śmiechem. Bo doskonale wiedzą, że za dwa dni powinnam oddać gotowy tekst o zabawie (tak, ten, który państwo właśnie czytacie). Że przez całą drogę nad Biebrzę miałam wyrzuty sumienia, że tekstu jeszcze nie ma, i zatruwałam tym życie współpasażerom. Bo choć wcześniej zebrałam sporo materiału, rozmawiałam z ekspertami, znalazłam ciekawych bohaterów i czytałam mądre książki, wciąż miałam mętlik w głowie. Jak ten tekst napisać? Co tak naprawdę w zabawie jest najważniejsze? No i przede wszystkim: po co ludzie w ogóle się bawią? Dzieci – niby wiadomo – by się uczyć, poznawać świat. Ale dorośli? Marnują czas na rzecz co prawda przyjemną, ale przecież bezproduktywną. Co im to daje?

I teraz, właśnie w czasie gry, wszystko mi się ułożyło. Wiem, od czego tekst zacznę, i na czym skończę. Mało tego, sama na sobie odkryłam, jak gra działa na mózg w czasie zabawy. Jak w stanie pobudzenia wpada się na nowe pomysły. Bo „Dixit” stał się moją tęczą, która pomogła mi pokonać przeszkodę, czyli wykonać zadanie. Zbieram karty od pozostałych osób. Wykładam na stół jedną po drugiej…

 

Daj szansę Disneyowi

Co się w naszych głowach w czasie tej gry działo? – Ilustracja pobudzała półkulę prawą, tę, która jest odpowiedzialna za wizje i pomysły, która jest kreatywna, która aktywuje się przy obrazach. I która jest rzadziej dopuszczana do głosu. Bo za język, a także kontrolę, myślenie analityczne, konkrety, schematy jest odpowiedzialna półkula lewa, którą trudno, ot tak, wyłączyć – mówi Marta Szeszko, psycholog i coach, prywatnie wielbicielka gry „Dixit”. Jak tłumaczy, w tej grze wizjonerski obrazek trzeba połączyć z konkretnymi terminami. Czyli najpierw dać działać prawej, a potem dopiero lewej półkuli, która wizję przekłada na słowa.