powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Kultura

Book boyfriend czy oprawca? Gdzie kończy się dark romance, a zaczyna romantyzowanie przemocy

Książki są potężnym medium. Już od najmłodszych lat rozwijają wyobraźnię, uczą o świecie, emocjach i relacjach między ludźmi. Dlatego od zawsze uważałam, że w literaturze można pisać o wszystkim. A nawet powinno się to robić. Nie oznacza to jednak, że o wszystkim powinno się opowiadać w ten sam sposób.

J
Joanna Marteklas
1h temu·16 minut·
Book boyfriend czy oprawca? Gdzie kończy się dark romance, a zaczyna romantyzowanie przemocy

Fot.: Pexels

Chcesz czytać więcej treści jak „Book boyfriend czy oprawca? Gdzie kończy się dark romance, a zaczyna romantyzowanie przemocy"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

Autor trzyma w swoich rękach ogromną władzę. Za pomocą historii i bohaterów, którzy zostają z nami na długo po odłożeniu książki, może skłaniać do refleksji, zadawania pytań, ale też wpływać na to, jakie postawy uznajemy za godne podziwu, a jakie zaczynamy postrzegać jako normalne. To właśnie sposób przedstawienia danego zjawiska często ma większe znaczenie niż sam fakt, że pojawia się ono w fabule.

Heathcliff nie miał być boyfriend material

Żeby być sprawiedliwym, archetyp niebezpiecznego, dominującego mężczyzny nie narodził się wraz z BookTokiem ani dark romance. Jego korzenie sięgają XIX-wiecznej powieści gotyckiej i bohatera bajronicznego – tajemniczego, zbuntowanego, emocjonalnie niedostępnego, często moralnie dwuznacznego. Takie postacie odnajdziemy między innymi w klasyce sióstr Brontë: Edward Rochester z Dziwnych losów Jane Eyre czy Heathcliff z Wichrowych Wzgórz od dekad fascynują czytelników swoją charyzmą i mrocznością.

Warto jednak pamiętać, że ich twórczynie nie przedstawiały ich jako ideałów. Heathcliff jest bohaterem tragicznym – człowiekiem napędzanym obsesją, żądzą zemsty i cierpieniem, które niszczy nie tylko jego samego, ale również wszystkich wokół. Trudno czytać Wichrowe Wzgórza jako historię wielkiej, godnej naśladowania miłości. To raczej opowieść o tym, do czego prowadzi nieprzepracowana trauma i wyniszczająca obsesja. Trudno uznać „Wichrowe Wzgórza” za pochwałę takiej relacji. Wręcz przeciwnie – większość interpretacji odczytuje tę powieść jako historię wyniszczającej obsesji, a nie romantyczny ideał. Heatcliff nigdy nie był tworzony jako ktoś, kogo czytelniczki (i czytelnicy, nie wykluczajmy nikogo) chciałyby zaprosić do swojego życia.

Klasyka bardzo często zostawia nas z przekazem: tak, jest fascynujący, ale zobacz, jaką cenę za to płaci on i jego potencjalna partnerka. Ich życie miało stanowić przestrogę, o czym dobitnie świadczy to, jak kończą. Najważniejszy jest jednak w tym fakt, który często ludziom umyka. Atrakcyjność bajronicznego bohatera nigdy nie polegała na tym, że krzywdził kobietę. Takie sceny wywoływały jednoznaczną niechęć u czytelnika. Jego czar wiązał się natomiast z inteligencją, tajemniczością, własnym kodeksem moralnym i aurą samotnego buntownika, który był gotów przeciwstawiać się całemu światu.

Innymi słowy, miał charakter daleko wykraczający poza samą interakcję z kobietą. Chociaż to pokręcony rodzaj miłości był prawie zawsze główną osią fabuły, to w większości przypadków, gdyby go nie było, ten bohater pozostawałby równie toksyczny, jedynie ulokowałby swoją obsesję gdzie indziej. I właśnie tutaj zaczyna się różnica między klasycznym bohaterem bajronicznym a częścią współczesnych dark romansów. Dawniej przemoc była jedną z cech bohatera, nie była gloryfikowana, a już na pewno nie była przedstawiana jako zachowanie pożądane, za które dostaje się nagrodę w postaci miłości głównej bohaterki.

Kiedy zło zostaje nagradzane

Nigdy nie ukrywałam, że pośród wszystkich książek, które czytam i czytałam, zawsze było dużo romansów. Mam więc dość dobry ogląd na to, jak ten gatunek ewoluował na przestrzeni przynajmniej ostatnich dwóch dekad. Ci tajemniczy, niedostępni mężczyźni obecni byli w tym gatunku od dawna, choć nie zawsze przybierali postać takiego Rochestera czy Heatcliffa. Częściej autorki sięgały po bohaterów chłodnych, zdystansowanych i emocjonalnie zamkniętych – bliższych panu Darcy niż Heathcliffowi. Uwielbiany był też motyw mężczyzny, który choć niebezpieczny dla świata, stanowił dla swojej kobiety solidny filar bezpieczeństwa, bo w jego kodeksie moralnym nigdy nie pojawiła się możliwość, by ją skrzywdzić.

Autorzy romansów kochali też motyw „i can fix him”, czyli podejście, w którym kobieta zmieniała tego mrocznego potwora w kogoś, kto nadawałby się do budowania z nim związku. Żeby nie szukać daleko, trochę na tym bazuje przecież Piękna i Bestia. Nawet jeśli Bella jest uwięziona wbrew swojej woli, ostatecznie zmienia Bestię i zakochuje się w nim. Tu znowu wracamy do tego, jak to było przedstawiane. Nawet Bestia, człowiek klątwą zmieniony w potwora, wciąż nie przekraczał pewnych granic, a romans był tam możliwy dopiero w chwili, w której zaszła w nim widoczna zmiana.

W międzyczasie jednak w literaturze ewoluował również drugi typ męskiego bohatera. Obok bajronowskiego samotnika zaczął wyrastać chłodny, obcy i niebezpieczny mąż czy gospodarz, a potem też brutalny, nieprzejednany i bezsprzecznie patriarchalny samiec alfa. Wszystko to stanowiło podłoże do wykreowania współczesnego archetypu męskiego bohatera, tak dominującego w gatunku dark romance – moralnie czarnego stalkera, mafioza i mordercy.

Literatura przeszła więc długą drogę, a autorzy, którzy wcześniej stosowali model przemocy i lęku bazujący raczej na zagrożeniach psychicznych i emocjonalnych, wybrali bardziej dosadne przedstawienie toksyczności – stalking, tortury, BDSM, jednoznaczny brak zgody (non-con), fetyszyzacja kontroli.

I tak, wciąż nie byłoby niczego złego w przedstawianiu podobnych motywów w książkach, gdyby nie pewien ogromny problem – romantyzowanie. Wiele współczesnych powieści dark romance (ale też romantasy) ma to do siebie, że jeślibyśmy wycięli reakcje głównej bohaterki, mielibyśmy z tego pełnoprawny thriller albo nawet horror. Tymczasem autorki używają takich zachowań nie jako podbudowy pod późniejszy upadek potwora, który za swoje czyny zasłużył na złe zakończenie. Dla nich to fundamenty pod związek, bo wszystko, co robił męski bohater, było robione z „miłości”.

W rzeczywistości problem nigdy nie leżał w tym, że bohater jest zły. Tylko w tym, że narracja w pewnym momencie przestała traktować jego zło jako problem.

Kiedy “dark” przestało oznaczać mrok, a zaczęło oznaczać krzywdę w imię miłości

Chociaż dark romance nigdy nie należał do moich ulubionych, przeczytałam dość sporo książek z tego gatunku. Zwłaszcza tych, które BookTook bardzo mocno promował. Lubię to robić, by móc wyrabiać sobie opinię na dany temat, nawet jeśli przy okazji lektury parę razy robiło mi się niedobrze. Mroczne romanse kiedyś bazowały przede wszystkim na klimacie, na tej aurze niebezpieczeństwa, jaką roztaczał świat. Dziś sprowadzają się do czegoś znacznie prostszego i obrazowego – do przemocy. Nie ma tu miejsca na gry psychologiczne i misterną manipulację, jej miejsce zastępują starannie skatalogowane i precyzyjnie nazwane motywy narracyjne.

Jednym z nich jest inwigilacja i stalking, gdzie włamania do domu bohaterki czy montowanie ukrytych kamer — jak w powieści Haunting Adeline autorstwa H. D. Carlton — są przedstawiane jako wyraz fascynacji. Z czasem to eskaluje w zachowania balansujące między wątpliwą zgodą a nawet jej brakiem, kręcąc się głównie wokół coraz bardziej kontrowersyjnych czynności seksualnych. Tak, w większości „dark” w tych książkach to nic innego, jak łamanie kolejnych tabu – jaki jeszcze wymyślny i perwersyjny seks można tu opisać.

Heatcliff z Wichrowych Wzgórz (1992) | Fot.: Paramount Pictures

Dla mnie osobiście najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką robią tu autorski dark romansów, to romantyzowanie braku zgody. W wielu takich książkach pojawiają się sceny, które można odczytać jako gwałt lub przemoc seksualną, a pośród myśli o upokorzeniu, o bólu i krzywdzie, pojawia się „dlaczego więc mi się to podoba”. Nawet jeśli fabuła nie dała nam żadnego innego podłoża, by ta kobieta mogła czuć pociąg do swojego stalkera, autor wciska nam ten pierwszy przebłysk fascynacji, potem kiełkującej w miłość, której ja osobiście nigdy nie byłam w stanie zrozumieć.

I w zasadzie, tak naprawdę dla mnie jedynym wyjaśnieniem dla tego typu zachowań żeńskiej postaci było jedno – wygląd mężczyzny. To mocno rzuciło mi się w oczy już przy okazji kontrowersyjnej serii Blanki Lipińskiej 365 dni. Pamiętam, gdy w sieci dużo było komentarzy na temat jednej z filmowych scen, w której jasno mieliśmy pokazaną scenę braku zgody. Nie jedna, ale wiele osób napisało wówczas „co z tego, patrz, jak wygląda”. Niestety, jeśli mężczyzna jest oszałamiająco przystojny, ma kruczoczarne włosy, oczy jak noc, szczękę, na której można pomidora kroić i co najmniej dziesięciopak – jego zachowanie nie stanowi już problemu. Zły jest obleśny napastnik, ten atrakcyjny to materiał na „book boyfrienda”.

Dlatego właśnie w tych książkach tak dużo skupia się na fizjonomii mężczyzn. Nawet jeśli zachowanie postaci odstrasza kobietę, jego wygląd ma ją pociągać do tego stopnia, by ostatecznie uległa. W efekcie zdolność męskiego bohatera do czynienia zła przestaje stanowić wadę do naprawienia, lecz staje się ostatecznym dowodem oddania – niebezpieczeństwo zmienia się niekontrolowaną namiętność. On nie krzywdzi jej dla samej przemocy, on kocha ją tak bardzo, że nie umie wyrazić tego w inny sposób.

Właśnie w tym momencie przemoc przestaje być czymś, co bohater powinien przepracować lub za co powinien ponieść konsekwencje. Staje się językiem miłości. A to – moim zdaniem – jest najgroźniejsza zmiana, jaka zaszła we współczesnym dark romance.

Fot.: Wydawnictwo NieZwykłe

A przecież się da. To nie tak, że w tym gatunku znajdziemy jedynie powielanie takich samych wzorców. Jednym z moich ulubionych przykładów jest seria Necessary Evils od Onley James. Nie jest to dla wszystkich, przede wszystkim dlatego, że przedstawia relacje męsko-męskie, ale w niej autorka zrobiła coś, czego do tej pory nie widziałam zbyt często u innych. Tu głównym love interest są psychopaci. Tak, certyfikowani psychopaci, do tego seryjni mordercy, którzy są właśnie tym tytułowym złem koniecznym, sprzątającym to, czego policja i organy ścigania się nie zajmują. W zależności od tematu mamy poruszane tematy pedofilii, handlu ludźmi, eksperymentów na ludziach itp.

Przy takiej otoczce i z prawdziwym psychopatą, jako jednym z głównych bohaterów, łatwo byłoby pójść w opisanym wcześniej kierunku. Autorka jednak tego nie robi. Nie znajdziemy tu braku zgody, ta zawsze jest jasno wyrażana, a jeśli są czynności seksualne podchodzące pod „kink”, one również odbywają się za zgodą obojga. Ci psychopaci, funkcjonujący na co dzień w normalnym społeczeństwie i wychowani przez kogoś, kto dołożył wszelkich starań, by mimo wszystko zaszczepić w nich pewne wartości i zachowania, nie są toksycznymi, nieopanowanymi kochankami.

Najbardziej podobałby mi się moment, w którym jeden z tych psychopatów, gdy jego partner miał załamanie nerwowe, zadzwonił do kilku osób z pytaniem, jak mu pomóc. Bardzo proste, a jednak kompletnie niespotykane w dark romance. I nadal mamy tu całkiem sporo scen erotycznych (taki gatunek), pewne wątki mogłyby być pogłębione, ale ostatecznie „dark” nie odnosi się tu do samej relacji jako takiej, tylko do świata, w którym bohaterowie żyją i do ich interakcji z nim, a nie ze sobą nawzajem.

“Niebezpieczny” kontra “przemocowy”

To właśnie coś, co w wielu książkach, zwłaszcza wydawanych obecnie, mocno się zatarło. Bohater może być niebezpieczny, jak wspomnieni bracia Mulvaney z Necessary Evils. To nie są dobrzy ludzie i nigdy, na żadnym etapie książki, nikt nawet tego nie sugerował. Ale są dobrymi partnerami. Czy na pewno jest to miłość? To akurat kwestia dość dyskusyjna, bo mówimy tu przecież o psychopatach, jednak pewne jest, że mają oni na tyle społecznej świadomości i zostali tak nauczeni, by wiedzieć, że partner nie jest kimś, kogo się krzywdzi. Ból wyrządzany drugiej osobie nie jest dowodem miłości. Postać niebezpieczna, w kontekście romansu, nie musi być od razu przemocowa wobec partnera.

I, co również bardzo często się pojawia w dark romansach i ogólnie popularnych książkach romantycznych, to karta traumy. Kiedy robi się już zbyt „hardcorowo”, a męski bohater zaczyna przeginać tak, że ciężko jest to ograć niekontrolowaną miłością, pojawia się trauma z dzieciństwa. Nie zrozumcie mnie źle, lubię wiedzieć, dlaczego postać jest taka, a nie inna, ale między zrozumieniem a usprawiedliwieniem powinna być zawsze postawiona bardzo gruba linia.

To świadomy wybór autora. Może on wyjaśnić w dwóch akapitach wydarzenia z przeszłości, albo może poświęcić im kilka rozdziałów, które będą tak nacechowane emocjonalnie, że nawet kamień by się wzruszył. Właśnie taka narracja jest dla mnie problemem, bo wymusza na mnie współczucie dla potwora i nawet jeśli ten później jest dalej tym samym monstrum, w mojej głowie pojawia się już myśl: „ale to przez dzieciństwo…”. Pisałam o tym zresztą przy okazji artykułu o czarnych charakterach – obecnie wielu autorów odbiera bohaterom odpowiedzialność za własne decyzje. Zło staje się wynikiem traum, a nie świadomym wyborem.

Czytaj też: Wszyscy jesteśmy po przejściach. Jak popkultura zabiła prawdziwych złoczyńców i kazała nam współczuć potworom

Właśnie tu autor przekracza granicę między tłumaczeniem a usprawiedliwianiem. Trauma może pomóc zrozumieć, dlaczego ktoś stał się potworem. Nie powinna jednak sprawiać, że przestajemy tego potwora dostrzegać.

Trigger warnings czy… menu

Jednym z najlepszych elementów w dark romance i ogólnie w książkach ostatnio, jest ta jedna z pierwszych stron, na której wypisuje się tematy poruszane w fabule. Jeśli ktoś jest wrażliwy na pewne treści, już na tym etapie jest w stanie zdecydować, czy jest gotowy na historię poruszającą przemoc seksualną, samobójstwo, zaburzenia odżywiania czy inne trudne tematy. To ostrzeżenie, taki znak stop, umieszczony na samym początku książki.

Tylko że z czasem i to przestało pełnić swoją funkcję. Coraz częściej można spotkać się z żartobliwym określeniem, że trigger warningi to nie ostrzeżenia, lecz „menu”. Dla części autorek i czytelników jest to niewinny żart, jednak trudno nie zauważyć, że w ten sposób lista potencjalnie traumatycznych treści przestaje pełnić rolę informacji, a zaczyna działać jak reklama.

A to z kolei prosta droga do zrobienia z przemocy kolejnego produktu. Jakiś czas temu ogromną kontrowersję wywołał post Wydawnictwa NieZwykłe, które publikując zagadki na temat swoich wydawniczych nowości posłużyło się niefortunnie hasłem „grooming”. Dla niewtajemniczonych, jest to nic innego, jak działania podejmowane przez dorosłego, by zaprzyjaźnić się i nawiązać emocjonalną więź z dzieckiem, zmniejszając jego opory pod późniejsze wykorzystanie seksualne.

Zrzut ekranu z profilu Wydawnictwa NieZwykłe na X

Jak widzicie na zrzucie ekranu (bo oryginalny post szybko został usunięty), wydawnictwo użyło tu specyficznej formy. Mamy emotikonę ognia, która przy podobnych postach ma oznaczać coś „hot”. Są gwiazdki zamiast zwykłych punkcików. Nic więc dziwnego, że środowisko około książkowe zawrzało, a NieZwykłe zostało oskarżone o promowanie książki przemocą.

Wydawca zareagował bardzo szybko, publikując odpowiednie oświadczenie

W związku z burzą, jaką wywołała nasza cotygodniowa zagadka, pragniemy poinformować, że nasze działania nie były ukierunkowane na promowanie groomingu. Zagadki mają na celu jedynie wskazanie tego, co pojawia się w książce, by czytelnik, sięgając po nią, miał świadomość, co może w niej znaleźć. Podobnie rzecz ma się z użyciem gwiazdki, która jest wyłącznie przypadkową emotką wykorzystaną we wpisie na X. W tej sytuacji dobór emotki był nietrafny. Rozumiemy Wasze obawy i przepraszamy.

Zarówno w tym tytule jak i w pierwszej części serii “Misja Collie” poruszany jest bardzo trudny temat groomingu, o którym jest informacja w notce od autorki na początku książki.
Izabella Nowaczyk w „Misji Nolie” nakreśla problem, pokazuje, jak wielkie szkody wyrządza grooming, opowiadając historię oczami ofiary, a przede wszystkim ostrzega i piętnuje to zjawisko.

Błędy oczywiście się zdarzają. To naprawdę mógł być niefortunny przypadek, ale niesmak pozostał. Konstrukcja postu dla mnie osobiście była jednoznaczna – nie odebrałam tego jako promocję książki dotyczącej trudnych tematów. Podobny sposób opowiadania o książkach widać również na book mediach. Edity do co bardziej „pikantnych” fragmentów, estetyczne kolarze męskich bohaterów, opowiadanie przede wszystkim o tym, jak przesuwające granice są tam sceny erotyczne. Takie właśnie materiały wybijają się najbardziej i chociaż nie brakuje merytorycznej krytyki punktującej romantyzowanie przemocy, to ginie ona często pod viralami.

Zresztą, nie tylko sposób promowania tego typu książek jest obecnie problematyczny. Również to, jak są one wydawane.

Przemoc w ładnym papierku

Tradycyjne przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Jednocześnie większość z nas kupuje przede wszystkim oczami, co zresztą widać po sposobie, w jaki wydawane są obecnie książki. Są coraz ładniejsze, z barwionymi brzegami, pełnymi złoceń okładkami i różnymi dodatkami, które mają zachęcić do zakupu bardziej niż opis i sama treść. Sama nie do końca jestem tego fanką, ale to już kwestia gustu. Tym, co natomiast teraz chcę poruszyć, są okładki dark romansów i ogólnie romansów z romantyzowanymi toksycznymi zachowaniami.

Czytaj też: Książkowe “fast fashion”. Gdy okładka staje się ważniejsza od treści

Wspomniane wyżej Misja Collie i Misja Nolie to powieści, jak samo wydawnictwo wskazało, traktujące o bardzo poważnej tematyce. Nie czytałam ich, nie będę więc wypowiadać się na temat tego, jak to zostało tam przedstawione. Chodzi mi teraz tylko o ich okładki, utrzymane w odcieniach różu i fioletu, ze złotą klatką i ładnym ptakiem na okładce, z kwiatkami. Obiektywnie to bardzo przyjemne okładki, które jednak (przynajmniej na pierwszy rzut oka) w niczym nie nawiązują do treści. Widząc je, raczej nikt nie pomyśli o tym, co może kryć się w środku.

Fot.: Wydawnictwo NieZwykłe

O ile same dark romanse najczęściej mają mroczną stylistykę, o tyle romanse, wciąż wpisujące się w nurt romantyzowania przemocy, sięgają po słodsze okładki, mogące wprowadzić czytelnika w błąd. Jednym z najbardziej odrażających dla mnie przykładów jest książka „Daddy’s little toy”, która – na szczęście! –  ostatecznie została wstrzymana. Na okładce tytuł został ułożony z dziecięcych klocków, a w środku mamy fabułę, opowiadającą o relacji osiemnastolatki i dorosłego mężczyzny, przyjaciela jej ojca, który zaczął ją pożądać, gdy miała zaledwie trzy lata… Co gorsza, znalazły się tam również szczegółowe opisy dziecka w kontekście, w którym nikt nigdy nie powinien o nim myśleć. Sama autorka nawet zadedykowała to swoim dzieciom. Tu trzeba oddać zasługi BookTookowi, który tak mocno zajął się kontrowersyjną sprawą, że autorka została zatrzymana przez policję w związku ze swoim „dziełem”.

Fot.: Book Scouter

Dlaczego jednak te okładki są tak bardzo nie na miejscu? Alkohol i inne używki są sprzedawane od osiemnastego roku życia, po weryfikacji wieku. Podczas kupowania książek nikt wieku nie weryfikuje i nawet jeśli gdzieś tam wydawca umieścił, do jakiej grupy odbiorców jest kierowana dana treść, to wciąż przy kasie nikt nie pyta o dowód. Jasne, w idealnym świecie rodzic, przed zakupem, dokładnie by sprawdził, co chce czytać jego pociecha. Ale nie żyjemy w idealnym świecie. Dlatego moim zdaniem wydawcy również powinni brać odpowiedzialność.

Okładka nie musi zdradzać całej fabuły. Powinna jednak uczciwie komunikować, z jakim typem historii mamy do czynienia. Jeżeli pod pastelowymi kwiatami i dziecięcą estetyką kryje się opowieść o groomingu, przemocy seksualnej czy wykorzystywaniu, warto zadać sobie pytanie, czy estetyka nie zaczęła pełnić funkcji maski. A maskowanie przemocy nigdy nie jest dobrym pomysłem.

“To tylko fikcja”

Przy okazji dyskusji o romantyzowaniu przemocy w książkach zawsze w końcu dochodzimy do momentu, w którym pojawia się argument „to przecież tylko fikcja”. I ciężko się z tym kłócić. Ktoś tę fabułę wymyślił, napisał, powstała ona w głowie autora i nie jest najczęściej zakorzeniona w rzeczywistości w żaden sposób. Przeczytanie jednej książki nie sprawi, że ktoś zacznie stalkować partnera albo uzna gwałt za romantyczny. Literatura nie działa w tak prosty sposób.

Wiele osób, zwłaszcza kobiet, tłumaczy też, że nawet jeśli nazywają takich męskich bohaterów „book boyfriendami”, to nie oznacza, że marzą o kimś takim w rzeczywistości. Tylko że to wszystko nie neguje fakty, że sposób przedstawiania takich tematów nie ma znaczenia. Kultura od zawsze wpływała na nasze wyobrażenia o miłości, bohaterstwie czy poświęceniu.

Ludzie nie są podatni na pojedynczą historię, ale kiedy te wzorce i przekaz stale się powtarzają, już zaczyna się robić gorzej. Gdy kolejna książka, kolejny film i kolejna seria przekonują, że zazdrość jest dowodem miłości, kontrola wyrazem troski, a brak zgody jedynie etapem prowadzącym do wielkiego romansu. Wtedy przestajemy obcować z pojedynczą fikcją, a zaczynamy funkcjonować w określonej narracji kulturowej.

Fot.: Pexels

Przez lata literatura normalizowała przecież różne rzeczy. W starszych romansach nikogo nie dziwiło, że główna bohaterka po ślubie rezygnuje z własnych planów i podporządkowuje całe życie mężowi. Dziś większość czytelników patrzy na takie historie zupełnie inaczej. Nie dlatego, że książki się zmieniły, ale dlatego, że zmieniło się nasze społeczne postrzeganie relacji.

Więc nie, dark romance same w sobie nie są problemem. Opisywanie przemocy, stalkingu czy gwałtu w literaturze też nim nie jest. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy autor przestaje traktować je jako źródło cierpienia i konfliktu, a zaczyna przedstawiać jako najbardziej romantyczny sposób wyrażania uczuć. Między opisaniem przemocy a zachwycaniem się nią istnieje zasadnicza różnica. I właśnie o tę różnicę toczy się cała ta dyskusja. Jeśli bohater na końcu zostaje nagrodzony związkiem za wszystko, co strasznego zrobił, to jaki przekaz dostaje czytelnik?

Nie chcę świata, w którym autorzy boją się pisać o przemocy. Wręcz przeciwnie – literatura od zawsze była miejscem, w którym mogliśmy mierzyć się z najciemniejszymi stronami ludzkiej natury. Chciałabym jednak, abyśmy jako czytelnicy nie zapominali o jednej rzeczy. Można fascynować się potworami. Można ich rozumieć. Można nawet ich lubić jako fikcyjne postacie. Ale nie powinniśmy mylić tego z przekonaniem, że przemoc jest językiem miłości.

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Book boyfriend czy oprawca? Gdzie kończy się dark romance, a zaczyna romantyzowanie przemocy"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX