Dwudziestu czterech uczestników jednego z najsłynniejszych eksperymentów w psychologii, zwanego dziś stanfordzkim eksperymentem więziennym, uważało się za normalnych, wrażliwych członków społeczeństwa. Odpowiedzieli na ogłoszenie: „Studenci – tylko mężczyźni – poszukiwani do udziału w studium życia więziennego. Płatne 15 dolarów dziennie przez okres 1–2 tygodni”. Szef eksperymentu, 38-letni wówczas prof. Philip Zimbardo, podzielił ochotników losowo na dwie grupy: więźniów i strażników. Eksperyment rozpoczął się 17 sierpnia 1971 roku w podziemiach uniwersyteckiego budynku Jordan Hall, gdzie za pomocą desek, krat i zamków stworzono prowizoryczne cele. Strażnicy w koszulach w kolorze khaki i czarnych okularach, uzbrojeni w pałki, mieli surowo zakazane zadawanie więźniom fizycznego bólu. Podstawowym celem Zimbardo było sprawdzenie, czy ludzie zdrowi psychicznie wcielą się w role oprawców i ofiar.

Eksperymentator był zaskoczony skalą okrucieństwa „strażników”. Pod pozorem zaprowadzenia dyscypliny torturowali więźniów, zmuszając ich do paradowania nago w papierowych torbach na głowie i robienia pompek. Odmawiali im też dostępu do toalety (musieli korzystać z nieregularnie opróżnianego wiadra) i prysznica, zmniejszali racje żywnościowe. Zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment został przerwany po sześciu dniach ze względu na eskalację brutalnego zachowania strażników (którzy pod koniec zmuszali więźniów m.in. do pozorowanego seksu) i pogarszający się stan psychiczny więźniów.

Co wykazał eksperyment? Prof. Zimbardo w rozmowie z  „Focusem” tłumaczy: „Na ludzkie zachowanie sytuacja społeczna wpływa w znacznie większym stopniu, niż to się wydaje większości ludzi. Mamy tendencję do wierzenia, że motywacja naszych działań pochodzi z wnętrza naszej osobowości, naszych skłonności, genów, cech charakteru i usposobienia, a jednocześnie ignorujemy kontekst, w którym żyjemy”.

W dodatku szukamy korzeni zła w złości, tymczasem paradoksalnie więcej zła może wynikać z tłumienia tej emocji.

Motor dziejów napędzany gniewem

„Według Zygmunta Freuda naszą nieświadomością rządzą dwa przeciwstawne popędy: popęd życia i popęd śmierci. Popędy miłosne i destrukcyjne tkwią w każdym z nas” – tłumaczy Krzysztof Srebrny, psychoanalityk, członek Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego. Mroczną stronę naszego „ja” opisał także uczeń Freuda, szwajcarski psychoanalityk Carl Jung, nazywając twarz, którą prezentujemy światu, publiczną fasadą, a cieniem wszystko, co pragniemy ukryć, także przed samym sobą. Ciemna strona osobowości składa się z prymitywnych, postrzeganych negatywnie przez społeczeństwo emocji, takich jak seksualne pożądanie, egoizm, zazdrość, gniew. Boimy się i wstydzimy złości, uważając ją przede wszystkim za siłę destrukcyjną. Obawiamy się, że pozwalając sobie na odczuwanie złości, staniemy się bestiami, jak Breivik na wyspie Utøya, zbrodniarze wojenni, rozstrzeliwujący żydowskie dzieci w Babim Jarze czy pacyfikujący wioski Tutsi w Rwandzie.

Tymczasem „złość jest silnym, naturalnym i pozytywnym uczuciem, istniejącym po to, aby nas chronić. Nie musi nikomu wyrządzać krzywdy i nie musi prowadzić do agresji” – przekonuje William Gray DeFoore, psychoterapeuta, prezes Institute for Personal and Professional Development w Dallas. W książce „Złość” tłumaczy: „to energia emocjonalna, której możemy używać do budowania i podtrzymywania zdrowych granic”. Złość ostrzega nas przed zagrożeniem: jest sygnałem, że jakieś nasze ważne potrzeby nie są zaspokajane i że trzeba o nie zawalczyć.