Poniedziałek, 7 rano. Dzwoni budzik... no dobra jeszcze minutka... przestawiasz czas na 15-minutową drzemkę. Potem wstajesz i biegniesz do łazienki. Myjąc zęby, zdajesz sobie sprawę, że nie zdążysz nic zjeść. Biegiem wykonujesz wszystkie czynności porannej toalety, dobierasz strój i jazda, by wyrobić się do pracy. Już w drodze, w korku, zalewa cię fala złości, bo znowu „musisz” jechać do korpo. Wpadając do firmy, kupujesz słodką bułkę, którą masz nadzieję zjeść podczas przeglądania maili.

Ale gdy widzisz natłok pracy, dostajesz ścisku żołądka i zapominasz o jedzeniu. Ok. 11 przypominasz sobie, że jeszcze nic nie jadłeś, więc połykasz niezdrową przekąskę i popijasz szybkim łykiem kawy z ekspresu. W ciągu dnia udaje ci się jeszcze kupić jakiś szybki obiad u Pana Kanapki, ale jesz go na raty, bo masz tyle roboty, że nawet nie masz czasu odejść od biurka. Kiedy wracasz wykończony do domu, zjadasz pod drodze cheeseburgera z bekonem. Twój organizm jest już tak zmęczony i obciążony trawieniem, że nie starcza ci woli ani na trening, ani nawet na rozmowę z partnerem. Otwierasz wino, włączasz ulubiony serial i zasypiasz na kanapie... i tak codziennie. Dzień świstaka.

Tę historię opowiedziała mi kilka lat temu klientka coachingu (na potrzeby artykułu nazwijmy ją Katarzyną), która zgłosiła się do mnie, by pracować nad swoim – jak to określiła – ogólnym wypaleniem życiowym. Była dobrze zapowiadającą się menedżerką, na drodze do awansu, ale zorientowała się, że gdzieś zgubiła siebie i jej sytuacja życiowa zupełnie nie odpowiada jej oczekiwaniom. Nadgodziny, ciągłe wyczerpanie, napięcie, słaby sen, brak zbilansowanej diety, słabe relacje z partnerem, zero aktywności fizycznej, zadania w pracy, które nie zawsze były spójne z jej systemem wartości. Kiedyś była aktywną, tryskającą energią kobietą. Dzisiaj niewiele rzeczy sprawia jej radość, no może prócz krótkich wypadów za miasto, do swojego ulubionego domku letniskowego. Najchętniej rzuciłaby wszystko i wyjechała w Bieszczady.

Żyjemy w czasach, kiedy osiągnięcia w pracy stały się miarą naszego sukcesu życiowego i takich osób jak Katarzyna jest coraz więcej. Media społecznościowe kreują wizerunek tzw. self made mana, człowieka, który wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie, swoim zdolnościom i własnej pracowitości. Planującego i realizującego swoje zadania oraz cele. Stawiającego sobie coraz wyżej poprzeczkę i dźwigającego na barkach całe życie. Oczywiście wiele w tym prawdy, ale wymagania i napięcie rosną, bo nasze otoczenie również nie odpuszcza. Zaczynamy się więc wzajemnie nakręcać. Boimy się, że kiedy odpuścimy wyścig, zostaniemy w tyle. Planujemy więc, uczestniczymy w szkoleniach dotyczących efektywności osobistej oraz zarządzania sobą w czasie.

Próbujemy pogodzić pasje, naukę języków, bycie jeszcze lepszym rodzicem, ojcem, matką, szefem. Gonimy. Znamy na pamięć amerykańskie podręczniki i cytaty motywacyjne. „Jeżeli myślisz, że dasz radę lub jeżeli myślisz, że nie dasz, to w obydwu przypadkach masz rację”, „Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać twój potencjał”. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy na to wszystko nie starcza nam energii. Bohaterowie są zmęczeni, a im mniej energii mamy, tym więcej czasu zajmuje nam wykonywanie zadań. Czas się kurczy, bo coraz więcej czasu, jaki przeznaczamy na zadania powoduje, że mamy coraz mniej czasu na relaks i... koło się zamyka.

1. ENERGIA FIZYCZNA

Nasz dzień można porównać do biegu długodystansowego. Każdy z nas biega trochę w innym terenie i na innych dystansach, ale najczęściej do ukończenia wyścigu potrzebujemy zaspokojenia tych samych podstawowych zasobów, takich jak np. posiłek, odpowiednia ilość snu czy stan zrelaksowania. Te zasoby pozwalają nam (lub
nie) uzyskać odpowiedni poziom fizycznej energii do tego, by dany bieg ukończyć z lepszym lub z gorszym wynikiem.
Może dbanie o fizyczną energię wydaje się czymś oczywistym i myślisz: „przecież każdy o tym wie, że należy m.in. dobrze się odżywiać, spać odpowiednią liczbę godzin, uprawiać sport i kontrolować poziom stresu”.

Kiedy jednak pytam uczestników szkolenia z motywacji o to, czy przy dążeniu do celu dbają m.in. o odpowiednią dietę, zdrowy sen, liczbę przerw itp., często nabierają wody w usta. Czasami traktujemy nasze ciało tak, jakby było tylko transportem dla mózgu, a należy jasno zaznaczyć: bez naładowanych baterii zdziałamy niewiele. Zanim więc zaczniesz szukać kolejnych technik coachingowych, sprawdź, czy wpierw zadbałeś o odpowiedni poziom energii fizycznej.