Zauważyli mnie Maniek z Orzechem, ludzie Łańcucha – zeznał Paweł R. – i ruszyli za mną. Orzech wielokrotnie strzelał, przestrzelił mi obie szyby, tylną i przednią. Uciekając w kierunku Warszawy, skręciłem na Bemowo, na zakręcie nie wyrobiłem się i tak mocno uderzyłem w tył samochodu przede mną, że wypadłem na zewnątrz. Pobiegłem w stronę dawnej góry śmieci na Radiowie, przed ostrzałem ukryłem się w jakiejś rozpadlinie, ale oni mnie dopadli, zawlekli do swojego samochodu i wywieźli do lasu między cmentarzem na Wólce Węglowej a Laskami. Skatowali mnie kolbamipistoletów: Maniek, Orzech, Pepek – ten co zastrzelił Księdza – Szymon Żoliborski i sam ich szef Łańcuch.

Za to, że wystawiłem kiedyś Szymona. Porzucili mnie w końcu zakrwawionego w lesie, bo szkoda naboju na takiego gnoja. Dowlokłem się do jakiegoś domu, policji nie powiedziałem prawdy. Na salę rozpraw wprowadziło go sześciu mężczyzn w polowych mundurach moro i kominiarkach odsłaniających jedynie oczy, z bronią krótką i maszynową. Na korytarzu pod drzwiami zostało dwóch policjantów z wilczurem na smyczy.

Zeznaniom asystował dodatkowo funkcjonariusz po cywilnemu. Takie środki ochronne dla zwykłego świadka, gdy koronnych chroni na rozprawach zazwyczaj dwóch funkcjonariuszy CBŚ? To duży hurtownik narkotyków – wyjaśnił sędzia Tomasz Całkiewicz prowadzący sprawę dziewięciu żoliborskich gangsterów. Paweł R., dowożony z aresztu,w brązowej bluzie z kapturem i wytartych dżinsach, z wyraźnymi zatokami czołowymi i łysiną na czubku głowy, niedawno skończył 32 lata.

Zdecydował się zeznawać przeciwko byłym kumplom po ugodzie z prokuratorem, który w zamian żądał dla niego niskiego wyroku za jego własne przestępstwa. Dla takich hurtowników jak on prawo przewiduje nawet 12 lat odsiadki. Pawła R. (ksywa identyczna z nazwiskiem, dlatego jej nie podaję) można więc nazwać nieformalnym, małym świadkiem koronnym. Jest bardziej zagrożony niż koronni, których miejsce pobytu zna jedynie CBŚ. Ile narkotyków przechodziło przez ręce Pawła i jego wspólnika Pela? Określając towar kupowany u nich przez dilerów, R. posługuje się liczbami: nie mniej niż 100 kg marihuany, nie mniej niż 5 kilo heroiny, kilka kilogramów amfy, 10 tysięcy tabletek extasy itp. W latach dziewięćdziesiątych na narkotykach zarabiali obaj nie mniej niż po 10 tysięcy złotych miesięcznie.

 

 

Miłe interesu początki

– Z narkotykami po raz pierwszy zetknąłem się w liceum – zeznał Paweł R. – jako konsument. Sam płaciłem za każdą działkę.

Szybko dowiedział się, jak bardzo dochodowy jest handel tym towarem, i podzielił się swoimi wnioskami z Łukaszem Cz., ksywa Pelo, przyjacielem z podstawówki. Obaj mieszkali w podwarszawskim Izabelinie, ich rodzice byli zamożni. Matka Łukasza miała własną firmę, rodzice Pawła posłali syna do prywatnego liceum. Chłopcy trzymali się razem i w szkole średniej, dość szybko też wspólnie postanowili dostać się do intratnego interesu.

W 1997 r. mieli po siedemnaście lat, wiele chęci i kontakty z dilerami – potrzebne były dojścia do zaopatrzenia. Pelo pierwszy natknął się pod swoim liceum im. Sempołowskiej na Ochrynia i to był ten trop. Ochryń najpierw sam  dostarczał im marihuanę, potem doprowadził do dostawców.

– Zwietrzyliśmy dobry interes – mówił Paweł R. – bo wtedy bandyci żoliborscy jeszcze nie interesowali się  narkotykami, a forsę ciągnęli z haraczowania agencji towarzyskich i komisów samochodowych. Nam na początku nikt nie bruździł, ale rok później okazało się, że przez Ochrynia jesteśmy w grupie Księdza, czyli Stefana Kolasińskiego,

który akurat wyszedł z więzienia i odbudowywał swój gang. A jego partnerem w interesach był Marek

z Marek i wtedy trzeba było już płacić za ochronę. Najpierw osiemset, a później tysiąc dolarów na miesiąc.

Dostawcy i konsumenci

W tym czasie mieli już stały kontakt z dostawcami. Narkotyki brali od Oboja, od Hansa i Pingwina, coraz większe interesy robili z Robkiem, a ten brał towar od Waldka z Piaseczna lub jego wspólnika Pietii. Któryś z nich miał komis samochodowy – legalny interes już wówczas był pralnią pieniędzy pochodzących z przestępstw. Umawiali się w barze w Piasecznie i nie zdradzali, skąd pochodzą narkotyki. Było jasne, że od dużych dostawców, hurtowni lub producentów. Po 2000 roku przyjaciele poznali zaopatrzeniowca, którysprowadzał towar wprost z Holandii.

Umówili się na regularne dostawy i nie zawiedli się nigdy. Prasowane torebki marychy pakowane po 250 lub 500 gramów, owinięte brązową taśmą klejącą, były przywożone samochodami clio lub laguna na drogi leśne koło Lasek (znanych w kraju przez szkołę dla ociemniałych dzieci), na polankę w Łomiankach, do Palmir w okolicach cmentarza rozstrzelanych przez Niemców lub na wał wiślany. Wszystko to są północno-zachodnie zalesione okolice stolicy. Od Zbyszka, innego dostawcy, kupili pół kilo heroiny i nie mniej niż 50 kg marihuany świetnej jakości, bo także z Holandii. Jakość była ważna w transakcjach, bo jak ktoś brał kilo heroiny za 75 tysięcy złotych, to nie zamierzał płacić za łajno, które ktoś mu potem rzuci w twarz.

Z czasem równie ważni stawali się odbiorcy. Przy małych ilościach wystarczali koledzy szkolni i ich koledzy, ale w 1999 roku i do sierpnia 2002 przez ręce Pela i Pawła przeszło nie mniej niż 100 kg narkotyków, szukali więc sprawdzonych zawodowców, poręczanych przez kogoś z miasta. Podejrzenie o policyjną prowokację wzbudził mężczyzna, który już na pierwszym spotkaniu chciał kupić kilo hery, poręczył jednak za niego znany im członek grupy Księdza. Niebawem ów podejrzany osobnik sam im dostarczał znaczne ilości narkotyków.

Stałymi choć nieregularnymi odbiorcami byli najważniejsi członkowie grupy. Japan kupował spore ilości, bo miał własnych dilerów, Koń z Łomianek, współwłaściciel hoteliku Ronin, brał heroinę dla Ruskich (dla odmiany Pelo kilkakrotni wziął od niego kokainę), podobnie kierowca Księdza Miałczek; kupowali dla siebie i na handel Julio, Bąku i Marek z Marek. Na Żoliborzu toczyły się wówczas podchody i walki o dilerów. Siłą zmuszano Bogu ducha winnych chłopaków (w sądzie była sprawa o porwanie i pobicie pracownika piekarni, którego chciano w ten sposób skłonić do dilerki), groźbami i zachętami przejmowano dilerów z wrogich grup, rozsiewano plotki o prawdziwych lub rzekomych przejęciach. Bo narkotyki zapewniały lawinę pieniędzy. Gdy Marek z Marek zaczął współpracę z Modlinem, to właśnie tam szła znaczna część towaru pary przyjaciół. Dość regularnie kupował u nich Robota, kolega z  pobliskiego Hornówka. Odszedł po śmierci Komandosa – obawiał się, że nie będzie miał dostatecznej ochrony – nie zerwał jednak z narkotykami. Toteż jeszcze w 2007 roku tym razem oni kupili od niego sporą ilość kokainy. W gangach rzadko się zdarza, by układ partnerski przetrwał przez lata. Zwykle jest szef i jego prawa ręka, jak Ksiądz i Robert K. Wili, Marek i Daniel E. Julio (od nazwiska Iglesiasa, więc czyt. Hulio).

Tymczasem Paweł R. i Pelo pozo-stali zawsze równi, w decyzjach, transakcjach i zeznaniach. Tylko ich życie osobiste się różniło. Pelo młodo się ożenił, spłodził syna, ale zabawiał się z dziewczynami z agencji, o czym ktoś doniósł żonie, a ta wystawiła mu walizki za drzwi i wystąpiła o rozwód. Paweł R. pozostał kawalerem.

 

 

Ochrona konieczna

Nie tylko na Żoliborzu wiedzą, że za bezpieczeństwo trzeba płacić – najlepiej najsilniejszemu gangowi, który ochroni przed konkurencją, a w razie wpadki pomoże w komisariacie, areszcie czy w więzieniu. Za półtora tysiąca złotych Golec wydobył z rąk żoliborskiej policji schwytanego na transakcji Łysego, zaprzyjaźnionego z Pawłem i Łukaszem od podstawówki, pomagającego im w transporcie towaru od dostawców.

Przez przypadek para licealistów z Izabelina trafiła do grupy Księdza, odbudowującej swoje szeregi w walce z gangiem Łańcucha, który zbuntował się przeciwko Stefanowi Kolasińskiemu, zabrał mu większość bandytów i odszedł na swoje. Rozrachunki między gangami to nie były przelewki. Strzelano do siebie ostrymi nabojami, podkładane pod samochody ładunki naprawdę wy-buchały, auta się paliły.

Obowiązywała zasada, że o przypadkowym spotkaniu konkurenta należy natychmiast powiadomić szefa. Zrobił to  Paweł R., gdy spostrzegł wchodzącego do kina Wisła Szymona Żoliborskiego. Ksiądz i Marek natychmiast zwołali grupę i zasadzili się na Szymona przy wyjściach z kina. Przerażeni świadkowie opowiadali potem o scenach jak z amerykańskich kryminałów. Łyse mięśniaki w pogoni nie wiadomo za kim, strzelanina, ludzie ukrywają-cy się za samochodami, syreny radiowozów… Szymonowi udało się wtedy uciec, ale ludzie Łańcucha nie zapomnieli i dopadli Pawła R.

Po śmierci Księdza ochraniał ich Marek z Marek, a po jego aresztowaniu rozliczali się z Komandosem lub Czachą. Nie lubili spotkań z porywczym Komandosem. Na pozór przyjacielski, w jednej chwili mógł zmienić nastrój, a  przypisywano mu przecież i zabójstwa. Handlował narkotykami, wymuszał haracze, uczestniczył w rozbojach i uprowadzeniach. Był niebezpieczny dla konkurencji, ale i dla swoich. Wy-rok na niego próbowali wykonać „łańcuchowi” w pełnym klientów supermarkecie Klif; zastrzelili wte-dy dwóch innych gangsterów, jednego ranili, a Komandosowi udało się umknąć. Nie na długo jednak, dopadli go na stacji benzynowej na Radzymińskiej.

Sierpień 2002. – Komandos zabity, Marek w więzieniu, ukrywaliśmy się początkowo – zeznał Pelo – ale każdy tydzień bez pracy zabierał nam tysiące złotych.  Szukali zatem intensywnie ochrony. We wrześniu przez Józka z Ożarowa, z którym handlowali od trzech lat, dotarli do szefa jego grupy Klajniaka, lecz warunki, jakie im zaproponował, uznali za kiepskie. Za namową Oskara przenieśli się więc do Klepaka, Mariana Klepackiego z Marek, po drugiej stronie Wisły.

Oskara poznali trzy lata wcześniej na słynnym spotkaniu w pubie Bilbao, kiedy ludzie Marka, Fraglesa i Klepackiego ustalili podział Żoliborza na strefy wpływów, aby nie blokować sobie wzajemnie interesów. Z najważniejszych uczestników spotkania do dziś żyje tylko ciągany z jednego procesu na drugi Marek z Marek vel Marecki. Klepaccy, oj-ciec i syn, padli z ręki konkurentów, Fraglesa zastrzeliła policja w akcji na Ursynowie, a Oskar wraz trzema kumplami zginął w wolskiej restauracji Gama.

Marek z Marek po wyjściu z więzienia nałożył na obu dysydentów 10 tysięcy dolarów kary – nie wolno bezkarnie przenosić się z gangu do gangu. Po negocjacjach skończyło się na ich powrocie do macierzy i obniżeniu o połowę taksy, którą w miesięcznych ratach co do gro-sza spłacili.

 

Urozmaicone życie gangsterów

– To był rok! Ktoś do kogoś strzelał, ktoś kogoś pobił, poranił, podpalił, rozwalił mu pub, zorganizował najście na agencję. W 1998 roku miałem 18 lat i byłem zauroczony takim życiem, nabuzowany forsą, której wcześniej nawet nie widziałem w takiej ilości. Fascynowały mnie bandyckie akcje, dawały poczucie siły – nie ukrywał Paweł R. – Pada-ło hasło: jedziemy i jechaliśmy. Pod agencję na Kasprowicza. Kilkanaście aut, kilkudziesięciu chłopaków. Ledwie pierwsi wysiedli z samochodów, ze wszystkich stron ruszyli policjanci, w hełmach i czarnych mundurach, z długą bronią; strzela-li, byli wszędzie. Szybkobiegacz Pelo uciekł, ja położyłem się na przed-nim siedzeniu swojej skody, odczekałem kilkanaście minut i spokojnie odjechałem. Po drodze zauważyłem Księdza w jego VW Jetta; z daleka obserwował, jak nam idzie.

Nie ma teraz oszczędności – twierdzi. – Żyło się, jeździło tu i tam, jak przyszła ochota, balowało w Roninie u Konia, dziewczynkom fundowało, kolegom. Spotykało się tam wszystkich znajomych, a oni dwaj zawsze przy forsie. Człowiek lubił się pokazać, nawet z cezetką czy kałaszem; Marek, który sprzedał im kałasznikowa w swoim świeżo kupionym domu w Serocku, twierdził, że pochodził z planu „13. posterunku”. Po co im była broń, skoro trzymali się tylko narkotyków, a w akcjach grupowych służyli do robienia tłumu? Mieli taką ochotę i stać ich było, to kupili. Strzelali w lesie do puszek po piwie. Potem przestraszyli się i zakopali w lesie, a na wizji lokalnej mieli kłopoty z jej odnalezieniem. Bez trudu od-szukali natomiast mieszalnik do heroiny ukryty pod betonową płytą. Co do oszczędności, to prawdo-podobnie nie mówi prawdy.

W tamtym szalonym roku, konkretnie w styczniu 1999, Pelo szykował się do studniówki. Tymczasem kilka godzin wcześniej został wywołany telefonicznie z domu. Wyszedł bez obaw, bo Listek był sprawdzonym kumplem z Izabelina. I na szczęście nie odszedł daleko, gdy z krzaków wyskoczył Orzech z pistoletem maszynowym z tłumikiem, a za nim kilku innych. Pelo zdążył uciec do domu i natychmiast zadzwonił do Marka z prośbą o ochronę, bo nie zamierzał rezygnować z najważniejszej szkolnej imprezy. Pod białą koszulę i garnitur włożył kamizelkę kuloodporną, a jego bezpieczeństwa strzegli pod bronią: Julio, bracia Skultety, sam Marek i Paweł.

Później dowiedział się, że Listka porwali „łańcuchowi”, pocięli no-żem i zmusili do wystawienia kolegi. Chłopak leczył rany w Szpitalu Bielańskim, do którego trafiali zwy-kle poharatani żoliborscy bandyci. Nawet zastrzelonego Księdza jego kierowca Miałczek zostawił tam pod izbą przyjęć. Listka z kolei wy-stawił Szymek – także zmuszony do zdrady przez „łańcuchowych”. Był uczniem niższej klasy liceum Pela i kupował od niego marihuanę. Natomiast Orzech tłumaczył kumplom, że nie zastrzelił Pela, bo zaciął mu się pistolet. Tak mogło być, gdyż gangsterzy kupowali broń z różnych źródeł, rzadko oryginalną, często przerabianą z gazowej, obrzyny na bazarze staroci na Kole itp. Orzech, wysoki, chudy, czesany na charakterystycznego jeżyka, to był sławny i groźny gangster, na którego polowali ludzie Księdza, aż w końcu trafili, zastrzelili i spalili w jego własnym czerwonym mitsubishi.

 

 

Kilka lat później na Pela znów polowano. Na dużej stacji benzynowej przy Lazurowej kupił od To-mali 10 gramów kokainy i ruszył do żłobka po syna. W wąskiej uliczce zatrzymał go policyjnym lizakiem czerwony renault megane do kontroli. Sprawdzanie dokumentów – rutyna, dopiero na wrzask w drugim samochodzie: Policja, policja! jesteś zatrzymany! zrozumiał, że to bandyci. W szamotaninie dostał cios pistoletem w skroń, sam też dołożył napastnikowi, aż tamten runął na ziemię, i akurat wtedy nadjechał prawdziwy radiowóz. Napastnicy prysnęli, on także uciekł do pobliskiego hipermarketu Tesco, w toalecie obmył krwawiącą skroń, taksówką pojechał do Pawła i jego samochodem do kliniki na założenie szwów. Podobno zamieszani byli w tę akcję jacyś policjanci, a wystawił go oczywiście Tomala, z którym przerzucili wspólnie kilogramy różnych narkotyków.

 

 

W 2008 roku Paweł i Pelo zostali zatrzymani i przyjęli propozycję śledczych. Fascynacja minęła, przerażała przyszłość w więzieniu, zdecydowali się więc skończyć z narkotykami. W czasie zeznań mogli jednak usłyszeć rzucone półgłosem przez kogoś z ławy oskarżonych: Już nie żyjesz.