W swoim życiu przeżywam kilka istnień. Z jednej strony jest to życie codzienne, może najważniejsze, z drugiej - biznesowe, rola założyciela firmy, przewodniczącego rady nadzorczej. Dalej to życie polarnika i podróżnika: wyprawy na biegun północny i południowy, przez pustynie i oceany, w najdalsze zakątki Ziemi. Do tego wszystkiego dochodzi rodzina, pisanie książek i związane z tym spotkania z czytelnikami. Z tych doświadczeń od kilku lat staram się wyciągnąć wnioski i przekształcić je w metodę, która pozwala osiągać nawet pozornie nieosiągalne cele, radzić sobie z porażkami i stawiać nowe wyzwania, a także podtrzymywać motywację.

Pracując nad tą metodą, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle osiąganie celów w życiu się liczy, a jeśli tak, to jakie cele są ważne - czy te widoczne na zewnątrz, nawet największe, jak Mount Everest, Rów Mariański, Nagroda Nobla i Puchar Davisa, czy też te, które są w nas, przemieniają naszą osobowość i sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi, w harmonii ze światem i sobą. Wydaje mi się, że tak naprawdę istotne jest to, co dzieje się wewnątrz, a cele zewnętrzne to tylko scenografia.

Na podstawie swoich doświadczeń dwa lata temu napisałem książkę „Biegun. Sztuka osiągania celów”, której jednak dotychczas nie wydałem, ponieważ ciągle nad nią pracuję. Staram się ją udoskonalić na podstawie tego, co przynosi mi życie. Powoli zmienia mi się perspektywa: spotkanych ludzi i sytuacje traktuję bardziej jak nauczycieli. Przypomina mi się Jan Paweł II, który pisał, że w każdym człowieku, którego spotyka, stara się widzieć Jezusa. Myślę, że to bardzo trudne, ale ważne, by dostrzec w ludziach coś więcej niż tylko przypadek.

Filozofia, którą studiowałem, nauczyła mnie precyzyjnego myślenia, analizy problemów i stawiania pytań tam, gdzie inni widzą gotowe odpowiedzi. Dostrzegłem wielowymiarowość świata i związanych z nim problemów. Zdanie Ludwiga Wittgensteina „Granice mojego języka są granicami mojego świata” zwróciło moją uwagę na rolę języka w kształtowaniu obrazu świata i wiedzy o nim. Zobaczyłem, że język to coś więcej niż narzędzie do odwzorowywania świata, to także matryca, która kształtuje obraz rzeczywistości, skarbnica historii i kultury danej społeczności. Za pomocą języka możemy zrozumieć więcej, niż możemy poznać za pomocą bezpośredniego doświadczenia. Przez długi czas zajmowałem się metodologią nauk, chodziłem na zajęcia z fizyki, matematyki, chemii, biologii i genetyki. Zobaczyłem również, że ocean wiedzy jest nieograniczony: można wiedzieć coś o niczym albo prawie nic o wszystkim. Wydawało mi się, że nie ma innej drogi, ale pewnego dnia w czytelni Wydziału Filozofii zrozumiałem, że jeżeli tu zostanę, mogę w najlepszym wypadku zamienić się w kolejną książkę na półce, więc może warto wyjść z tą wiedzą, którą mam, na świat i zobaczyć, jak on wygląda i co można w nim zrobić i przeżyć. Nie zatrzymywać się w świecie filozofii, pojęć, systemów i idei, ale poznać też inne światy: przygody, ryzyka, miłości, rodziny.

Już podczas pierwszych wypraw wypracowałem metodę, której korzenie tkwiły w przeczytanych książkach, studiach filozoficznych i życiowych doświadczeniach. Opierała się z jednej strony na wizualizacji, a z drugiej - na zasadach, które na początku stosowałem intuicyjnie. Metoda ta składała się z następujących reguł: licz tylko na siebie; wybieraj ambitne cele; przeszkody są po to, żeby je pokonywać; co cię nie zabije, to cię wzmocni; wizualizuj drogę do celu i przećwicz jak najwięcej rozwiązań problemów, które mogą się pojawić po drodze; ucz się od najlepszych, nie bój się pytać o wskazówki i pomoc, zdobywaj jak najwięcej wiedzy o drodze do celu na różnych płaszczyznach: geograficznej, psychologicznej, językowej, praktycznej; świat jest pełen paradoksów.

Od pierwszych chwil, kiedy zacząłem myśleć o poważnych wyprawach: do Meksyku, na Grenlandię, Spitsbergen, intuicyjnie stosowałem tę metodę. Cała moja podróż przez życie była testowaniem i rozwijaniem metody Biegun. Można ją stosować na każdym etapie życia i w różnych dziedzinach.