Zbrodniarze byli nie do odróżnienia od zwykłych ludzi! Nie trzeba zresztą wcale sięgać po tak stare przykłady. Pamiętajmy, że to zwykli obywatele dokonywali zbrodni wojennych w Jugosławii, Rwandzie i dokonują ich ciągle w Syrii, wyładowując w sprzyjających wojennych okolicznościach tłumioną latami złość i frustrację.

Wielu psychologów dostrzega niebezpieczeństwo z powodu tabu, jakim we współczesnym świecie stało się okazywanie złości. „Współczesna cywilizacja złość wypiera. Odmawiamy jej prawa do istnienia” – mówił „Focusowi”  dr Stephen Diamond, psycholog sądowy.  „Złość to jedna z najtrudniejszych emocji i jesteśmy z nią pozostawieni sami sobie, bez wsparcia”. W tym kulturowym mechanizmie wypierania złości Diamond widzi korzenie takich zbrodni jak ataki terrorystyczne.

Anders Breivik, który w 2011 roku w Oslo i na wyspie Utøya zabił 77 osób, był spokojnym Norwegiem, wychowanym w jednym z najbardziej liberalnych i tolerancyjnych społeczeństw świata. Ta otwartość szczególnie go irytowała. Dorastał z tą złością i ją pielęgnował, będąc na co dzień przykładnym obywatelem. Mimo doświadczeń historycznych wolimy uznać Andersa Breivika za odosobniony przypadek szaleńca, który wystąpił przeciwko fundamentom zachodniej cywilizacji, niż przyznać, że w każdym z nas mogą się czaić zbrodnicze instynkty. Breivik nie był ani pierwszym, ani ostatnim spokojnym obywatelem, który uwolnił ukrytą w nim bestię. Ted Kaczynski, genialny amerykański matematyk, pod pseudonimem Unabomber rozsyłający bomby pocztą, i Timothy McVeigh, który zabił 168 osób, wysadzając w powietrze budynek w Oklahoma City, to byli ludzie, którzy inspirowali Breivika. On sam stał się już wzorem do naśladowania w Finlandii, Czechach i USA, a nawet w Polsce. Brunon K., wykładowca akademicki z Krakowa, też wydawał się spokojnym, przestrzegającym prawa człowiekiem, dopóki nie okazało się, że planował zamach na Sejm.

Dr Jekyll idzie na wojnę

Jak to się dzieje, że zwykli ludzie ujawniają ciemne strony swojej natury i zmieniają się w morderców? Na wojnie i w warunkach totalitarnych jest o to stosunkowo łatwo. Zdaniem Haralda Welzera, autora książki  „Sprawcy”  (to z niej pochodzi cytat o zabijaniu dzieci przez Niemców z początku tego tekstu), ważny jest mechanizm stopniowego oswajania się ze złem: „ludzie potrafią dostosować swój obraz moralności do zmieniających się okoliczności. Najpierw obserwuje się, jak z zakładu pracy wyprowadza się kolegę, który następnego dnia, wprawdzie pobity, ale znów zjawia się na swoim stanowisku. (...) Następnym razem ktoś zostaje pobity na naszych oczach, a ponieważ już przezwyciężyliśmy własną odrazę, teraz łatwiej sobie wytłumaczyć, że musi tak być albo że gorzej już nie będzie. Kiedy dwa lata później ktoś na naszych oczach zostanie zabity, wytłumaczymy sobie, że pewnie czymś zawinił” – pisze Welzer.

Zmianie moralności towarzyszy zmiana emocjonalna. „Ludzie instynktownie wzbraniają się przed zabijaniem innych ludzi” – dowodzi w książce  „O zabijaniu”  amerykański oficer Dave Grossman. Według przytaczanych przez niego badań, jedynie nieznaczna część żołnierzy oddaje strzały w kierunku wroga! Aby nakłonić jednego człowieka do zabicia drugiego, należy wyeliminować współczucie. Najlepiej wroga odczłowieczyć: nazwać go zwierzęciem, a jeszcze lepiej pasożytem. Nazistowska propaganda nazywała Żydów „wszami”, w obozach koncentracyjnych odebrano im nawet to. Dostali tylko numery. Breivik strzelał do nastolatków z socjalistycznej młodzieżówki, widząc w nich wrogów zachodniej cywilizacji, gotowych oddać Europę bez walki muzułmańskim najeźdźcom. Hulk w napadach szału rozdawał razy na prawo i lewo, uważając za wroga każdego, kto stanął na jego drodze.

„Jeśli wrogowie są nieludźmi, żadne zahamowania nie przeszkadzają już w ich zabijaniu – skoro to nie człowiek, pozbycie się go przestaje się zbytnio różnić od zatłuczenia komara, wytrucia szczurów czy nabicia robaka na haczyk” – pisze David Livingstone Smith w książce  „Najbardziej niebezpieczne ze zwierząt”. Wielki wpływ na zwiększenie brutalności wojen ma ich mechanizacja: dzięki wykorzystaniu do zabijania celowników snajperskich, kamer termowizyjnych i innych mechanicznych buforów, zabójcy łatwiej wyprzeć ze świadomości człowieczeństwo ofiary. A kiedy ma się już wroga, który nie jest człowiekiem, i narzędzie, które czysto i szybko pozwala się go pozbyć, to trzeba jeszcze podsycić w żołnierzach emocje, źródło energii potrzebnej do działania.

Wśród żołnierzy są rzecz jasna częstsze przypadki cywilnej agresji, ale większość żyje normalnie, tak jak my. Grossman cytuje amerykańskiego weterana, który większość populacji świata uważa za owieczki: łagodne, przyzwoite, miłe stworzenia niezdolne do prawdziwej agresji.  „Był przekonany, że sam należy do innego podgatunku ludzi, podobnych do psów pasterskich: wiernych, czujnych stworzeń zdolnych do agresji, gdy wymagają tego okoliczności” – pisze Grossman. W społeczeństwie widział jeszcze wilki (socjopatów) i sfory dzikich psów (gangi przestępcze i wojska podejmujące działania zaczepne). Według niego owczarki (żołnierze i policja całego świata) są biologicznie i środowiskowo przystosowane do tego, by stawić czoło drapieżnikom.

Więzienie dr. Zło

Wojna to zjawisko ekstremalne, w którym pewnie większość z nas  na szczęście nie będzie uczestniczyć. Niestety, jak pokazują rozliczne eksperymenty, nie jest to jedyna sytuacja, w której wychodzi z nas przerażający Mr Hyde. W każdym z nas tkwią głęboko zakorzenione skłonności do agresji. Wcale nie trzeba stawiać nas w ekstremalnych sytuacjach wojennych, by w porządnych, łagodnych obywatelach obudzić bestie. Dowiódł tego prof. Philip Zimbardo, czym zasłużył sobie na przydomek dr Zło.